Pierwsze polowania komercyjne po lockdownie i sytuacja w Afryce

W Europie, mimo że ciągle zmagamy się z pandemią i co chwilę otrzymujemy informacje o kolejnych ogniskach choroby, ogólnie rzecz biorąc życie wraca do normy. Rynek polowań, choć bardzo zachwiany przez COVID-19, powoli się prostuje, o czym na początku tego wpisu. Ze względu na to, że wielu z was zwraca się do mnie z pytaniami o to, jak w okresie pandemii radzi sobie Kambaku oraz jaka sytuacja panuje w Afryce, w dalszej części tekstu postaram się również na nie odpowiedzieć.

Pierwsze polowania komercyjne zorganizowane dla zagranicznych gości już za nami. Można je podsumować dwiema obserwacjami. Co najważniejsze, zauważyłem kierowanie się rozsądkiem przez podprowadzających i wszystkie osoby zaangażowane w organizację polowania. Dbamy o dezynfekcję i środki ochronne, dzięki czemu chronimy siebie i nasze rodziny. Działa to w większości wypadków w obie strony. Jak się okazuje, bez wzajemnych uścisków i dotyków też można przeżyć świetne łowy. Ponadto odpuszczenie polowań na początku sezonu poskutkowało w czerwcu dużo większymi niż oczekiwane rezultatami. Parostki rogaczy w tym miesiącu są już pięknie ubarwione i prezentują się znacznie lepiej niż często blade, jeszcze z resztkami scypułu trofea zdobywane w okolicy 11 maja.

Tak jak przypuszczałem, już teraz widać, że rynek polowań się zmienia. Chętnych z zagranicy do przyjazdu do Polski jest znacznie mniej niż w poprzednich latach, a ich oczekiwania również zweryfikował kryzys wywołany pandemią. Wielu myśliwych szuka oszczędności i na przykład decyduje się na pozyskanie zaledwie jednego, dwóch wyjątkowych trofeów bądź wypatruje wyłącznie najtańszych ofert na rynku. Mimo to wszyscy starają się o stopniowy powrót do normalności, utrzymanie firm oraz zapewnienie płynności finansowej kół łowieckich. Na każdym etapie polowania daje się zauważyć dużą elastyczność i solidarność. Można podsumować to jednym zdaniem – będzie dobrze, niech tylko pozwolą nam wykonywać naszą pracę i realizować swoją pasję.

Teraz co nieco o sytuacji na Czarnym Lądzie. Afrykańskie obwody radzą sobie z pandemią w różny sposób. Za wzór trzeba postawić farmę Kambaku, która zawczasu zadbała o to, by poza turystyką mieć – jak to się mawia – drugą nogę. Już poprzednio pisałem, że sezon deszczowy był w tym roku bardzo obfity, co wykładniczo wpłynęło na przyrost zrealizowany każdego z gatunków antylop zamieszkujących farmę. Redukcję pogłowia bez względu na brak myśliwych komercyjnych trzeba utrzymać na takim samym co dotychczas poziomie. W Kambaku zajmują się tym miejscowi, profesjonalni myśliwi wyłącznie na zasadach selekcyjnych. Jak można przypuszczać, cena dziczyzny uległa załamaniu również na tamtejszym rynku. Jednak Kambaku dwa lata temu uzyskało certyfikat uprawniający do wytwarzania gotowych produktów i półproduktów z mięsa upolowanych dzikich zwierząt. Dzięki temu farma oferuje m.in. takie przysmaki jak gulasz z oryksa czy elanda zarówno w obrębie Namibii, jak i w sąsiednich krajach. Pozwala to zrekompensować część strat wynikających z całkowitego (miejmy nadzieję, że chwilowego) upadku turystyki.

Namibia jest w o tyle dobrej sytuacji, że – jak się wydaje – na jej terytorium opanowano rozprzestrzenianie się koronawirusa. Dlatego dziś w mocy prawnej pozostaje otwarcie granic tego państwa zaplanowane dla ruchu turystycznego z Europy na 30 września br. Przypomnijmy, że liczba zakażonych w Namibii nie osiągnęła 800 osób. Podobnie jest w Zimbabwe, gdzie ta wartość nie przekroczyła 1000 ludzi, choć w przypadku danych z tego kraju można powątpiewać w ich dokładność ze względu na małą liczbę przeprowadzanych testów. Niestety tak dobrych rzeczy nie można powiedzieć o RPA, gdzie liczba zachorowań ciągle rośnie i obecnie nie pozwala na ponowne otwarcie się na turystykę, w tym polowania komercyjne. Wciąż nie wiemy także, kiedy Białoruś i Rosja – również bardzo pożądane kierunki łowieckich wypraw – otworzą swoje granice dla odwiedzających.

Kolejną złą informacją jest to, że spedytorzy trofeów jawnie starają się zrekompensować sobie straty, wyciągając z kieszeni kartę przetargową zwaną „COVID-19” i nawet kilkukrotnie windując stawki za swoje usługi. Jednak aby pozostawić was z pozytywnym przesłaniem, pozwolę sobie zauważyć, że świat nie znosi próżni, więc już niedługo z pewnością pojawi się ciekawa alternatywa dla transportu afrykańskich trofeów.

Mimo wszelkich przeciwności ruszamy pełną parą z polowaniami w Afryce już jesienią br. Zaczynamy od Kambaku w Namibii, a także – jeżeli tylko sytuacja na to pozwoli – od Zimbabwe.

Jakub Piasecki,
Fot. arch. autora oraz farmy Kambaku

Czytaj więcej

Nowe kryteria wyceny trofeów w Namibii

W czasie, kiedy świat opanowała pandemia COVID-19, afrykańskie łowiectwo trofealne przeżywa całkowite załamanie ze względu na brak zagranicznych myśliwych. Wielu z nas zapewne zaczęło ostrzyć sobie zęby na przeceny spowodowane atakiem wirusa, a tutaj kolejne pozytywne zaskoczenie. W Namibii – kraju, który zawsze wspierał racjonalną gospodarkę łowiecką – pod nazwą ART (co jest skrótowcem od angielskiego Age Related Trophy Mesurement System) opracowano oparte na bardzo trafnych spostrzeżeniach nowe kryteria wyceny trofeów, które zaczną obowiązywać jeszcze w tym roku. Nie zamierzam tu ich omawiać dla każdego gatunku, jednak chciałbym zwrócić uwagę na kilka konkluzji i rozwiązania, jakie idą w ślad za nimi. Mogą się one bowiem okazać dla nas godne naśladowania.

Polowania trofealne w Namibii wiążą się z dwoma głównymi problemami. Po pierwsze, z nadmiernym odstrzałem młodych, przyszłościowych osobników o medalowym urożeniu, a po drugie, z dyskryminacją przy wycenie osobników w wieku dojrzałym, które mają już naturalne wady rogów (złamania, wykruszenia itp.). Gwoli przypomnienia, dla większości zwierząt afrykańskich obowiązują trzy kategorie wiekowe: osobniki młode, dojrzałe oraz stare. Cykl wzrostu rogów antylop czy oręży guźców i ciosów słoni można przyporządkować właśnie do tych faz rozwojowych. U młodego osobnika rogi czy oręż rosną szybko, mają duże przyrosty i są miękkie, co czyni je niezdatnymi do walki oraz rywalizacji siłowej. U słoni i guźców wiąże się to dodatkowo z wielkością unerwionej tkanki wewnątrz kła – w trakcie intensywnego wzrostu zajmuje ona przeważającą część przestrzeni w zębie. Pamiętajmy, że chodzi tu o fazę rozwojową w kontekście wieku zwierzęcia, u słoni trwającą do 35.–40. roku życia, guźców – do 3. r.ż., kudu – do 4.–5. r.ż., elandów – do 8.–9. r.ż., itd. Potem przychodzi dojrzałość. Przyrost urożenia ulega wtedy znacznemu spowolnieniu, za to rogi twardnieją i nabierają wartości bojowej. W tym czasie osobnik najwięcej walczy i konkuruje z innymi przedstawicielami swojego gatunku, co się łączy z osiągnięciem pełnej dojrzałości płciowej. Po tym okresie następuje etap starości, w którym przekazywanie puli genów nie jest już tak intensywne.

Jak możemy przypuszczać, to właśnie z tej ostatniej grupy wiekowej powinniśmy pozyskiwać najwięcej trofeów, aby pozwolić na reprodukcję osobnikom w sile wieku. Niestety wiemy, że antylopy w odróżnieniu od jeleni nakładają nie poroża, tylko rogi, których nie wymieniają po każdym sezonie. W rezultacie po osiągnięciu przez nie pełnej dojrzałości ich urożenie jest jakby w regresie, ponieważ ulega intensywnemu zużyciu. W związku z tym grupa Erongo Verzeichnis (organizacja działająca na rzecz ochrony i zachowania afrykańskiej przyrody, która uznaje myśliwych i łowiectwo za naturalny element jej funkcjonowania) z Namibii opracowała nowe kryteria wyceny trofeów (które wprost się przekładają na zasady selekcji), oparte na premiowaniu wieku osobnika przy wycenie medalowej trofeum.

Nie będę wchodzić w szczegóły – wymienię tylko kilka założeń, które niejako stanowią podstawę wprowadzanych zmian. Przyznaję, że część z nich to dla mnie duże zaskoczenie. Przede wszystkim raz na zawsze odważnie zdementowano dotychczasowe przekonanie, jakoby kształt urożenia był podyktowany wiekiem. Okazuje się, że pożądane wywinięcie na zewnątrz końców rogów u kudu, pełne skostnienie bawolej czapy, intensywność skrętu rogów u elanda czy wywinięcie ich końcówek u springboka zależą nie od wieku, tylko od możliwości genetycznych danego osobnika! Podobnie rzecz się ma z grubością urożenia – wpływa na nią nie przekroczenie progu dojrzałości, ale wyłącznie genetyka. To bardzo ciekawe, ponieważ jeszcze do niedawna cała edukacja profesjonalnych myśliwych opierała się na tezie, że to właśnie stosowny wiek pozwala bykowi kudu na wytworzenie pożądanej formy rogów. Podobnie twierdzono, jakoby tylko dojrzałe byki bawołów miały tendencję do zalewania całej czapy kością.

Po przyjęciu powyższych założeń wysunięto następujące wnioski:

  • młodociana grupa wiekowa musi podlegać selekcji negatywnej – trzeba eliminować z populacji osobniki o niepożądanej formie i grubości urożenia (nadmienię tylko, że na farmie Kambaku stosujemy tę metodę od kilku lat z bardzo dobrym skutkiem),
  • odstrzał trofealny należy skoncentrować jedynie na grupie dojrzałych i starych osobników,
  • powinno się stworzyć system, który nie będzie dyskryminował weteranów z naturalnymi wadami trofeów, takimi jak złamania czy wyszczerbienia.

W efekcie opracowano nowe kryteria, które bezwzględnie dyskwalifikują do wyceny medalowej osobniki młode i młodociane, nawet jeżeli mają medalową formę urożenia (dla przykładu: w Namibii zalicza się do nich 90% młodocianych elandów). Według mnie to bardzo dobre rozwiązanie, które pozwoli im na przekazanie swoich genów. Dodatkowo punkty uzyskane przez stare zwierzęta są pomnażane przez współczynnik 1,12, co niejako winduje te osobniki w punktacji dużo wyżej niż te pozyskane w okresie dojrzałości (nazwijmy to wiekiem średnim).

Słusznym pomysłem jest również zaniechanie wyciągania średniej z pomiarów i mierzenie tylko dłuższego rogu, co pozwala na osiągnięcie świetnego wyniku starym osobnikom, które przeważnie mają już wyszczerbiony oręż. Dodatkowo w kryteriach zwrócono uwagę na aspekty urożenia charakterystyczne jedynie dla dojrzałej i starej grupy wiekowej, czyli np. na intensywność i długość skrętu rogu u elanda, długość bruzdowanego odcinka rogu u impali czy grubość rogu u kudu. Uważam, że te rozwiązania są przede wszystkim uczciwe wobec przyrody – bo niby dlaczego dyskryminować pod względem trofealnym starego byka, który w trakcie lat walki o przekazanie genów ukruszył róg? Z punktu widzenia populacji to właśnie ten stary weteran zasługuje na medal.

Znowu stawiam Namibię za przykład kraju, który nie dość, że nie wypiera się łowiectwa, to jeszcze w sensowny sposób stara się je doskonalić, reagując na trendy wyznaczane przez środowisko przyjezdnych myśliwych komercyjnych. Po raz kolejny śmieję się w duchu, kiedy afrykański kraj pokazuje, jak odważnie i zdecydowanie prowadzić gospodarkę łowiecką, natomiast po drugiej stronie globu myśliwi z wieloletnią tradycją coraz bardziej uginają się pod naciskiem polityków i grup pseudoekologicznych. Patrząc na to z boku, my w Polsce walczymy de facto o prawo do polowania, a takie kraje jak Namibia są w tym czasie kilka kroków przed nami i nie próbują nikomu tłumaczyć, dlaczego opowiadają się za zrównoważonym łowiectwem, tylko myślą, jak jeszcze bardziej je udoskonalić.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Sytuacja w Afryce w związku z SARS-CoV-2

Pandemia COVID-19 jest fatalna w skutkach dla całego świata. O tym, co się dzieje w Polsce oraz Europie, codziennie słyszymy w mediach. Poniżej krótkie podsumowanie sytuacji w Namibii oraz Zimbabwe.

W Namibii w tym momencie (30 marca, godz. 12.00) jest potwierdzonych 11 przypadków koronawirusa. Wszystkie zostały zawleczone z Europy, południowej Afryki oraz ze Stanów Zjednoczonych. W piątek namibijski rząd podjął decyzję o zatrzymaniu wszystkich aktywności w kraju związanych z jakimkolwiek przemieszczaniem się (podobnie jak u nas transport żywności i artykułów spożywczych zwolniono z tego zakazu). Granice państwa zamknięto kilka dni później niż w Polsce. Namibia, która w 70% żyje z turystyki, teraz zamarła. Wszystkie ośrodki, parki, hotele czy farmy próbują sobie radzić, jak mogą. Ogólnie daje się wyodrębnić dwie drogi działania. Pierwsza to zwalnianie ludzi z minimalną odprawą, a druga – redukcja pensji i godzin pracy przy jednoczesnym zachowaniu ludzi w miejscu zatrudnienia. Jak mówią tubylcy, w najbliższych miesiącach nie ma groźby głodu nawet na biednych terenach, ponieważ pomoc socjalna na tych obszarach jest bardzo dobrze zorganizowana. Musimy pamiętać, że ludność zamieszkująca Damaraland, Owamboland  czy nawet Caprivi nauczyła się radzić sobie w ekstremalnie złych warunkach (zupełnie inaczej niż Europejczycy, aż chce się krzyknąć: i po to te durne przepisy ograniczające swobodę chowu przydomowego?).

W Kambaku obowiązuje pełna kwarantanna, ponieważ przed zamknięciem granic przyjmowało gości z Europy. Nikomu nie wolno z farmy wyjechać ani do niej przyjechać, a za wszelkie dostawy odpowiada wydelegowany koordynator. Sytuacja zrobiła się trudna, bo ze względu na to, że polowania komercyjne stały się całkowicie niemożliwe, Kambaku musi redukować pogłowie zwierząt we własnym zakresie. Co ciekawe, sezon deszczowy w tym roku okazał się wyjątkowo obfity i jeszcze się nie zakończył. Przyrost masy zielonej jest zaskakująco dobry, zatem w normalnych czasach bez wirusa napisałbym, że szykują się wspaniałe łowy, no, ale…

W Namibii każdy zakłada zamknięcie i stopniowe bankructwo wszystkich ośrodków turystycznych – przynajmniej czasowo. W nieco lepszej sytuacji znalazły się farmy myśliwskie, ponieważ te ośrodki działają trochę jak samowystarczalne komórki. Namibia w porównaniu z Zimbabwe, Angolą, Botswaną i RPA ma o tyle dobrze, że zamieszkuje ją niewiele ludzi (bez turystów liczebność szacuje się na 2,7 mln) i w przeciwieństwie do sąsiadów to kraj poukładany, z dobrze wyposażoną służbą zdrowia. Największym wyzwaniem w najbliższych tygodniach będzie brak produktów sprowadzanych z RPA, ponieważ transport stamtąd stanął przez obowiązek 14-dniowej kwarantanny po przekroczeniu granicy.

W Zimbabwe sytuacja wygląda podobnie pod względem rozwoju choroby, choć nie ma jasności co do liczby zarażonych, których oficjalnie jest tylko siedmioro. Zimbabwe również podjęło decyzję o ograniczeniu ruchu wewnętrznego, choć nie zamknęło całkowicie granic równocześnie z resztą krajów i zrobiło to dopiero 30 marca. Dlatego mieszkańcy zakładają, że przypadków jest dużo więcej, niż oficjalnie wiadomo. Warto tutaj powiedzieć, że jak podaje Africanews, w Zimbabwe do 27 marca zrobiono tylko 165 testów (jeden samolot rejsowy mieści ponad 200 pasażerów). W stolicy kraju, Harare, w szpitalach odbywają się również strajki personelu ze względu na brak środków ochrony do walki z wirusem. Tutaj sytuacja społeczeństwa jest znacznie trudniejsza. Łatwo się domyślić, że w ośrodkach turystycznych, które napędzały gospodarkę, zaczęły się masowe zwolnienia. Nastroje panują, mówiąc delikatnie, niespokojne, lokalne społeczności nie funkcjonują tutaj tak dobrze jak w Namibii. Jedyne pocieszenie w tym, że Robert Mugabe przez wiele lat regularnie i bezwzględnie uczył mieszkańców Zimbabwe, jak mają sobie radzić sami, bez pomocy państwa. I Namibię, i Zimbabwe ratują również duże rozproszenie ludności (poza największymi miastami) i to, że pora deszczowa powoli się kończy. Miejmy nadzieję, że gdy wilgotność powietrza spadnie, a temperatura wzrośnie, warunki atmosferyczne ograniczą rozprzestrzenianie się wirusa, ale to tylko pobożne życzenie, na razie niczym niepoparte.

W tych trudnych chwilach życzę czytelnikom bloga dużo zdrowia, cierpliwości i mimo wszystko pozytywnego myślenia na każdy dzień – to jest w tym momencie na wagę złota. Pamiętajmy również, by naszymi myślami i modlitwą otoczyć też drugą półkulę, która – jak widać – pozostaje niesamowicie zależna od tego, co się dzieje w USA i Europie.

Jakub Piasecki, Fot. Kambaku Safari Lodge, Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Zbawienny deszcz

Ostatnie dni przyniosły świetne wieści z Czarnego Lądu. Po ekstremalnie suchym poprzednim sezonie w tym roku do Kambaku planowo zawitał deszcz!

Przypomnę, że zeszłoroczna susza w Namibii pociągnęła za sobą wręcz katastrofalne skutki. Deszcz przyszedł bardzo późno, przez co wiele zwierząt padło z wycieńczenia i głodu jeszcze przed końcem dłuższej niż zwykle pory suchej. Niektóre regiony Namibii nie doczekały się deszczu w ogóle. Inne, takie jak Kambaku, dostały z niebios minimum do przetrwania. Sytuacja była naprawdę trudna nie tyle z dziką zwierzyną, ile z hodowlą bydła. Namibia to kraj pasterski z czymś na kształt wolnego wypasu. Pod koniec zeszłej pory deszczowej, czyli w marcu tego roku, hodowcy przeżywali rozterki, czy masowo likwidować stada ze względu na brak pożywienia czy kurczowo trzymać się nadziei na spóźnione opady w kwietniu. Dzisiaj już wiemy, że ci, którzy nie ograniczyli pogłowia od razu, później masowo zbierali trupy z pól.

Tak jak pisałem jakiś czas temu, osłabienie zarówno w stadach hodowlanych, jak i wśród dzikiej zwierzyny doprowadziło do silnej ekspansji drapieżników, co potwierdzają najświeższe obserwacje z tej pory deszczowej. Kończąc opisywanie sytuacji z ubiegłych miesięcy, przytoczę jeszcze jeden przykład, który chyba najbardziej wymownie przedstawi krytyczny stan po suszy. Na kilku farmach w środkowej Namibii zaniechano polowań komercyjnych. Powodem było to, że przyjezdni goście spotykali więcej antylop padłych z wycieczenia i głodu niż żywych. W obliczu takiej katastrofy trudno wytłumaczyć trofealne pozyskanie – w grę wchodzi tylko rozsądna selekcja gatunków i osobników, które potencjalnie jako pierwsze ucierpią od przedłużającej się suszy i braku pożywienia.

Wspomniałem we wstępie, że ten sezon deszczowy zaczął się wyśmienicie. Za nami w Kambaku dwie potężne ulewy, które już sowicie nasączyły wysuszoną sawannę. Busz na nowo budzi się do życia i leczy rany po długiej suszy. Straty były również na farmie, może nie bardzo dotkliwe, jednak kilkadziesiąt przedstawicieli przede wszystkim takich gatunków, jak: gnu, eland, guziec i hartebeest (bawolec krowi), zostało znalezionych przez pracowników obwodu. Okazały się to głównie stare osobniki, niejako z automatu osłabione przez swój wiek. Przedłużająca się susza po prostu je dobiła.

Już niebawem po porze deszczowej wrócę z kolejnymi historiami myśliwskimi. W zbliżającym się sezonie mamy zaklepane łowy selekcyjne, trofealne i kilka wyjazdów rodzinnych. Czekamy szczególnie na ojca z synem, którzy odwiedzą Kambaku w trakcie polskich wakacji. To będzie niesamowite móc wspólnie z ojcem przekazać najlepsze sztuki i tajniki myśliwskie młodemu człowiekowi. Zwłaszcza przy obecnej sytuacji prawnej w Polsce, gdzie dzieci zewsząd są bombardowane mową nienawiści, a jednocześnie rodzice nie mogą im zaszczepić swojej łowieckiej pasji.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Czy mamy prawo uczyć inne kraje ochrony przyrody?

Tytuł już sugeruje, do czego będę stopniowo zmierzał w tych kilku zdaniach. Jednak chciałbym ten temat nieco bardziej rozwinąć. Zacznę od ciekawej informacji, która później posłuży mi za przykład. Otóż Namibia i Zimbabwe rozszerzają możliwość polowania selekcyjnego na przedstawicieli wielkiej piątki. Od dłuższego czasu odbywają się łowy na słonie, których zagęszczenie w pewnych rejonach obu tych krajów wzrosło kilkudziesięciokrotnie na przestrzeni ostatnich 10 lat (pisałem już o tym na blogu). Niedawno na listę gatunków objętych odstrzałem selekcyjnym trafił bawół afrykański. Otóż okazuje się, że bardzo wiekowe byki, zwane dagga boyami, nie są atrakcyjne dla trofealnych myśliwych. Brak zainteresowania tymi bawołami doprowadził do postarzenia populacji, co przełożyło się także na pogorszenie funkcjonowania stad – stare osobniki są agresywne, zajmują terytorium, a nie spełniają już swojej reprodukcyjnej funkcji.

Motywację myśliwych poniekąd da się zrozumieć, ponieważ płacą fortunę za polowanie np. w Caprivi, więc chcieliby przywieźć okazałe trofeum, a nie stare, zniszczone rogi – ten rodzaj trofeum jest piękny tylko dla części z nas, która traktuje go jako symbol przygody, a nie patrzy pod kątem cali na wycenie medalowej. Właśnie na takie stare byki od niedawna można zapolować za 1/3 ceny. Niska kwota wynika z tego, że odpada nam dokumentacja eksportowa trofeum, które jako pozyskane selekcyjnie zostaje w kraju (na tym to polega – gdybyśmy chcieli zabrać je ze sobą, będzie to już polowanie trofealne. Na dobrą sprawę trzeba by je zakontraktować wcześniej, a jego cena znacząco poszybuje w górę). Przypomnę tylko, że Caprivi to obszar północno-wschodniej Namibii mieszczący się w dolinach rzek Okawango, Kwando i Zambezi, w pełni dziki i podzielony jedynie na obszary koncesyjne, gdzie można polować, oraz wyłączone z łowieckiej aktywności parki narodowe. To miejsce można by nazwać jedną z kilku afrykańskich mekk myśliwych.

Wracając do tematu polowania selekcyjnego na dagga boya – jest to świetne rozwiązanie pozwalające gospodarować populacją w zrównoważony sposób, a jednocześnie oferować komercyjne polowanie grupie koneserów. To kolejny z afrykańskich pomysłów na zarządzanie dzikimi zwierzętami, o którym wspominam na blogu. Przypomnę, że publikowałem już wpisy o polowaniu selekcyjnym na antylopy, o selekcjonowaniu słoni, o odstrzale trofealnym starego nosorożca czarnego za niebotyczną kwotę oraz o tworzeniu obszarów koncesyjnych przy parkach narodowych. O dobrych efektach tych strategii mówią liczby i jakość osobnicza populacji poszczególnych gatunków. To są fakty, na które zwraca uwagę świat nauki. Niedawno w piśmie „Science” ukazał się podpisany przez ponad 100 naukowców artykuł traktujący o pozytywnym wpływie trofealnych polowań komercyjnych na populacje różnych gatunków zwierząt oraz rozwój społeczności lokalnej.

Dla kontrastu weźmy nasze żubry i łosie. Obydwa te gatunki ze względu na przegęszczenie w niektórych obszarach naszego kraju proszą się o redukcję, o czym trąbią naukowcy. Bez problemu dałoby się zorganizować polowania komercyjne, środki z nich mogłyby zaś zostać przeznaczone na gospodarowanie populacją – w przypadku łosi np. na ochronę upraw leśnych przed zgryzaniem, a w przypadku żubrów na dokarmianie zimowe. Niestety realia są takie, że potrafimy jedynie wzmacniać PR instytucji zajmujących się tymi gatunkami, ale nikt nie jest na tyle odważny, aby przyznać, że nadszedł też czas na rozsądną regulację. Konsekwencje powoli się zaczynają: konflikty z rolnikami, kolosalne koszty ochrony drzewostanów i płodów rolnych, grzybica skóry u łosi, gruźlica czy nagłośniona ostatnio telazjoza u żubrów itp. Przykładów zapewne znalazłoby się więcej.

Pójdźmy dalej – co z populacjami głuszców i cietrzewi? Gdy tylko kończy się projekt reintrodukcji, brakuje środków i pomysłu na to, co zrobić dalej, a w rezultacie drapieżniki mają egzotyczny obiad. Można by więc zapytać o funkcjonowanie całej administracji przyrodniczej. Jaki ma sens wydawanie milionów złotych na odtwarzanie gatunków, które naturalnie ustąpiły, skoro brakuje pieniędzy w budżecie, żeby się zająć obecnie zamieszkującymi nasze tereny? Jak sobie radzimy z problemem zagęszczenia wilków? Odpowiedź jest prosta – nie radzimy sobie w ogóle, środowisko naukowe kłóci się o dane inwentaryzacyjne, a osobniki hybrydowe coraz bardziej dają o sobie znać w całym kraju. Zaczynają obowiązywać nowe trendy w behawiorze i diecie tego gatunku, a my zatrzymaliśmy się na etapie wiedzy książkowej o tym, że „wilk robi świetną selekcję, polując na osłabione osobniki”. Historie o nieprzewidywalnych zachowaniach watah czy lokalnej eksterminacji saren, muflonów czy danieli nie budują wizerunku, więc nie ma odważnych, żeby podjąć ten wątek.

Można dyskutować, z której strony spojrzeć na dane zagadnienie, jednak trudno się spierać o to, że w kraju występują problemy dotyczące dzikich populacji zwierząt. W przeciwieństwie do krajów afrykańskich nie podejmujemy działań, tylko mędrkujemy i się kłócimy między sobą. Najgorsze jest to, że próbujemy uczyć inne nacje ochrony przyrody, choć nie radzimy sobie na własnym podwórku. Piszę to w kontekście kampanii antyłowieckich podejmowanych przez polskie instytucje i środowiska naukowe w odniesieniu do gatunków zamieszkujących inne kraje. Czy gdy nie znamy lokalnych realiów i uwarunkowań społecznych, nie powinniśmy pilnować bardziej swego nosa?

Ostatnio zbulwersowały mnie pojawiające się komentarze o tym, jak Białorusini powinni podchodzić do gospodarowania głuszcami i cietrzewiami, a także na które z gatunków afrykańskich powinno się polować, na które zaś nie. Niedawno byliśmy nacją nienawidzącą pouczania, ale szybko przyjęliśmy zachodni styl. Jak pokazują przykład Białorusi, gdzie populacja głuszców ma się bardzo dobrze (w przeciwieństwie do naszej), czy odważne oraz przemyślane działania krajów afrykańskich, czasem lepiej, zamiast pouczać, przyjąć postawę pokory i spojrzeć krytycznie na własny dorobek.

Jakub Piasecki, Fot. arch. Biura Polowań Argali

Czytaj więcej

Kambaku w filmowym kadrze

Rykowisko za pasem. Chłodne, mgliste poranki, wychlapane przez jelenie kałuże, ślady jeleniej agresji na śródleśnych zakrzaczeniach. Emocje sięgają zenitu nie tylko w byczych chmarach, lecz także wśród polującej braci. Tak, drodzy koleżanki i koledzy, niejako jak byki w rykowisko wchodzimy w czas nieprzespanych poranków, zarwanych nocy i najpiękniejszych łowieckich przeżyć. Życzę wszystkim tylko tych pozytywnych emocji, przede wszystkim koleżeńskiego podejścia oraz braku zazdrości. Niech rykowisko będzie prawdziwym świętem myśliwych!

W wolnej chwili zachęcam do obejrzenia krótkiej produkcji o obwodzie łowieckim Kambaku w Namibii. To w trakcie mojego pobytu tam i pracy na jego terenie zrodził się pomysł utworzenia tego bloga. Film, choć krótki, to w pełni oddaje ducha tego miejsca – dzikość sawanny pomieszaną z rodzinną i nastrojową atmosferą. W pierwszych kadrach pojawia się Stefan, główny profesjonalny myśliwy w Kambaku, którego część polskich myśliwych miała okazję poznać osobiście. O namibijskiej przyrodzie opowiadają również Larisa oraz Jim – przewodnicy związani z aktywnościami jeździeckimi. Widzimy, jak konno zbliżają się na małe odległości do przedstawicieli namibijskiej fauny. Z jednej strony, jak już kiedyś pisałem, zwierzyna na sawannie reaguje spokojem na wszystko, co się porusza na czterech nogach (nawet jeśli jest to człowiek na koniu). Z drugiej zaś obszar 2,5 tys. ha wokół hotelu i stadniny koni został wyłączony z użytkowania łowieckiego – stanowi swoisty matecznik dla zwierzyny, która oswaja się z obecnością człowieka i pozwala mu skrócić dystans. Dzięki temu, że wciąż kręcą się tam ludzie, w obrębie tej strefy występuje mniej drapieżników. Niezależnie od tego cały obszar farmy (10 tys. ha w ubiegłym roku powiększone o 4,5 tys. ha gruntów dzierżawionych od sąsiada) podzielono na sektory będące samodzielnymi łowiskami, co daje możliwość bezkolizyjnej organizacji polowań i innych aktywności.

Wracając do filmu, polecam zwrócić szczególną uwagę na sceny z myśliwskiego obozu oraz moment podchodu antylop – na chwilę pojawia się tam Paulus, mój mistrz i mentor, jeśli chodzi o tropienie oraz podchód zwierząt zamieszkujących sawannę, o którym niejednokrotnie wspominałem na blogu.

Życzę przyjemnego kilkuminutowego seansu, a wszystkich zainteresowanych wyprawą do tego urokliwego zakątka Czarnego Lądu zapraszam do kontaktu!

Jakub Piasecki

 

Czytaj więcej

Polowanie na lamparty

Jakiś czas temu obwód łowiecki Kambaku w Namibii udostępnił ofertę polowania na lamparta, którą rozpowszechniłem na swoim profilu na Facebooku. Przy tej okazji wywiązała się zażarta dyskusja. Brali w niej udział, oczywiście, pseudoekolodzy, a także sami myśliwi. I to właśnie komentarze kolegów po strzelbie skłoniły mnie do napisania po raz kolejny kilku słów o polowaniach na lamparty.

Na początek trochę humoru. Niedawno bardzo mocno uzmysłowiłem sobie, że niestety są wśród nas patologiczne jednostki niepotrafiące przemilczeć swoich braków w wiedzy i doświadczeniu. W dyskusji internetowej pod postem promującym polowanie na lamparta pojawił się komentarz, którego autor przedstawił się jako praktykujący myśliwy i stwierdził, że tylko – jak to ujął – „debile” mogą polować na tak piękne zwierzę. Jako jeden z tych „debili” na wstępie muszę z przykrością zauważyć, że edukacja łowiecka kuleje również w naszym środowisku. Nigdy nie sądziłem, że na blogu myśliwskim będę wyjaśniał to, że jako myśliwi polujemy w oparciu o zasadę regulacji liczebności gwarantującą funkcjonowanie całego ekosystemu, a wyznacznika naszych działań nie stanowi podział na „zwierzęta ładne” i „zwierzęta brzydkie przeznaczone do odstrzału”. Pytanie, który gatunek jest na tyle „brzydki”, że autor wspomnianego komentarza na niego poluje.

Zostawiam jednak żarty na boku i przechodzę do meritum. W Namibii liczba dziko żyjących kotów, zwłaszcza lampartów, gepardów i lwów, podlega regularnej kontroli. Inwentaryzacji drapieżników dokonują zarządcy obwodów łowieckich (właściciele farm, zarządcy parków narodowych, zarządcy miast), a organem kontrolującym wyniki inwentaryzacji jest NAPHA (Namibijski Związek Profesjonalnych Myśliwych, ang. Namibia Professional Hunting Association) w porozumieniu z Ministerstwem Środowiska i Turystyki. Każdy obwód, który chce zorganizować odstrzał lamparta, ubiega się o specjalne upoważnienie wydawane przez ministerstwo i ważne tylko przez rok, przy czym liczebność danego gatunku musi być na tyle duża, że mimo odstrzału zostanie zapewniona ciągłość istnienia populacji zamieszkującej dany obszar. W przypadku lampartów rachunki nie są skomplikowane, ponieważ to bardzo terytorialne koty i jedynie w okresie godów tolerują innego osobnika na swoim terenie. Wielkość terytorium zależy od zasobności w pożywienie i wodopoje. Obecność fotopułapek przy zbiornikach z wodą pozwala zinwentaryzować koty oraz ocenić ich płeć, wiek i wielkość. Obwód, który otrzyma upoważnienie od ministerstwa, wnioskuje o imienną zgodę na odstrzał dla konkretnego myśliwego. Nierzadko się zdarza, że przedstawiciele urzędu i NAPHA kontrolują sposób przeprowadzenia polowania. Warto w tym miejscu przypomnieć, że zgodnie z namibijskim prawem można pozyskiwać tylko osobniki płci męskiej o wadze powyżej 50 kg. Czas polowania ogranicza się do momentu, gdy operuje słońce, poniważ w Namibii obowiązuje całkowity zakaz stosowania sztucznego światła w celach łowieckich. Po polowaniu pozyskany osobnik jest sprawdzany przez przedstawicieli obu wymienionych wyżej instytucji. Jak widać, łowy podlegają ścisłej kontroli na każdym etapie. Złamanie któregoś z zakazów powoduje, że obwód traci licencję na organizację polowań.

Dlaczego poluje się na lamparty? Przede wszystkim nadmierne wysycenie drapieżnikami danego terenu powoduje dotkliwe szkody w zwierzynie i zwierzętach gospodarskich. Problem wiąże się z liczbą pojawiającego się potomstwa (przypomnę, że młode przebywają z matką przez trzy lata). Za pomocą odstrzałów dąży się do takiej sytuacji, aby młode lamparty mogły zajmować terytoria po starych samcach. Osobniki wędrujące w poszukiwaniu terytorium na długich dystansach prędzej czy później trafiają na stada bydła domowego i pojawiają się problemy, ponieważ lampart, który zasmakuje w zwierzętach hodowlanych, już do końca życia będzie na nie polował. Warto wspomnieć, że Namibia to kraj pasterski i hodowla zwierząt stanowi wielopokoleniową tradycję. Lokalna ludność uważa więc lamparty za duży problem i często są one nielegalnie uśmiercane bez żadnej racjonalnej selekcji. Ekskluzywność i cena polowania na te koty z jednej strony pozwala choć trochę zrekompensować straty hodowcom, a z drugiej zniechęca członków miejscowej społeczności do bezmyślnego zabijania lampartów.

Sporo osób sądzi, że łowiectwo afrykańskie to istny chaos przyrodniczy i biznes dla wybrańców. Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej, a w wielu punktach działania myśliwskie okazują się bardziej perspektywiczne i przemyślane niż w naszej „eko” Europie. Polowania na lwy, lamparty, słonie, krokodyle czy hipopotamy w niektórych kręgach kojarzą się ze zbędnym snobizmem, warto jednak pamiętać, że mimo abstrakcyjnych cen takich łowów są one podyktowane względami przyrodniczymi i społecznymi. W krajach takich jak Namibia do polowania nie dorabia się teorii czy ideologii, tylko jeżeli zachodzi konieczność jego przeprowadzenia, to stara się z tego stworzyć wartościowy produkt.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Przez suszę konieczna redukcja pogłowia zwierzyny

W Kambaku deszcz nie przyszedł przed nadejściem pory suchej. Niestety spełnił się najczarniejszy scenariusz – pożywienia nie starczy dla wszystkich dzikich mieszkańców tego terenu. To już jest pewne. Normalny roczny opad w Kambaku wynosi 700–900 mm, jak pamiętam, zdarzało się też powyżej 1450 mm. W tym roku szacuje się, że w regionie spadło zaledwie 170 mm deszczu! Od strony łowieckiej konieczna staje się więc wzmożona redukcja gnu oraz elandów. Te dwa gatunki antylop oraz guźce jako pierwsze zareagują na brak pokarmu i u schyłku pory suchej zaczną masowo padać z osłabienia (a pisząc dosadniej – z głodu).

Po sezonie polowań dla gości z zagranicy intensywną redukcję – oczywiście zgodnie z regułami selekcji i z zachowaniem trzonu populacji, który zagwarantuje jej rozwój wraz z nastaniem pory deszczowej – przeprowadzą gospodarze farmy Kambaku. Sytuacja nieciekawie odbije się także na bawolcach krowich (ang. hartebeest). Końcówka października oraz listopad to będą prawdziwe żniwa dla lampartów, gepardów i szakali. Można z całą pewnością założyć, że drapieżniki szybciej i intensywniej przystąpią do rozrodu ze względu na większy niż zazwyczaj sukces łowiecki. Zdecydowanie najlepiej w tej sytuacji poradzi sobie populacja oryksa. Te naturalnie zamieszkujące półpustynie antylopy są przyzwyczajone i fizjologicznie przystosowane do trudnych, wręcz ekstremalnych warunków bytowania.

Tak więc można śmiało powiedzieć, że kryzys wynikający z braku opadów w porze deszczowej dotknie wszystkich mieszkańców sawanny, choć nie w takiej samej skali. Hodowcy bydła mają się dużo gorzej. Trzeba pamiętać, że namibijska sawanna to również tradycja wypasu krów, owiec i kóz. Te zwierzęta nie potrafią tak jak antylopy radzić sobie z brakiem pożywienia. Wielu hodowców w tym momencie zostało zmuszonych do likwidacji całych stad, nierzadko stanowiących majątek pokoleniowy. Pogarszająca się sytuacja i olbrzymia podaż oczywiście sprawiły, że cena skupu żywca czy mięsa spadła do tak niskiego poziomu jak nigdy. Dlatego położenie hodowców, którzy w nadziei na deszcz czekali do końca z likwidacją swoich stad, jest dramatyczne. Pozostaje nam współczuć oraz wierzyć, że grudzień przyniesie obfite deszcze (pora deszczowa w Namibii, u podnóża Waterbergu, zaczyna się w listopadzie i trwa do końca marca), a następny sezon pozwoli wrócić do normy.

Na pocieszenie trzeba dodać, że niektórzy wolni mieszkańcy sawanny nic sobie nie robią z dramaturgii sytuacji i bawią się w najlepsze, co widać na poniższym zdjęciu ilustrującym akt płciowy żółwi lamparcich.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Safari na horyzoncie

Marzec zwykle żegna nas w Polsce piękną wiosną, świeżym powietrzem oraz nastrojem budzącego się życia i nadziei. Tymczasem po drugiej stronie równika końcówka marca oznacza wyrok – deszcz już raczej nie spadnie… Ten rok okazał się wyjątkowo skąpy w opady i wystawił mieszkańców buszu północno-wschodniej Namibii na kolejną próbę. W październiku w obwodzie łowieckim w Kambaku trzeba będzie na pewno zintensyfikować odstrzał, szczególnie gatunków w pierwszej kolejności reagujących na brak pożywienia, czyli elandów i gnu błękitnych.

Ten sezon zapowiada się bardzo ciekawie. Jeżeli św. Hubert pozwoli, to na blogu pojawią się relacje z Białorusi, ze słoweńskich Alp, z Namibii i miejsca, na które czekam najbardziej – Zimbabwe. Na myśl o bezkresnych przestrzeniach dzikiego buszu okolic Hwange serce wyrywa mi się z piersi.

Koniec zimy sprzyja sentymentalnym nastrojom i wspomnieniom. Pamiętam, jak poznałem mojego afrykańskiego przyjaciela, właściciela farmy Kambaku, na polowaniu na byki na Mazurach. Prawie 10 lat temu po raz pierwszy zabrał mnie w podróż życia. Przed moim inicjalnym wyjazdem na podbój Czarnego Lądu powiedział mi, wówczas jeszcze młodemu studentowi leśnictwa: „Zobaczysz, Afryka uzależnia”. I uzależnienie trwa. Dostrzegam je nie tylko u siebie, lecz także – ze względu na swoją profesję – u wielu kolegów po strzelbie. Czasem jestem świadkiem, jak afrykański bakcyl pojawia się znikąd i całkowicie zmienia łowieckie upodobania któregoś myśliwego. Swoją drogą czerpię ogromną satysfakcję, kiedy udaje mi się kogoś zarazić uzależnieniem od Afryki. Pod odpowiednią kontrolą jest ono bardzo pozytywne i poszerza horyzonty. Mój afrykański nałóg, niestety, wymknął się spod kontroli. Przytępione na co dzień zmysły budzą się, gdy tylko na horyzoncie pojawi się widmo dobrego safari. Zastygnięte mięśnie nagle dostają zastrzyk adrenaliny i chcą znów ruszyć trzycyfrową masę przez gęsty busz. Zszarzała od codzienności sylwetka nagle przybiera jaskrawych barw i pełnego, zdecydowanego wyrazu.

Tak, Afryka uzależnia. Najgorsze i zarazem najlepsze w tym uzależnieniu jest to, że nawet kontrolowane stopniowo postępuje. Gdy tylko podołamy jednemu wyzwaniu, od razu na horyzoncie pojawia się kolejne, które spędza sen z powiek. Konieczność wystawienia naszych łowieckich umiejętności na coraz bardziej zaskakującą próbę pozwala się wspiąć na wyżyny wydolności fizycznej i emocjonalnej. Wszystko okraszone niebezpieczeństwem, nieprzewidywalnością i poczuciem powrotu do korzeni myślistwa, co sprawia, że polowanie w dzikich zakątkach Afryki całkowicie pochłania.

Uczucie towarzyszące myśliwemu stojącemu oko w oko z szarżującym dzikim bawołem oraz podmuch tej siły, która zmiata wszystko przed sobą, zmienia nieodwracalnie. Pragnienie strachu, piękna, potęgi przyrody i adrenaliny co chwilę się budzi, nie daje odpocząć i cały czas ciągnie ku nowemu wyzwaniu. Kieruje na drogę poświęceń i wyrzeczeń. Wszystko po to, żeby w końcu przeżyć kolejną noc pod rozgwieżdżonym afrykańskim niebem.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Newsy z namibijskiego buszu

Końcówka sezonu była bardzo burzliwa dla nas wszystkich. Informacje z łowieckiego świata i pełne zwrotów akcji wydarzenia na myśliwsko-politycznej scenie wywoływały mieszane emocje o takiej sile, że chyba nawet najspokojniejszym puściły nerwy. Trzeba mieć nadzieję – choć, jak mówią, jest ona matką głupich – że kolejny już przewrót i zmiana u sterów naszej władzy okażą się na jakiś czas ostatnie. Czekają nas przedłużenia umów dzierżaw obwodów łowieckich i zapewne przy tym znów nam skoczy adrenalina, bynajmniej nie z przyczyn przyrodniczych. Powiem szczerze, że brakuje mi słów na komentowanie tego wszystkiego, co się wokół naszej pasji dzieje. Lepiej w ramach przerwy od polityki przenieść się na chwilę na Czarny Ląd. Być może te kilka newsów z Afryki kogoś zainteresuje i na chwilę pozwoli wyjść poza nasze pełne niezgody podwórko.

Zmiany klimatyczne dają się we znaki nie tylko nam. W Kambaku ciągle czekają na deszcz z nadzieją, że marzec odmieni sytuację, która wygląda, delikatnie mówiąc, kiepsko. Wszystkie gatunki zamieszkujące sawannę wyjątkowo szybko zaczęły wydawać potomstwo, co przez chwilę wróżyło szybką i obfitą porę deszczową. Niestety, do dziś rejon Waterbergu dostał ok. 150 mm deszczu, co w zestawieniu z wynikami z poprzednich lat, oscylującymi między 550 a 950 mm, jest tragedią. Rozpoczęła się wegetacja, jednak część roślin zaczyna usychać. Wszelka ilość świeżej trawy w zasadzie podlega spożyciu na bieżąco przez pokaźne stada roślinożerców. Jeżeli deszcz pojawi się obficie w marcu, a jesień spóźni się jak pora deszczowa, to sytuacja ma szansę się unormować. Jeśli jednak spóźnionemu deszczowi będzie towarzyszyć załamanie temperatur, to o przyroście masy zielonej możemy zapomnieć.

Sytuacja z nienadchodzącą w terminie porą deszczową przełożyła się na kondycję niektórych antylop. W ostatnich miesiącach nasiliły się zachorowalność na wściekliznę i spowodowane przez nią upadki wśród kudu oraz elandów. Odmiana tej choroby u antylop dotyka szczególnie samotne, dorosłe osobniki. Przenosi się w układzie horyzontalnym bez konieczności ugryzienia. Istnieją różne hipotezy dotyczące transmisji wirusa, ale dochodzi do niej prawdopodobnie przez kontakt ze śliną pozostawianą na zgryzanych pędach akacji (jej kolce mogą naruszać ciągłość błon wewnątrz jamy gębowej, przez co otwierają dostęp chorobotwórczym mikroorganizmom) lub na lizawkach w miejscach dużych koncentracji zwierząt bądź też podczas wzajemnego wylizywania się zwierząt w ramach zachowań socjalnych. Jak mówią Namibijczycy, nie bez znaczenia prawdopodobnie są też osłabiające organizm toksyny wydzielane przez regularnie zgryzane krzewy.

Zarówno myśliwym, jak i wszystkim turystom wybierającym się do Namibii muszę przekazać wiadomość mnie osobiście bulwersującą. Zasady i wymogi odnośnie do wydawania wiz w ambasadzie Namibii w Berlinie, pod którą podlegają turyści z Polski, znowu się zmieniły. To już chyba taka tradycja, że z początkiem nowego sezonu wyjazdowego możemy popaść w kompleksy, patrząc, jak nasi zachodni sąsiedzi bez skrępowania wsiadają w samolot i z automatu dostają wizę na granicy Namibii. W tym roku polski turysta musi nie tylko liczyć się z wysokimi opłatami, kilogramami dokumentów i poświadczeń oraz problemami z obsługą konsularną, lecz także postarać się jeszcze o gwarancję bankową w języku angielskim od swojego prywatnego banku i poświadczyć ją saldami konta z ostatnich trzech miesięcy. To nie żart, takie wytyczne znajdują się na stronie ambasady. Rozsądny człowiek od razu pomyśli: „Chyba nas tam nie lubią”. Z moich informacji wynika, że ten problem już podnosili w Namibii organizatorzy turystyki nastawieni na grupy z Polski, niestety na razie bezskutecznie. Wszystkim wybierającym się tam powiem tylko tyle – trudności kończą się w samolocie, a później zostają wyłącznie radość, gwieździste niebo, stada antylop i piękno tego niepowtarzalnego kraju.

Na koniec wieści o szczególnie poszukiwanej przez miłośników trofeistyki antylopie, czyli antylopowcu szablorogim, zwanym „szablą”. Jestem pełen nadziei, że najdalej w ciągu najbliższych dwóch sezonów łowieckich będziemy mieć możliwość pozyskania tego gatunku na bardzo dobrych warunkach, niespotykanych nigdy dotąd. Powód spadającej ceny tej pięknie urożonej antylopy to duże zainteresowanie myśliwych. Niegdyś ten gatunek należał do bardzo ekskluzywnych i szczególnie drogich w odstrzale, co wynikało, oczywiście, z trudności w hodowli oraz ograniczonej liczby dojrzałych byków do odstrzału. W odpowiedzi na znaczny popyt łowiecki farmerzy w RPA zaczęli masowo hodować te zwierzęta. Jeden za drugim wpuszczali stada rozrodcze, nad którymi roztaczali szczególną pieczę, licząc na dobry zarobek w przyszłości. Założone stada jednocześnie weszły obecnie w taki wiek, że nie opłaca się już trzymać dojrzałych byków, więc ceny poszły w dół i „szabla” pojawiła się jako pakietowy dodatek do bawołu czy lwa. Sytuacja hodowlana na farmach w RPA automatycznie wpłynęła na obniżenie ceny na konkurujących obszarach otwartych z koncesją parków narodowych. Tak więc jeśli któryś z kolegów śni nocami o pięknych karbowanych rogach wygiętych w kształt szabli, to dobry moment, aby podążyć za marzeniami.

Antylopowiec szablorogi w Namibii naturalnie występuje jedynie na obszarze regionu Caprivi na północnym-wschodzie kraju (w 2013 r. nazwę tego charakterystycznego wąskiego pasa zamieniono na Zambezi), ale podobnie jak w RPA został sztucznie wsiedlony na wielu farmach myśliwskich. W Kambaku jednak go nie ma. Naturalnym środowiskiem tego gatunku jest sawanna drzewiasta o bardzo urozmaiconej roślinności, typowa właśnie dla terenów Caprivi, obszaru niemal całej Botswany, północno-wschodniego RPA oraz północno-zachodniego Zimbabwe. Polowanie na bawołu oraz na „szable” w państwach, gdzie oba gatunki występują naturalnie, to iście królewskie połączenie.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej