Sytuacja w Afryce w związku z SARS-CoV-2

Pandemia COVID-19 jest fatalna w skutkach dla całego świata. O tym, co się dzieje w Polsce oraz Europie, codziennie słyszymy w mediach. Poniżej krótkie podsumowanie sytuacji w Namibii oraz Zimbabwe.

W Namibii w tym momencie (30 marca, godz. 12.00) jest potwierdzonych 11 przypadków koronawirusa. Wszystkie zostały zawleczone z Europy, południowej Afryki oraz ze Stanów Zjednoczonych. W piątek namibijski rząd podjął decyzję o zatrzymaniu wszystkich aktywności w kraju związanych z jakimkolwiek przemieszczaniem się (podobnie jak u nas transport żywności i artykułów spożywczych zwolniono z tego zakazu). Granice państwa zamknięto kilka dni później niż w Polsce. Namibia, która w 70% żyje z turystyki, teraz zamarła. Wszystkie ośrodki, parki, hotele czy farmy próbują sobie radzić, jak mogą. Ogólnie daje się wyodrębnić dwie drogi działania. Pierwsza to zwalnianie ludzi z minimalną odprawą, a druga – redukcja pensji i godzin pracy przy jednoczesnym zachowaniu ludzi w miejscu zatrudnienia. Jak mówią tubylcy, w najbliższych miesiącach nie ma groźby głodu nawet na biednych terenach, ponieważ pomoc socjalna na tych obszarach jest bardzo dobrze zorganizowana. Musimy pamiętać, że ludność zamieszkująca Damaraland, Owamboland  czy nawet Caprivi nauczyła się radzić sobie w ekstremalnie złych warunkach (zupełnie inaczej niż Europejczycy, aż chce się krzyknąć: i po to te durne przepisy ograniczające swobodę chowu przydomowego?).

W Kambaku obowiązuje pełna kwarantanna, ponieważ przed zamknięciem granic przyjmowało gości z Europy. Nikomu nie wolno z farmy wyjechać ani do niej przyjechać, a za wszelkie dostawy odpowiada wydelegowany koordynator. Sytuacja zrobiła się trudna, bo ze względu na to, że polowania komercyjne stały się całkowicie niemożliwe, Kambaku musi redukować pogłowie zwierząt we własnym zakresie. Co ciekawe, sezon deszczowy w tym roku okazał się wyjątkowo obfity i jeszcze się nie zakończył. Przyrost masy zielonej jest zaskakująco dobry, zatem w normalnych czasach bez wirusa napisałbym, że szykują się wspaniałe łowy, no, ale…

W Namibii każdy zakłada zamknięcie i stopniowe bankructwo wszystkich ośrodków turystycznych – przynajmniej czasowo. W nieco lepszej sytuacji znalazły się farmy myśliwskie, ponieważ te ośrodki działają trochę jak samowystarczalne komórki. Namibia w porównaniu z Zimbabwe, Angolą, Botswaną i RPA ma o tyle dobrze, że zamieszkuje ją niewiele ludzi (bez turystów liczebność szacuje się na 2,7 mln) i w przeciwieństwie do sąsiadów to kraj poukładany, z dobrze wyposażoną służbą zdrowia. Największym wyzwaniem w najbliższych tygodniach będzie brak produktów sprowadzanych z RPA, ponieważ transport stamtąd stanął przez obowiązek 14-dniowej kwarantanny po przekroczeniu granicy.

W Zimbabwe sytuacja wygląda podobnie pod względem rozwoju choroby, choć nie ma jasności co do liczby zarażonych, których oficjalnie jest tylko siedmioro. Zimbabwe również podjęło decyzję o ograniczeniu ruchu wewnętrznego, choć nie zamknęło całkowicie granic równocześnie z resztą krajów i zrobiło to dopiero 30 marca. Dlatego mieszkańcy zakładają, że przypadków jest dużo więcej, niż oficjalnie wiadomo. Warto tutaj powiedzieć, że jak podaje Africanews, w Zimbabwe do 27 marca zrobiono tylko 165 testów (jeden samolot rejsowy mieści ponad 200 pasażerów). W stolicy kraju, Harare, w szpitalach odbywają się również strajki personelu ze względu na brak środków ochrony do walki z wirusem. Tutaj sytuacja społeczeństwa jest znacznie trudniejsza. Łatwo się domyślić, że w ośrodkach turystycznych, które napędzały gospodarkę, zaczęły się masowe zwolnienia. Nastroje panują, mówiąc delikatnie, niespokojne, lokalne społeczności nie funkcjonują tutaj tak dobrze jak w Namibii. Jedyne pocieszenie w tym, że Robert Mugabe przez wiele lat regularnie i bezwzględnie uczył mieszkańców Zimbabwe, jak mają sobie radzić sami, bez pomocy państwa. I Namibię, i Zimbabwe ratują również duże rozproszenie ludności (poza największymi miastami) i to, że pora deszczowa powoli się kończy. Miejmy nadzieję, że gdy wilgotność powietrza spadnie, a temperatura wzrośnie, warunki atmosferyczne ograniczą rozprzestrzenianie się wirusa, ale to tylko pobożne życzenie, na razie niczym niepoparte.

W tych trudnych chwilach życzę czytelnikom bloga dużo zdrowia, cierpliwości i mimo wszystko pozytywnego myślenia na każdy dzień – to jest w tym momencie na wagę złota. Pamiętajmy również, by naszymi myślami i modlitwą otoczyć też drugą półkulę, która – jak widać – pozostaje niesamowicie zależna od tego, co się dzieje w USA i Europie.

Jakub Piasecki, Fot. Kambaku Safari Lodge, Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Koronawirus zmienia plany wylotu na Czarny Ląd

Tworząc ostatni wpis, niejako trzymałem się nadziei, że jednak granice pozostaną otwarte i niebawem wyruszymy do Zimbabwe. Niestety już chwilę po publikacji okazało się, że widmo zamknięcia granic stało się rzeczywistością. Nie mnie oceniać te surowe środki bezpieczeństwa, trzeba się podporządkować i przetrwać, licząc na to, że niedługo wszystko wróci do normy. Jako rozsądni ludzie zostajemy w domu. Nie dlatego, że nie mamy wyjścia, ale dlatego, że bierzemy odpowiedzialność za nasze rodziny i bliskich.

Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z ostatniego polowania na słonie, które udało się zorganizować na obszarze, dokąd mieliśmy się udać, ale właśnie musieliśmy przełożyć datę przylotu. Myśliwi odbyli wspaniałe łowy z dużą dawką emocji. Jak widać, z pozyskanego słonia nic się nie marnuje i łowiecka adrenalina opada w trakcie posiłku w plenerze, składającego się z właśnie strzelonego zwierza – czy można sobie wyobrazić bardziej naturalne afrykańskie łowy? Aż się łezka w oku kręci, że zaplanowaliśmy termin wyjazdu akurat na wybuch epidemii w Europie, ale któż mógł przewidzieć taką sytuację.

Pamiętajmy, że zamknięcie granic dotyczy nie tylko nas i branży turystycznej w Europie. W chętnie odwiedzanych krajach Czarnego Lądu safari jest, jak wiemy, rezerwowane z przynajmniej siedmiomiesięcznym wyprzedzeniem. Każda umowa na wyjazd pociąga za sobą pewne konsekwencje, bo mamy tu naczynia połączone. Organizatorzy czy to polowań, czy to innego rodzaju safari muszą zapełnić grafik w taki sposób, by zapewnić ciągłość zarobków sobie i swoim wspólnikom. Ci z kolei mają za zadanie utrzymać infrastrukturę i zagwarantować pracę obsłudze. Obecna epidemia dotyka Afrykę równie mocno co nas, mimo że koronawirus nie rozwija się tam w takiej skali. Gospodarka światowa stanęła. Stanął również ruch turystyczny, a niestety w ubogich krajach afrykańskich nie ma co liczyć nawet na najmniejszą pomoc państwa. Warto pomyśleć o tych wszystkich ludziach, którzy przez lata starali się maksymalnie dogodzić nam na naszych wyjazdach – oni tak samo jak my stoją teraz w obliczu wyzwania.

Miejmy nadzieję, że sytuacja szybko się unormuje. Osobiście wierzę, że latem bądź jesienią będziemy mogli się przywitać z przyjaciółmi w Zimbabwe.

W tym trudnym czasie wszystkim czytelnikom „Braci Łowieckiej” oraz tego bloga życzę dużo zdrowia, spokoju, a zwłaszcza ludzkiej twarzy w dobie epidemii. Pokażmy, że tworzymy wspólnotę, za którą bierzemy odpowiedzialność.

Jakub Piasecki, fot. arch. Biura Polowań Argali


Czytaj więcej

Już niebawem Zimbabwe!

Czas leci bardzo szybko. Zaraz czeka mnie wylot do Zimbabwe na kolejną wspaniałą przygodę łowiecką. Nadeszła pora na przygotowania. Trzeba zgubić kilka zbędnych kilogramów, a przede wszystkim odpowiednio się nastroić, tak żeby godnie przeżyć kolejne spotkanie z mieszkańcami sawanny. Niejako od mojej pierwszej wizyty na Czarnym Lądzie za każdym razem, kiedy zbliża się moment powrotu do mojego drugiego domu, odruchowo sięgam po swoje biblie z kategorii afrykańskie polowanie i wertuję je po raz kolejny. Zdecydowanie nie należę do moli książkowych, jednak jak już kiedyś wspominałem na tym blogu, są dwie obowiązkowe pozycje dla miłośników safari – „Róg myśliwego” Roberta C. Ruarka oraz dostępna niestety tylko w wersji angielskiej „The White Bushman” (Biały Buszmen) autorstwa Petera Starka. Z tą drugą książką, wydaną w 2011 r. przez Protea Boekhuis, mam szczególne wspomnienia, ponieważ pierwszy raz czytałem ją w Kambaku, w przerwach w łowach na antylopy. Tym razem chciałbym się z wami podzielić jednym z opisów polowania na słonie, w którym uczestniczył Stark na dzisiejszym terytorium Parku Narodowego Etoszy w północnej części Namibii.

Gdy moja ekipa Buszmenów naprawiała ogrodzenie, postanowiłem razem ze Stefanusem podążać tropem słonia (…) jedynie po to, by go przestraszyć. Na tym etapie cierpiałem już na bóle pleców i miałem problem z lewą nogą, więc mogłem chodzić tylko z pewnym trudem.

Stefanus tropił zwierzę, a ja poszedłem za nim z moją starą trzysta trójką. Nie zaszliśmy daleko, bo zobaczyliśmy, że słoń żeruje przed nami w odległości ok. 50 metrów. Wiatr był dla nas niezbyt korzystny, ale chciałem po prostu wypalić w powietrze nad słoniem, by go przestraszyć. Gdy zagrzmiał strzał, zwierzę stanęło dęba i momentalnie uniosło w górę trąbę, by sprawdzić wiatr. Wiedziałem, że to oznacza kłopoty. Kiedy słoń poczuł nasz zapach, lekko opuścił łeb, rozpostarł uszy wysoko nad głową, zatrąbił ze złością i ruszył prosto w naszym kierunku z wysoko podniesioną trąbą. Zrozumiałem, że to zdecydowana szarża, i krzyknąłem do Stefanusa, by uciekał. Wystartował stamtąd jak wichura. Ja za nim najszybciej, jak tylko mogłem ze swoją przetrąconą nogą, czyli w nieco większym tempie niż marszem. Próbując ujść, przeładowałem moje trzysta trzy. Doszedłem do ślepego zaułka przy wyślizganym od kroków zwierząt błotnym basenie. Słoń był tuż. W ostatniej chwili, gdy dzieliło nas około 15 metrów, odwróciłem się i instynktownie oddałem strzał w głowę słonia, tak naprawdę nie celując. Zwierz upadł na ziemię obok mnie z dźwiękiem przypominającym uderzenie pioruna. Leżał nieruchomo, tylko koniec jego trąby poruszał się w górę i w dół. Przez jakiś czas nie mogłem uwierzyć, że jeszcze żyję. Kiedy patrzyłem na słonia, drżąc ze strachu, mimowolnie bełkotałem modlitwy. Stefanus podszedł ostrożnie. Jego twarz przybrała popielaty kolor, gwizdał przez zęby i ciągle potrząsał głową. Potem długo patrzył na mnie z różnymi pytaniami w oczach, jakby nie pojmował, co się stało. Zdałem sobie sprawę, że sam tego nie zrobiłem, tylko pomoc z góry cudownie mnie uratowała w ostatniej chwili. Przyjrzawszy się bliżej, zobaczyłem, że kula w kal. .303 weszła w czaszkę tuż nad lewym okiem i spowodowała błyskawiczną śmierć zwierzęcia… (tłum. Jakub Piasecki).

Oczywiście to klasyczna opowieść doświadczonego profesjonalnego myśliwego z Afryki. Chyba każdy z nich w ostatniej chwili strzelał do szarżującego słonia i po idealnym strzale w łeb kładł zwierza dosłownie u swoich stóp. Trudno powiedzieć, ile z tych sytuacji jest prawdziwych. Jeśli chodzi o Starka, to śmiem twierdzić, że nie fantazjuje (polecam tutaj całą jego książkę i resztę opowiadań, które w Namibii funkcjonują jak legendy).

Na koniec zostawię cię, drogi czytelniku, z dwiema myślami. Wielokrotnie rozmawiałem z myśliwymi, którzy zawodowo podprowadzają w trakcie polowań na słonie, i nigdy, ale to nigdy nie widzieli, jak ktoś położył słonia strzałem w łeb podczas szarży. Ciekawe zatem, skąd tyle takich przypadków w literaturze. Z drugiej strony osobiście doświadczyłem na swoich plecach potu ze strachu przed szarżującym prosto na mnie bawołem. To tylko dowodzi, że polowanie na przedstawicieli afrykańskiej wielkiej piątki bywa nieobliczalne.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Łowiectwo bez planów i myśliwy bez kręgosłupa?

Kończący się sezon zbiorówek jak zwykle skłonił mnie do pewnych przemyśleń. Pierwsze z nich dotyczy tematyki często się pojawiającej w dyskusjach między samymi myśliwymi – elementu planistycznego jako podstawy funkcjonowania gospodarki łowieckiej. Niedawno w tym kontekście przypomniałem sobie zamierzchłe czasy studiów i jeden szczególny wykład, który utkwił mi w pamięci. Otóż prowadzący go profesor rzucił banalne stwierdzenie. Powiedział mianowicie, że praca leśnika i pasja myśliwska mają wiele wspólnego, ponieważ całe leśnictwo i łowiectwo w Polsce funkcjonują wyłącznie na podstawie wszelkich planów krótko- i długoterminowych. Im lepsze i dokładniejsze są te plany, tym lepsze rezultaty osiągają zarówno leśnicy, jak i myśliwi.

Bardzo często odnośnie do zmian zachodzących w administracji łowieckiej słyszymy zarzut, że właśnie element planistyczny całkiem leży, że plany łowieckie są zawyżane, że myśliwi nie myślą perspektywicznie itd. Fora łowieckie aż huczą od negatywnych opinii wyrażanych przez samych myśliwych, a dotyczących wyników inwentaryzacji. Jednak czy tak to wygląda naprawdę? Już od kilku lat pojawiają się głosy, że niedługo nie będzie na co polować. Sam często się nad tym zastanawiam, zwłaszcza jeśli chodzi o jelenie. Tymczasem niedawno przeprowadzone i sygnalizowane na łamach badania nad stanem jeleniowatych w RDLP w Szczecinie pokazały wielką skalę niedoszacowania ich liczebności, co można spokojnie odnieść do całego kraju. Po kolejnych inwentaryzacjach WŁPH podlegają korektom, w rubryce pozyskanie wartości często idą w górę. Kolejny sezon zwiększonego odstrzału mija, a tu zaskoczenie, ponieważ plany wykonano, a zwierzyny nie ubywa. Okazuje się wręcz, że myśliwy to raczej dobry hodowca niż rzeźnik. Oczywiście można poddać pod dyskusję stosunkowo szybkie wykonanie planów przy legalności stosowania celowników termo- i noktowizyjnych do odstrzału dzików. Pozostając jednak optymistą, w tym wpisie stwierdzę, że obserwacje dowodzą raczej wzrostu liczebności jeleniowatych. Pytanie, czy nie lepiej byłoby usprawnić dotychczas działającą machinę, która funkcjonowała zgodnie z wizją nakreśloną przez profesjonalistów, niż w imię walki z ASF-em wpuścić do lasu armię i policję. Przyszłość pokaże, czy odbieranie kompetencji fachowcom miało jakikolwiek sens.

Drugie przemyślenie dotyczy rzekomo złej atmosfery towarzyszącej polowaniom w Polsce. To oczywiście prawda, że hejt leje się nawet nie strumieniem, ale wręcz rwącym potokiem i chyba nigdy nie mieliśmy tak wrogiego nastawienia społeczeństwa do nas. Związane z walką z ASF-em zmiany w prawie łowieckim oraz dopuszczenie stosowania termo- i noktowizji dzielą nas na dwa obozy. Analizując media społecznościowe, można dojść do smutnej i często powtarzanej konkluzji, że sami jesteśmy dla siebie największymi wrogami. Te wszystkie negatywne informacje bombardują nas tak mocno, że coraz powszechniej popadamy w stan zawieszenia i ogólnie panujący marazm.

Jednak czy dociera do nas rzeczywistość czy raczej jej zafałszowana wersja? Nie od dziś wiadomo, że nic nie jest tak socjalnym elementem łowiectwa jak polowania zbiorowe organizowane w okresie jesienno-zimowym. Uczestnictwo w zbiorówce umożliwia rozmowy z wieloma kolegami i pozwala zweryfikować to, co podają media. Dla mnie ten sezon był bardzo intensywny, odwiedziłem dużo kół łowieckich, uczestniczyłem w polowaniach zarówno komercyjnych, jak i tych, nazwijmy je, wewnętrznych, dla członków koła i osób z ich kręgu. Na koniec sezonu czuję się podbudowany, bo okazuje się, że trolle i chamy działają głównie w sieci. Ja zaś przemierzyłem Polskę wzdłuż i wszerz i na polowaniach spotkałem się z życzliwością, zrozumieniem oraz pozytywną atmosferą. Myśliwi na zbiorówkach ukazują zupełnie inne oblicze, niż narzuca nam opinia publiczna. To zżyta grupa pasjonatów pomagających sobie wzajemnie. Patrząc globalnie, to naprawdę bardzo budujące, że kiedy w kwestiach administracji i samorządności doświadczamy chaosu, jednostki potrafią oddolnie świetnie zorganizować tę rzeczywistość. Może problem polega na tym, że kłamstwo powtarzane wiele razy staje się prawdą i my sami, nie wierząc w naszą jedność, mało robimy, by umacniać nasze struktury.

Jedno dla mnie jest pewne. Poprzedni rok pokazał, że cokolwiek by się działo, na dole odpowiedzialni ludzie wykonują należycie swoją nieocenioną pracę. Dbają nie tylko o funkcjonowanie zrzeszenia, lecz także o relacje z innymi grupami społecznymi, np. rolnikami. Miniony rok dowiódł również olbrzymiej siły oddolnych inicjatyw naszych kolegów, którzy robią bardzo dużo dla promocji łowiectwa w społeczeństwie. Im więcej na górze kłótni i bezcelowych działań, tym więcej na dole pojawia się trafionych akcji!

To nie nazwiska i funkcje budują Polski Związek Łowiecki, ale pasjonaci, którzy codziennie poświęcają się na rzecz zrzeszenia. Trudno o lepszą podstawę do tworzenia silnej organizacji. Pytanie tylko, co zrobić, żeby umożliwić tym pasjonatom dalsze działanie.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Zbawienny deszcz

Ostatnie dni przyniosły świetne wieści z Czarnego Lądu. Po ekstremalnie suchym poprzednim sezonie w tym roku do Kambaku planowo zawitał deszcz!

Przypomnę, że zeszłoroczna susza w Namibii pociągnęła za sobą wręcz katastrofalne skutki. Deszcz przyszedł bardzo późno, przez co wiele zwierząt padło z wycieńczenia i głodu jeszcze przed końcem dłuższej niż zwykle pory suchej. Niektóre regiony Namibii nie doczekały się deszczu w ogóle. Inne, takie jak Kambaku, dostały z niebios minimum do przetrwania. Sytuacja była naprawdę trudna nie tyle z dziką zwierzyną, ile z hodowlą bydła. Namibia to kraj pasterski z czymś na kształt wolnego wypasu. Pod koniec zeszłej pory deszczowej, czyli w marcu tego roku, hodowcy przeżywali rozterki, czy masowo likwidować stada ze względu na brak pożywienia czy kurczowo trzymać się nadziei na spóźnione opady w kwietniu. Dzisiaj już wiemy, że ci, którzy nie ograniczyli pogłowia od razu, później masowo zbierali trupy z pól.

Tak jak pisałem jakiś czas temu, osłabienie zarówno w stadach hodowlanych, jak i wśród dzikiej zwierzyny doprowadziło do silnej ekspansji drapieżników, co potwierdzają najświeższe obserwacje z tej pory deszczowej. Kończąc opisywanie sytuacji z ubiegłych miesięcy, przytoczę jeszcze jeden przykład, który chyba najbardziej wymownie przedstawi krytyczny stan po suszy. Na kilku farmach w środkowej Namibii zaniechano polowań komercyjnych. Powodem było to, że przyjezdni goście spotykali więcej antylop padłych z wycieczenia i głodu niż żywych. W obliczu takiej katastrofy trudno wytłumaczyć trofealne pozyskanie – w grę wchodzi tylko rozsądna selekcja gatunków i osobników, które potencjalnie jako pierwsze ucierpią od przedłużającej się suszy i braku pożywienia.

Wspomniałem we wstępie, że ten sezon deszczowy zaczął się wyśmienicie. Za nami w Kambaku dwie potężne ulewy, które już sowicie nasączyły wysuszoną sawannę. Busz na nowo budzi się do życia i leczy rany po długiej suszy. Straty były również na farmie, może nie bardzo dotkliwe, jednak kilkadziesiąt przedstawicieli przede wszystkim takich gatunków, jak: gnu, eland, guziec i hartebeest (bawolec krowi), zostało znalezionych przez pracowników obwodu. Okazały się to głównie stare osobniki, niejako z automatu osłabione przez swój wiek. Przedłużająca się susza po prostu je dobiła.

Już niebawem po porze deszczowej wrócę z kolejnymi historiami myśliwskimi. W zbliżającym się sezonie mamy zaklepane łowy selekcyjne, trofealne i kilka wyjazdów rodzinnych. Czekamy szczególnie na ojca z synem, którzy odwiedzą Kambaku w trakcie polskich wakacji. To będzie niesamowite móc wspólnie z ojcem przekazać najlepsze sztuki i tajniki myśliwskie młodemu człowiekowi. Zwłaszcza przy obecnej sytuacji prawnej w Polsce, gdzie dzieci zewsząd są bombardowane mową nienawiści, a jednocześnie rodzice nie mogą im zaszczepić swojej łowieckiej pasji.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Co dalej z jeleniami?

Tym razem chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami, a także publicznie uderzyć się w piersi, ale po kolei.

Jeleń dla mnie to jak dla wielu innych łowców najważniejszy wśród łownych gatunków zwierząt. Od najmłodszych lat odgłos ryczącego byka budził we mnie najsilniejsze emocje. Pozwalał funkcjonować bez snu, byleby jak najwięcej czasu spędzić w lesie. Zawsze starałem się jak najlepiej zgłębić temat jeleni, zdobyć wiedzę zarówno teoretyczną, jak i tę praktyczną od bardziej doświadczonych myśliwych. Każdy byk jest dla mnie piękny, każde pozyskane trofeum zasługuje na ogromną cześć (moje priorytety uległy zmianie po wizycie na Czarnym Lądzie, jednak to już inna historia).

Regularnie poluję w okręgu olsztyńskim i niejednokrotnie dzieliłem się na tym blogu oraz na łamach papierowego wydania „Braci Łowieckiej” emocjami związanymi z polowaniem z podchodu na to królewskie zwierzę. Teraz, zostawiwszy emocje na boku, chciałbym się uderzyć mocno w piersi. Przez wiele lat należałem do krytyków kryteriów selekcji odstrzału byków jeleni w moim okręgu. Zawsze myślałem, że myśliwych traktuje się zbyt surowo, a zasady są oderwane od rzeczywistości i nie pozwalają na łowieckie spełnienie. W momencie, kiedy kryteria się zmieniły na według mnie bardzo łagodne (zwłaszcza w moim okręgu), okazało się, że tak jak kiedyś z trudem przychodziło znaleźć byka selekcyjnego, tak obecnie trudno znaleźć osobnika, którego nie można strzelić.

Całe rykowisko spędziłem rozmyślając nad tym, czy to dobrze. Nie jestem naukowcem i zapewne brak mi wiedzy, która pozwalałaby jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Mam jednak parę spostrzeżeń podpartych faktami. Po pierwsze, jakość trofeów byków jeleni w ostatnich kilku latach zarówno w moim okręgu olsztyńskim, jak i w przeważającej części kraju powędrowała wykładniczo w górę. Pamiętam, że kiedyś robiło się wielkie zamieszanie, gdy ktoś pozyskał byka o masie wieńca ok. 8 kg. Dzisiaj, oczywiście, nikt nie ujmuje piękna takiemu trofeum, jednak podobne wieńce stały się na tyle powszechne, że poruszenie powstaje przy bykach przekraczających 10 kg, przy czym również taka masa w niektórych regionach nie uchodzi za coś nadzwyczajnego.

Chyba każdy przyzna mi rację, że z roku na rok jesteśmy świadkami pozyskiwania coraz to mocniejszych i piękniejszych wieńców jeleni, a co przy tym najbardziej budujące, byki w wieku powyżej 10 lat przestały stanowić wyjątek! Wynika to zdecydowanie z wieloletniego stosowania surowych kryteriów selekcji. Zaciskanie zębów przyniosło efekty, których osobiście się nie spodziewałem. Z perspektywy czasu uważam, że bardzo się myliłem, krytykując obostrzenia dla myśliwych dotyczące zasad odstrzału. Jakość osobnicza wyrażona w masie i formie wieńców naprawdę imponuje w stosunku do lat ubiegłych. Nie wchodząc głębiej w szczegóły, sądzę, że surowe selekcjonowanie drugiej klasy wieku przed zakończenia budowy kośćca, czyli osiągnięciem 7–8 lat, pozwoliło wielu osobnikom dożyć momentu, w którym zwierzę przeznacza energię głównie na budowę wieńca. Tak naprawdę dopiero wówczas wiemy, na co stać konkretnego osobnika.

W związku z tym mam teraz duży dylemat przy ocenie obecnych kryteriów selekcji byków jeleni. Z jednej strony myśliwym bardzo prosto dokonać prawidłowego odstrzału, z drugiej zaś 6–8-letnie, potężne dziesiątaki regularne, obustronnie koronne trafiają pod lufę bez względu na masę. A sami wiemy, że to często przyszłościowe osobniki, wykonujące największą pracę w czasie rykowiska. Do tego mam wątpliwości dotyczące ciągle się zwiększających planów odstrzału jeleniowatych. Nie wiem, czy problemem są założenia hodowli lasu mówiące o prowadzeniu młodych drzewostanów bez powodującego koszty dla Lasów Państwowych grodzenia czy rzeczywiście stany jeleniowatych wymknęły się spod kontroli. Czy przypadkiem nie jest tak, że po planie eksterminacji dzików (według najnowszych doniesień o ASF-ie niewpływającym na rozprzestrzenianie się choroby tak istotnie, jak chcieliby niektórzy) przyszedł czas na masową redukcję jeleniowatych? Komu na tym zależy? Rolnikom? Leśnikom? Bo na pewno nie myśliwym. Najsmutniejsze jest to, że ludzie to właśnie nami wycierają sobie gębę, obwiniając nas za wszystko – od szkód w płodach rolnych, przez ASF, aż po samo wykonywanie polowania. A w gruncie rzeczy, gdyby się dobrze temu przyjrzeć, z tych grup powiązanych z dzikimi zwierzętami to właśnie myśliwym najbardziej zależy na racjonalnym gospodarowaniu nimi – pozostałe prezentują skrajne podejścia, które z założenia w ogóle nie powinny być brane pod uwagę.

W trakcie tegorocznego rykowiska odpuściłem kilka sytuacji z bardzo mocnym, choć nie starszym niż siedem lat, stadnym dziesiątakiem regularnym, obustronnie koronnym. Jednak nie zamierzam krytykować obecnych rozwiązań zawartych w kryteriach selekcji, ponieważ być może za jakiś czas znowu będę bić się w piersi. Mam jednak nadzieję, że nie zniszczymy tej jakości osobniczej, którą z trudem budowaliśmy latami, oraz że nie pójdziemy w kierunku zachodniego sposobu myślenia i jedynym kryterium selekcji nie stanie się własność gruntu.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Czy mamy prawo uczyć inne kraje ochrony przyrody?

Tytuł już sugeruje, do czego będę stopniowo zmierzał w tych kilku zdaniach. Jednak chciałbym ten temat nieco bardziej rozwinąć. Zacznę od ciekawej informacji, która później posłuży mi za przykład. Otóż Namibia i Zimbabwe rozszerzają możliwość polowania selekcyjnego na przedstawicieli wielkiej piątki. Od dłuższego czasu odbywają się łowy na słonie, których zagęszczenie w pewnych rejonach obu tych krajów wzrosło kilkudziesięciokrotnie na przestrzeni ostatnich 10 lat (pisałem już o tym na blogu). Niedawno na listę gatunków objętych odstrzałem selekcyjnym trafił bawół afrykański. Otóż okazuje się, że bardzo wiekowe byki, zwane dagga boyami, nie są atrakcyjne dla trofealnych myśliwych. Brak zainteresowania tymi bawołami doprowadził do postarzenia populacji, co przełożyło się także na pogorszenie funkcjonowania stad – stare osobniki są agresywne, zajmują terytorium, a nie spełniają już swojej reprodukcyjnej funkcji.

Motywację myśliwych poniekąd da się zrozumieć, ponieważ płacą fortunę za polowanie np. w Caprivi, więc chcieliby przywieźć okazałe trofeum, a nie stare, zniszczone rogi – ten rodzaj trofeum jest piękny tylko dla części z nas, która traktuje go jako symbol przygody, a nie patrzy pod kątem cali na wycenie medalowej. Właśnie na takie stare byki od niedawna można zapolować za 1/3 ceny. Niska kwota wynika z tego, że odpada nam dokumentacja eksportowa trofeum, które jako pozyskane selekcyjnie zostaje w kraju (na tym to polega – gdybyśmy chcieli zabrać je ze sobą, będzie to już polowanie trofealne. Na dobrą sprawę trzeba by je zakontraktować wcześniej, a jego cena znacząco poszybuje w górę). Przypomnę tylko, że Caprivi to obszar północno-wschodniej Namibii mieszczący się w dolinach rzek Okawango, Kwando i Zambezi, w pełni dziki i podzielony jedynie na obszary koncesyjne, gdzie można polować, oraz wyłączone z łowieckiej aktywności parki narodowe. To miejsce można by nazwać jedną z kilku afrykańskich mekk myśliwych.

Wracając do tematu polowania selekcyjnego na dagga boya – jest to świetne rozwiązanie pozwalające gospodarować populacją w zrównoważony sposób, a jednocześnie oferować komercyjne polowanie grupie koneserów. To kolejny z afrykańskich pomysłów na zarządzanie dzikimi zwierzętami, o którym wspominam na blogu. Przypomnę, że publikowałem już wpisy o polowaniu selekcyjnym na antylopy, o selekcjonowaniu słoni, o odstrzale trofealnym starego nosorożca czarnego za niebotyczną kwotę oraz o tworzeniu obszarów koncesyjnych przy parkach narodowych. O dobrych efektach tych strategii mówią liczby i jakość osobnicza populacji poszczególnych gatunków. To są fakty, na które zwraca uwagę świat nauki. Niedawno w piśmie „Science” ukazał się podpisany przez ponad 100 naukowców artykuł traktujący o pozytywnym wpływie trofealnych polowań komercyjnych na populacje różnych gatunków zwierząt oraz rozwój społeczności lokalnej.

Dla kontrastu weźmy nasze żubry i łosie. Obydwa te gatunki ze względu na przegęszczenie w niektórych obszarach naszego kraju proszą się o redukcję, o czym trąbią naukowcy. Bez problemu dałoby się zorganizować polowania komercyjne, środki z nich mogłyby zaś zostać przeznaczone na gospodarowanie populacją – w przypadku łosi np. na ochronę upraw leśnych przed zgryzaniem, a w przypadku żubrów na dokarmianie zimowe. Niestety realia są takie, że potrafimy jedynie wzmacniać PR instytucji zajmujących się tymi gatunkami, ale nikt nie jest na tyle odważny, aby przyznać, że nadszedł też czas na rozsądną regulację. Konsekwencje powoli się zaczynają: konflikty z rolnikami, kolosalne koszty ochrony drzewostanów i płodów rolnych, grzybica skóry u łosi, gruźlica czy nagłośniona ostatnio telazjoza u żubrów itp. Przykładów zapewne znalazłoby się więcej.

Pójdźmy dalej – co z populacjami głuszców i cietrzewi? Gdy tylko kończy się projekt reintrodukcji, brakuje środków i pomysłu na to, co zrobić dalej, a w rezultacie drapieżniki mają egzotyczny obiad. Można by więc zapytać o funkcjonowanie całej administracji przyrodniczej. Jaki ma sens wydawanie milionów złotych na odtwarzanie gatunków, które naturalnie ustąpiły, skoro brakuje pieniędzy w budżecie, żeby się zająć obecnie zamieszkującymi nasze tereny? Jak sobie radzimy z problemem zagęszczenia wilków? Odpowiedź jest prosta – nie radzimy sobie w ogóle, środowisko naukowe kłóci się o dane inwentaryzacyjne, a osobniki hybrydowe coraz bardziej dają o sobie znać w całym kraju. Zaczynają obowiązywać nowe trendy w behawiorze i diecie tego gatunku, a my zatrzymaliśmy się na etapie wiedzy książkowej o tym, że „wilk robi świetną selekcję, polując na osłabione osobniki”. Historie o nieprzewidywalnych zachowaniach watah czy lokalnej eksterminacji saren, muflonów czy danieli nie budują wizerunku, więc nie ma odważnych, żeby podjąć ten wątek.

Można dyskutować, z której strony spojrzeć na dane zagadnienie, jednak trudno się spierać o to, że w kraju występują problemy dotyczące dzikich populacji zwierząt. W przeciwieństwie do krajów afrykańskich nie podejmujemy działań, tylko mędrkujemy i się kłócimy między sobą. Najgorsze jest to, że próbujemy uczyć inne nacje ochrony przyrody, choć nie radzimy sobie na własnym podwórku. Piszę to w kontekście kampanii antyłowieckich podejmowanych przez polskie instytucje i środowiska naukowe w odniesieniu do gatunków zamieszkujących inne kraje. Czy gdy nie znamy lokalnych realiów i uwarunkowań społecznych, nie powinniśmy pilnować bardziej swego nosa?

Ostatnio zbulwersowały mnie pojawiające się komentarze o tym, jak Białorusini powinni podchodzić do gospodarowania głuszcami i cietrzewiami, a także na które z gatunków afrykańskich powinno się polować, na które zaś nie. Niedawno byliśmy nacją nienawidzącą pouczania, ale szybko przyjęliśmy zachodni styl. Jak pokazują przykład Białorusi, gdzie populacja głuszców ma się bardzo dobrze (w przeciwieństwie do naszej), czy odważne oraz przemyślane działania krajów afrykańskich, czasem lepiej, zamiast pouczać, przyjąć postawę pokory i spojrzeć krytycznie na własny dorobek.

Jakub Piasecki, Fot. arch. Biura Polowań Argali


Czytaj więcej

Kambaku w filmowym kadrze

Rykowisko za pasem. Chłodne, mgliste poranki, wychlapane przez jelenie kałuże, ślady jeleniej agresji na śródleśnych zakrzaczeniach. Emocje sięgają zenitu nie tylko w byczych chmarach, lecz także wśród polującej braci. Tak, drodzy koleżanki i koledzy, niejako jak byki w rykowisko wchodzimy w czas nieprzespanych poranków, zarwanych nocy i najpiękniejszych łowieckich przeżyć. Życzę wszystkim tylko tych pozytywnych emocji, przede wszystkim koleżeńskiego podejścia oraz braku zazdrości. Niech rykowisko będzie prawdziwym świętem myśliwych!

W wolnej chwili zachęcam do obejrzenia krótkiej produkcji o obwodzie łowieckim Kambaku w Namibii. To w trakcie mojego pobytu tam i pracy na jego terenie zrodził się pomysł utworzenia tego bloga. Film, choć krótki, to w pełni oddaje ducha tego miejsca – dzikość sawanny pomieszaną z rodzinną i nastrojową atmosferą. W pierwszych kadrach pojawia się Stefan, główny profesjonalny myśliwy w Kambaku, którego część polskich myśliwych miała okazję poznać osobiście. O namibijskiej przyrodzie opowiadają również Larisa oraz Jim – przewodnicy związani z aktywnościami jeździeckimi. Widzimy, jak konno zbliżają się na małe odległości do przedstawicieli namibijskiej fauny. Z jednej strony, jak już kiedyś pisałem, zwierzyna na sawannie reaguje spokojem na wszystko, co się porusza na czterech nogach (nawet jeśli jest to człowiek na koniu). Z drugiej zaś obszar 2,5 tys. ha wokół hotelu i stadniny koni został wyłączony z użytkowania łowieckiego – stanowi swoisty matecznik dla zwierzyny, która oswaja się z obecnością człowieka i pozwala mu skrócić dystans. Dzięki temu, że wciąż kręcą się tam ludzie, w obrębie tej strefy występuje mniej drapieżników. Niezależnie od tego cały obszar farmy (10 tys. ha w ubiegłym roku powiększone o 4,5 tys. ha gruntów dzierżawionych od sąsiada) podzielono na sektory będące samodzielnymi łowiskami, co daje możliwość bezkolizyjnej organizacji polowań i innych aktywności.

Wracając do filmu, polecam zwrócić szczególną uwagę na sceny z myśliwskiego obozu oraz moment podchodu antylop – na chwilę pojawia się tam Paulus, mój mistrz i mentor, jeśli chodzi o tropienie oraz podchód zwierząt zamieszkujących sawannę, o którym niejednokrotnie wspominałem na blogu.

Życzę przyjemnego kilkuminutowego seansu, a wszystkich zainteresowanych wyprawą do tego urokliwego zakątka Czarnego Lądu zapraszam do kontaktu!

Jakub Piasecki

 


Czytaj więcej

Polowanie na lamparty

Jakiś czas temu obwód łowiecki Kambaku w Namibii udostępnił ofertę polowania na lamparta, którą rozpowszechniłem na swoim profilu na Facebooku. Przy tej okazji wywiązała się zażarta dyskusja. Brali w niej udział, oczywiście, pseudoekolodzy, a także sami myśliwi. I to właśnie komentarze kolegów po strzelbie skłoniły mnie do napisania po raz kolejny kilku słów o polowaniach na lamparty.

Na początek trochę humoru. Niedawno bardzo mocno uzmysłowiłem sobie, że niestety są wśród nas patologiczne jednostki niepotrafiące przemilczeć swoich braków w wiedzy i doświadczeniu. W dyskusji internetowej pod postem promującym polowanie na lamparta pojawił się komentarz, którego autor przedstawił się jako praktykujący myśliwy i stwierdził, że tylko – jak to ujął – „debile” mogą polować na tak piękne zwierzę. Jako jeden z tych „debili” na wstępie muszę z przykrością zauważyć, że edukacja łowiecka kuleje również w naszym środowisku. Nigdy nie sądziłem, że na blogu myśliwskim będę wyjaśniał to, że jako myśliwi polujemy w oparciu o zasadę regulacji liczebności gwarantującą funkcjonowanie całego ekosystemu, a wyznacznika naszych działań nie stanowi podział na „zwierzęta ładne” i „zwierzęta brzydkie przeznaczone do odstrzału”. Pytanie, który gatunek jest na tyle „brzydki”, że autor wspomnianego komentarza na niego poluje.

Zostawiam jednak żarty na boku i przechodzę do meritum. W Namibii liczba dziko żyjących kotów, zwłaszcza lampartów, gepardów i lwów, podlega regularnej kontroli. Inwentaryzacji drapieżników dokonują zarządcy obwodów łowieckich (właściciele farm, zarządcy parków narodowych, zarządcy miast), a organem kontrolującym wyniki inwentaryzacji jest NAPHA (Namibijski Związek Profesjonalnych Myśliwych, ang. Namibia Professional Hunting Association) w porozumieniu z Ministerstwem Środowiska i Turystyki. Każdy obwód, który chce zorganizować odstrzał lamparta, ubiega się o specjalne upoważnienie wydawane przez ministerstwo i ważne tylko przez rok, przy czym liczebność danego gatunku musi być na tyle duża, że mimo odstrzału zostanie zapewniona ciągłość istnienia populacji zamieszkującej dany obszar. W przypadku lampartów rachunki nie są skomplikowane, ponieważ to bardzo terytorialne koty i jedynie w okresie godów tolerują innego osobnika na swoim terenie. Wielkość terytorium zależy od zasobności w pożywienie i wodopoje. Obecność fotopułapek przy zbiornikach z wodą pozwala zinwentaryzować koty oraz ocenić ich płeć, wiek i wielkość. Obwód, który otrzyma upoważnienie od ministerstwa, wnioskuje o imienną zgodę na odstrzał dla konkretnego myśliwego. Nierzadko się zdarza, że przedstawiciele urzędu i NAPHA kontrolują sposób przeprowadzenia polowania. Warto w tym miejscu przypomnieć, że zgodnie z namibijskim prawem można pozyskiwać tylko osobniki płci męskiej o wadze powyżej 50 kg. Czas polowania ogranicza się do momentu, gdy operuje słońce, poniważ w Namibii obowiązuje całkowity zakaz stosowania sztucznego światła w celach łowieckich. Po polowaniu pozyskany osobnik jest sprawdzany przez przedstawicieli obu wymienionych wyżej instytucji. Jak widać, łowy podlegają ścisłej kontroli na każdym etapie. Złamanie któregoś z zakazów powoduje, że obwód traci licencję na organizację polowań.

Dlaczego poluje się na lamparty? Przede wszystkim nadmierne wysycenie drapieżnikami danego terenu powoduje dotkliwe szkody w zwierzynie i zwierzętach gospodarskich. Problem wiąże się z liczbą pojawiającego się potomstwa (przypomnę, że młode przebywają z matką przez trzy lata). Za pomocą odstrzałów dąży się do takiej sytuacji, aby młode lamparty mogły zajmować terytoria po starych samcach. Osobniki wędrujące w poszukiwaniu terytorium na długich dystansach prędzej czy później trafiają na stada bydła domowego i pojawiają się problemy, ponieważ lampart, który zasmakuje w zwierzętach hodowlanych, już do końca życia będzie na nie polował. Warto wspomnieć, że Namibia to kraj pasterski i hodowla zwierząt stanowi wielopokoleniową tradycję. Lokalna ludność uważa więc lamparty za duży problem i często są one nielegalnie uśmiercane bez żadnej racjonalnej selekcji. Ekskluzywność i cena polowania na te koty z jednej strony pozwala choć trochę zrekompensować straty hodowcom, a z drugiej zniechęca członków miejscowej społeczności do bezmyślnego zabijania lampartów.

Sporo osób sądzi, że łowiectwo afrykańskie to istny chaos przyrodniczy i biznes dla wybrańców. Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej, a w wielu punktach działania myśliwskie okazują się bardziej perspektywiczne i przemyślane niż w naszej „eko” Europie. Polowania na lwy, lamparty, słonie, krokodyle czy hipopotamy w niektórych kręgach kojarzą się ze zbędnym snobizmem, warto jednak pamiętać, że mimo abstrakcyjnych cen takich łowów są one podyktowane względami przyrodniczymi i społecznymi. W krajach takich jak Namibia do polowania nie dorabia się teorii czy ideologii, tylko jeżeli zachodzi konieczność jego przeprowadzenia, to stara się z tego stworzyć wartościowy produkt.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Dlaczego wstydzimy się łowiectwa?

Przeglądając fora łowieckie oraz czytając komentarze pod artykułami dotyczącymi tematyki myśliwskiej, można dojść do wniosku, że każdy z nas ma swój pomysł na funkcjonowanie łowiectwa. Można też uznać, że każda zaproponowana koncepcja jest zła, każde rozwiązanie ma wady, a nawet jeśli jest dobre i trafne, to zostało zaproponowane za późno. Dlaczego tak lubimy siebie krytykować i tak bardzo nas boli, gdy ktoś przejmuje inicjatywę? Zarazem dlaczego potrzeba miesięcy i lat do tego, żeby ktoś zaproponował jako oczywiste rozwiązanie od dawna znaną receptę na palące problemy?

Jest nas ponad 120 tys. Z jednej strony to bardzo mało jak na tak zaludniony kraj, z drugiej zaś tylu ludzi zrzeszonych w jednym związku to wcale niezła liczba. Wszystko zależy od punktu widzenia. To rzeczywiście za mało, żeby zyskać poważanie, pozycję społeczną i aby oczekiwać zrozumienia. Jednak w zupełności wystarczy do obrony idei stowarzyszenia. W naszym zrzeszeniu wielu kolegów piastuje stanowiska polityczne, wykonuje zawody zaufania społecznego czy zaliczane do tych prestiżowych. Jesteśmy lekarzami, wojewodami, sędziami, przedsiębiorcami zatrudniającymi setki tysięcy ludzi, psychologami i właścicielami ziemskimi. Czyli tak naprawdę mamy bardzo dużo do powiedzenia niemal w każdej dziedzinie i dzięki temu zyskujemy pełno argumentów, by nie tylko bronić łowieckiej pasji, lecz także ją promować.

Niestety, gdy wstydzimy się bycia myśliwymi, bardzo często stajemy po tej samej stronie co nasi przeciwnicy. Ktoś powie: jak można się wstydzić polowania? Ano mocni jesteśmy tylko na forach, gdy rozmawiamy w swoim wąskim gronie. Niech za przykład posłuży tu ten bzdurny przepis wprowadzony ubiegłoroczną nowelizacją Prawa łowieckiego zakazujący udziału dzieci w polowaniach. Abstrahując od jego sensowności, przyjrzyjmy się faktom. Opinia publiczna została zarzucona wypowiedziami psychologów jawnie wspierających pseudoekologów. Dlaczego żaden psycholog, który jest myśliwym (a takich znalazłoby się wielu), nie znalazł w sobie odwagi, by wypowiedzieć się publicznie w tej kwestii i zająć stanowisko? Można by się pokusić o stwierdzenie, że chyba nie ma nic do dodania i rzeczywiście dzieci myśliwych to przyszli terroryści. Tylko że anonimowymi środkami przekazu przedziera się głos, że sprawa dzieci wygląda zupełnie inaczej, a na potwierdzenie tego są badania. Dlaczego informacje o tym podają publicyści, a każdy psycholog boi się pod tym podpisać? Drugi przykład to celowe skłócanie nas ze środowiskami rolniczymi przez nieustanne zarzucanie nam braku zaangażowania w przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się ASF-u. Nie zostawia się na nas suchej nitki. Dlaczego właściciele wielkich gospodarstw, którzy są myśliwymi, nie zajmują stanowiska w tej kwestii?

Przykłady można by mnożyć, ale po co? Przecież nie ma sensu nieustanne oskarżanie się nawzajem o obecny stan rzeczy. Warto jednak uzmysłowić sobie, że dopóki będziemy się identyfikować z polowaniem tylko w naszym własnym gronie, dopóty nic się nie zmieni. Klucz do rozwiązania większości problemów znajduje się w naszym zrzeszeniu. Tym kluczem jesteśmy my sami, nasze wzajemne relacje i nasza postawa wobec niepolujących, jaką prezentujemy każdego dnia. Jakie to smutne, że przeważnie to adepci łowiectwa, dopiero co po zdaniu egzaminu, są tymi, którzy chlubią się łowiectwem, a starzy myśliwi z doświadczeniem i wiedzą często udają cywilów i wręcz ukrywają swoją pasję łowiecką.

Teraz nadszedł czas, aby dać coś od siebie i wyjść ze swoją pasją poza obwieszony trofeami salon. Wiadomo, że słowa proste w pisaniu i czytaniu mogą być bolesne w realizacji. Dla wielu z nas przyznanie się do bycia myśliwym nie tylko niesie za sobą nagonkę społeczną, lecz także często przekłada się na straty materialne. Uważam jednak, że mimo wszystko obecny czas to moment, kiedy myśliwi powinni wyjść z cienia i jasno określić swoją łowiecką tożsamość. Nasze zrzeszenie nie potrzebuje jedynie członków korzystających z prawa do wykonywania polowania. Potrzeba nam odważnych osób, które dadzą przykład własną postawą i wezmą w obronę zasady przyświecające łowiectwu oraz myśliwskie tradycje.

Dziękuję wszystkim, którzy każdego dnia podejmują próby edukowania społeczeństwa w zakresie łowiectwa. Choć zabrzmi to banalnie, edukacja to działanie perspektywiczne, a niczego nam tak nie potrzeba, jak dobrych perspektyw na przyszłość.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej