Wyprawa życia

Ten wyjazd poprzedziły kilkudniowe przygotowania. W przypadku tak dalekiej podróży nie jest to łatwe. Już samo kompletowanie ekwipunku wymaga dokładnego przemyślenia. Tym bardziej że nasz cel stanowiły dalekie zakątki Caprivi (formalnie od 2013 r. obowiązuje nazwa Zambezi, ale w powszechnym użyciu wciąż pozostaje stare określenie) – miejsca nazywane przez niektórych afrykańskim rajem, a przez innych końcem cywilizacji. Najważniejszy w przygotowaniach był samochód – stary land rover, który nie dość, że miał nas bezpiecznie przewieźć przez afrykańską dzicz, to jeszcze przez siedem dni miał być naszym domem.

wyprawa życia

Wyprawę ciężko podsumować. Zaczniemy od liczb: 2945 km, siedem dni mieszkania w defenderze, setki słoni, bawołów i hipopotamów, trzy noce w bezwzględnej i niebezpiecznej dziczy, cztery ucieczki ratujące nas przed stratowaniem oraz tysiące wrażeń i ciekawych przygód.

To, co widzieliśmy i przeżyliśmy w minionym tygodniu, trudno od tak opowiedzieć. Obojgu nam towarzyszy poczucie, że był to nasz najwspanialszy tydzień w życiu. Choć nie brakowało też momentów grozy. W kilku następnych wpisach postaramy się zebrać do kupy co ciekawsze historie i zdjęcia.

Zaczęliśmy spokojnie. Z Kambaku ruszyliśmy na północ, przekroczyliśmy „bramy cywilizacji”, czyli granice regionu Otjozondjupa, i wjechaliśmy do Caprivi. Północna część Namibii jest oddzielona od reszty głównie ze względu na fakt, że występują tu wszelkie możliwe choroby bydła. Choroby chorobami, ale w rzeczywistości granica to strzeżona strefa oddzielająca cywilizowaną część kraju pełną ekskluzywnych domów i samochodów od regionu biedy. Przejazd przez bramy był dla Pauliny dużym szokiem (ja już widziałem to wcześniej). Można się poczuć jak w filmie dokumentalnym z National Geographic: po biednej stronie granicy ludzie żyją bowiem w domkach ulepionych z błota i pokrytych strzechą. Dokoła małych wioseczek pełno jest ostrokołów strzegących mieszkańców i bydło przed drapieżnikami. Żadnych farm ani ogrodzeń. Wszystko otwarte i dzikie.

W okolicy rzeki Okawango zwiedziliśmy miejsca znane mi z mojej wcześniejszej wyprawy. Później ruszyliśmy w głąb Caprivi, przez strefę, w której można polować na bawoły i słonie, w pobliże Kongoli do doliny rzeki Kwando. Tam już skończyła się cywilizacja i bezpieczeństwo. Nad Kwando spędziliśmy trzy dni, ale o tym napiszę oddzielnie.

To tyle na początek.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Afrykańskie żniwa

Wszystko już wyschło dokumentnie. Nadszedł czas na sianokosy. Wzdłuż granicy farmy Kambaku znajduje się ogrodzona strefa nieużytkowana przez antylopy. Rok w rok w czasie afrykańskiej jesieni prowadzi się tu prace rolnicze mające na celu zaopatrzenie stajni w siano.

W tym roku robota na roli spadła na moje barki. Nie ukrywam, że była to dla mnie nowość, ale dzięki temu poznałem swoje farmerskie możliwości. Moja praca została oceniona dobrze, a ja sam uległem permanentnemu „odmóżdżeniu”. Siedząc godzinami w wielkim traktorze, słuchając Johnny’ego Casha i pykając fajkę, rozmyślałem, jak przebiegają polowania na rogacze w Polsce.

Koszenie trawy to tylko jedna z wielu czynności wykonywanych w ramach czyszczenia granicy farmy. Jest to mozolna, ale bardzo ważna praca, szczególnie w batalii z kłusownictwem, które stanowi ogromny problem całej Afryki. Od osób nielegalnie pozyskujących na szeroką skalę cenne rogi nosorożców (od początku tego roku w Etoshy skłusowano w tym celu ok. 45 osobników) aż po lokalnych handlarzy mięsem zastawiających setki wnyków, linek i sideł, gdzie popadnie. Jesień to czas walki z tym procederem. Jeżeli w ogóle można mówić o walce. Prawo namibijskie niezwykle surowo karze kłusowników, dlatego owym niecnym procederem zajmują się tylko „profesjonaliści” – a tych ciężko ująć na gorącym uczynku. Jedną z rzeczy, którą można zrobić, jest regularne patrolowanie farmy, zbieranie sideł i zastawianie zasadzek na kłusowników. Rzadko kiedy w nie wpadają, ale chodzi głównie o to, by przekazać im komunikat: „My wiemy, jesteście na celowniku!”.

Żniwa dobiegły końca, nadszedł czas, by naładować baterie. Ruszamy z Pauliną na długą wycieczkę po Caprivi. Planujemy przejechać wypożyczonym land roverem 2500 km. Gdy wrócimy, to zdamy relację z wyprawy.

Paulina i Kuba

Czytaj więcej

Po trzech tygodniach… Mamy lamparta

Kilka dni po nieudanej próbie postanowiliśmy spróbować ponownie zanęcić lamparta w dwóch nowych miejscach. Tym razem przynętę – również w postaci impali – po długim śladzie wleczenia ukryliśmy w gęstym buszu pod osłoną gałęzi. Po intensywnych rozmowach doszliśmy do wniosku, że być może przewieszona przez gałąź impala wyglądała dla naszego ongue nienaturalnie. Poradziliśmy się w tej kwestii znajomego myśliwego, który zjadł zęby na polowaniach na koty. Stwierdził, że w Kambaku nie mamy hieny centkowanej (bardzo agresywnej) i lampart nie musi dźwigać zdobyczy na drzewo, tylko może ją w spokoju konsumować na ziemi w ukryciu. Prawdopodobnie dlatego przynęta na wysokości wydała się mu podejrzana. I rzeczywiście, jak się zastanowić, to ja z Pauliną również spotkaliśmy lamparta zżerającego strusia na ziemi. Postanowiliśmy zatem pójść tym tropem.

Tak jak poprzednim razem ongue pojawił się na śladach wleczenia w nocy, wkrótce po tym, jak przygotowaliśmy przynętę. Z tą jednak różnicą, że teraz plan zadziałał. Lampart poszarpał impalę, zjadł najlepsze mięso (schaby i szynki), po czym oddalił się w busz. Po dwóch dniach znowu pojawił się nocą i dokończył impalę. To już połowa sukcesu – mamy kota na przynęcie!

Nadszedł więc czas przygotowania czatowni. Powinna ona wyglądać bardzo naturalnie, tak że człowiek patrzący w ciągu dnia na miejsce, gdzie się znajduje, musi się wysilić, żeby ją dostrzec. Kamuflaż należy wykonać w całości z naturalnych elementów, czyli trawy, gałęzi i liści. Co bardzo ważne, wszystkie te elementy trzeba dostarczyć z zewnątrz, bo gdy czujny kot zobaczy świeżo złamane gałęzie i pościnane trawy, to „pozamiatane”. Grunt w tym, żeby po wykonaniu czatowni wygląd całego otoczenia się nie zmienił. Gdy lampart zna już dane miejsce i kojarzy je z pożywieniem, jest dużo łatwiej, jednak za każdym razem, zanim zwierz się zbliży, obejdzie wszystko dokoła.

Po pierwszej zjedzonej impali były kolejne. Duży (prawdopodobnie) samiec przychodził regularnie co drugi dzień. Co jakiś czas pojawiały się tropy młodszego lamparta, również odwiedzającego miejsce wabienia. Myśliwi przesiedzieli sporo godzin w wyczekiwaniu w bezruchu. Niestety wielki kot był cwany i żywił się pod osłoną nocy. Zgodnie z prawem w Namibii na lamparta można polować w godzinach dziennych. Czas graniczny to pół godziny przed wschodem słońca i pół godziny po zachodzie. Do tego obowiązuje zakaz stosowania sztucznego światła. Co prawda nikt tego nie powie wprost, ale powszechnie wiadomo, że wielu myśliwych łamie prawo. My nie złamaliśmy. Niestety lampart ani razu nie popełnił błędu i nie przyszedł nieco wcześniej do zanęty ani nie został trochę dłużej. Za to po pewnym czasie regularnie wykładane mięso zwabiło mnóstwo szakali, sępów i hien. Można by rzec, że jak zrobiło się przy mięsie gęsto, to stary lampart zrezygnował z naszej stołówki i tym samym ogłosił koniec polowania.

Bardzo się cieszymy, że dokarmiliśmy naszego kocura. Każdy z nas, kto uczestniczył w tym polowaniu – czy to w roli myśliwego, czy to w roli organizatora zanęty – miał nadzieję, że pewnego dnia ongue popełni błąd. Nie popełnił i dlatego pozostaje nieuchwytnym i niedoścignionym łowcą w Kambaku.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Nieudana próba zanęcenia lamparta

Jak już pisałem, mi i mojemu afrykańskiemu przyjacielowi przypadł honor pośredniego uczestniczenia w polowaniu na lamparta. Dlaczego pośredniego? Bo to niestety nie my polujemy. Wspominałem też, że bardzo trudno jest spotkać tego kota, więc łowy odbywają się praktycznie cały czas z zasiadki przy wyłożonej padlinie. Sęk w tym, że lamparta niełatwo przechytrzyć. W myśliwskim świecie krąży mnóstwo opowieści o tym, jakie triki można stosować przy umieszczaniu przynęty. Jedni wykorzystują do tego mięso ośle, inni – owcze, a jeszcze inni po cichu łamią przepisy, licząc, że nikt się nie dowie. Koniec końców wszyscy ci fachowcy są zgodni co do jednego – każdy myśliwy musi wypracować swoją własną strategię metodą prób i błędów. Tak więc postanowiłem pozbierać do kupy wszelkie podstawowe zasady i zacząć działać.

Przy wykładaniu padliny pozoruje się polowanie innego kota. My trzymaliśmy się reguły, że wykorzystujemy zwierzęta, na które lampart poluje na co dzień w Kambaku, czyli młodego hartebeesta, młode gnu, impalę lub guźca. Przed pozyskaniem przynęty najpierw wyszukuje się odpowiednie miejsce. Trzeba się przy tym troszeczkę nagłówkować. Należy wybrać drzewo, które ma gałęzie prostopadle odchodzące od pnia, żeby zachęcić kota do wspinaczki po zdobycz. Miejsce nęcenia musi być oddalone maksymalnie 60–80 m od przyszłej czatowni. Kluczową rolę odgrywa kierunek panujących wiatrów, tak by lampart zwęszył padlinę, ale nie wyczuł ludzkiej obecności.

Gdy znalazłem według mnie doskonałe miejsce do wabienia, przystąpiłem do polowania na zanętę (młodą impalę). Od momentu pozyskania pod żadnym pozorem nie można zostawić na niej ludzkiego zapachu. Z tego powodu dzień przed całą operacją moczyłem gumowe rękawiczki w treści żołądkowej. Komfort pracy w tym przypadku nie jest najważniejszy. Po strzale przynętę umieściłem w plastikowej skrzyni, która wcześniej również została wysmarowana treścią żołądkową, a następnie przetransportowaliśmy ją z Paulusem do punktu oddalonego o ok. 400 m od miejsca wabienia. Tam upozorowaliśmy zabicie impali przez lamparta, czyli wypatroszyłem zwierzę i obficie poznaczyliśmy trawy oraz młode krzewy tworzące busz farbą. Następnie zatarliśmy ślady ludzkich stóp. Należało jeszcze spreparować ślady wleczenia przez kota zdobyczy. Troszkę się przy tym nagimnastykowaliśmy, ale po godzinie udało nam się zaciągnąć impalę pod drzewo. Nie można tego zrobić byle jak, ponieważ najczęściej lampart znajduje ślad wleczenia i nim podąża. Przy umieszczaniu zanęty musi panować pełen profesjonalizm – żadnych zbędnych ruchów, rozmów, śladów itd. Jedna osoba wnosi impalę na drzewo i mocuje na gałęzi, a wszystkie wnętrzności zostają na dole. Lampart bowiem zawsze po zabiciu patroszy zwierzę, zżera narogi, a resztę zabiera na górę. Ja zostawiłem narogi pod drzewem, żeby bardziej zachęcić kota do jedzenia. Tak przygotowane miejsce wabienia należy opuścić, zacierając ślady. Czatownię wykonuje się dopiero w momencie, kiedy lampart zainteresuje się padliną. Za pierwszym razem podchodzi do takiej zdobyczy z niesłychaną ostrożnością. Później, kiedy już się przyzwyczai, robi się nieco łatwiej.

Tak w dużym skrócie wyglądało przygotowanie mojej pierwszej w życiu zanęty na lamparta. Tworzenie czatowni przedstawię w kolejnym wpisie.

Następnego dnia rano wybraliśmy się z Paulusem, żeby sprawdzić nasze miejsce. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą broń, bo nigdy nic nie wiadomo. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi, kiedy tam, gdzie upozorowałem śmierć impali, zobaczyliśmy wielki trop ongue. Przechodził w pobliżu i zwęszył krew. Paulus, który doskonale zna się na tych sprawach, stwierdził, że kot udał się naszym śladem wleczenia jak po sznurku aż pod samo drzewo. I tutaj kiszka – lampart obszedł je dokoła, usiadł niedaleko i obserwował. Mój afrykański przyjaciel stwierdził, że musiało to trwać bardzo długo, bo ślady siedzenia na ziemi były wyraźne i głębokie. Zwierz zostawił też duże tropy łap. Wszystko wskazywało na to, że to dorosły samiec – a więc taki, jakiego szukaliśmy. (W Namibii, jeżeli ma się zezwolenie na strzelenie lamparta, można strzelić tylko dorosłego samca. Całe polowanie jest objęte licznymi restrykcjami, o których również napiszę w przyszłości).

Nie wiedzieć czemu kot po długich obserwacjach przygotowanej dla niego uczty oddalił się w busz. Nawet nie powąchał z bliska mięsa ani nie spróbował – dokładnie ocenił sytuację i odszedł. To niesamowite, lampart był na tropie od razu po wyłożeniu przynęty, ale coś mu się nie spodobało, czymś się zdradziłem przy przygotowywaniu tej operacji. Gdy to bardzo inteligentne zwierzę zdemaskuje niecny plan, po prostu znika i już więcej nie podejdzie do tak wyłożonej przynęty. Bardzo długo zastanawiałem się nad tym, co mogło mnie wydać. Może jakaś nienaturalnie złamana gałąź czy resztka zapachu? Nie mam pojęcia.

Po tym zdarzeniu pewien profesjonalny myśliwy powiedział mi, żebym się nie zniechęcał, tylko próbował dalej – i w końcu mi się uda. Cały ten przypadek był nie tylko cenną lekcją, lecz także bardzo przejmującą przygodą. Wabienie tego kota to trochę jak próba oszukania samego siebie.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Tajemnice ongue, czyli lamparta

Widziałem lwy, które są olbrzymimi kotami. To istna góra mięśni obleczona w wielkie kły. W dodatku ryczą tak przeraźliwie, że trudno opanować naturalny strach. Widziałem wilki, które polują w watahach i mają bardzo rozbudowany system socjalny. Odgłos wyjącego wilka to jeden z najpiękniejszych dźwięków, jakie stworzyła matka natura. Widziałem też hieny, które miażdżą kości. W całym swoim życiu nie spotkałem jednak zwierzęcia tak inteligentnego i przebiegłego jak lampart.

Ongue (lampart w języku Owambów) to maszyna do polowania. Te drapieżniki rodzą się od razu ze zdolnościami i instynktem doskonałego myśliwego. Czas, który młode spędza z matką, czyli 2–3 lata, to okres szlifowania do perfekcji talentu, z którym przyszło na świat. Nie ma drugiego kota, który wśród Namibijczyków budziłby tyle samo lęku co szacunku i podziwu. Mówi się, że lamparta w buszu można spotkać w dwóch sytuacjach: kiedy jest ciekawy i pozwoli na to spotkanie albo kiedy siedzi na upolowanej zdobyczy. Ten drugi przypadek należy naprawdę do rzadkości, bo ongue poluje głównie pod osłoną nocy, zaraz po łowach patroszy swoją zdobycz i wnosi ją na drzewo.

Oczywiście wyjątkiem są olbrzymie parki narodowe, które każdego dnia odwiedza tysiące turystów. Tam zwierzęta kompletnie nie zwracają uwagi na ludzi tkwiących w samochodach terenowych. Choć waga dorosłych samców potrafi oscylować wokół 100 kg, to te zwierzęta, wyposażone w kły i ostre jak brzytwa pazury oraz niesłychany intelekt, prawie nigdy nie atakują dorosłych, zdrowych antylop. Polują natomiast na te osobniki, które pokonają z łatwością i bez strat energii. Dorosłe koty nie lubią nieudanych łowów – jeżeli decydują się na atak, oznacza to, że został on w pełni przemyślany, poprzedzały go godzinne obserwacje, a jego efekt jest z góry przesądzony. Jedynie młodym lampartom, które uczą się polować pod okiem matki, czasem coś się wymknie (tak było z bykiem impali, którego strzeliłem zaraz po przyjeździe).

Nie jest tak, że lamparty żyją i polują sobie, a my – sobie. One doskonale wiedzą, co robią ludzie i jak to robią, ale po prostu akceptują naszą obecność i poczynania. Na przykład, na farmie przy każdym wodopoju mamy ambony obserwacyjne. Gdy lampart chce podejść do tego miejsca, poświęca na to kilka godzin. Wielokrotnie sprawdzaliśmy to z naszym trackerem. Ten dziki kot najpierw kontroluje wszystkie możliwe drogi prowadzące do wodopoju. Jeżeli napotka samochód albo niedawno pozostawiony ludzki ślad, rezygnuje, a jeżeli wszystko wygląda naturalnie, wspina się na drzewo w odległości paruset metrów od wodopoju i obserwuje. Potem udaje się pod ambonę i bada świeżość ludzkich śladów.

W Kambaku żaden lampart nigdy nie został strzelony przy wodopoju. Ta ostrożność wynika z faktu, że na ambonie często siedzą ludzie. Lampart uwielbia obserwować, za to nie cierpi i nie pozwala być obserwowanym!

O tym kocie można pisać historie bez końca. Każdy profesjonalny myśliwy ma do opowiedzenia wiele ciekawych anegdot o swoich przeżyciach i doświadczeniach związanych z lampartem, a czasem nawet kilka blizn do pokazania.

Ale czy da się w ogóle polować na tę maszynę do polowania? Wydaje się to mało realne i rzeczywiście szanse na powodzenie są nikłe. Z drugiej jednak strony wielu myśliwych może się pochwalić trofeum przywiezionym z Afryki. Dlatego przez najbliższe tygodnie razem z moim afrykańskim przyjacielem, doświadczonym w tych sprawach, będziemy się przygotowywali do polowania na lamparta. W następnym wpisie postaram się przedstawić szczegóły tego przedsięwzięcia.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

„Rykowisko” impali

Wschód słońca na sawannie to istne misterium – setki przemieszczających się zwierząt i tysiące śpiewających ptaków. Na ogół wszystko przebiega w spokoju i naturalnym porządku. Ostatnio jednak, w chłodne, przedzimowe poranki, w tę idyllę wdarł się chaos i bałagan, a razem ze wschodzącym słońcem w buszu robi się głośno. Wszystko za sprawą godów impali – to spektakl nieco przypominający rykowisko. Biegającym wokoło bez ładu samicom tych antylop towarzyszy bardzo głośne chrząkanie przeplatane prychaniem przejętego byka. Za moment odzywa się kolejny samiec, i trzeci, i czwarty. Potem następuje chwila ciszy przerwana trzaskiem uderzających o siebie rogów.

Impala to wdzięczna, zgrabna i na co dzień bardzo ostrożna antylopa. Jednak w czasie godów byki zapominają o całym świecie i nie przejmują się niczym. Cały ten spektakl mamy na wyciągnięcie dłoni. Większość zdjęć i filmy do tego wpisu zrobiłem dosłownie przed naszym mieszkaniem przy porannej kawie.

Zaangażowanie impali w gody i panujący przy tym harmider sprytnie wykorzystują lamparty. Zazwyczaj byk tej antylopy stanowi dla drapieżnego kota wyzwanie, którego nie zawsze się podejmuje. Jednak podczas godów nawet najstarszy i najmocniejszy samiec ganiający za samicami staje się bardzo łatwym łupem. Właśnie z tego powodu impale odbywają swoje „charczące” gody opodal naszych domów – po prostu czują się tu bezpieczniej. Po pierwsze dlatego, że to strefa nieużytkowana łowiecko, a po drugie dlatego, że lamparty unikają towarzystwa ludzi. Maj jest dla nas niezwykłym czasem, to „lamparci miesiąc”, o czym napiszę już niedługo.

To chyba jasne jak słońce, że na całym świecie nie ma zwierza, którego gody przypominałyby rykowisko jeleni. Niestety w tym roku po raz pierwszy w życiu nie będę w nim uczestniczył. Na szczęście o smutku, jaki czuję z tego powodu, pozwalają mi każdego ranka zapomnieć pełne emocji charczenia i chrząkania impali.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Staut ombinda, czyli nieznośne guźce!

Zbliża się zima. Wyrośnięte na 3 m trawy zaczynają się barwić na żółto. Dni są ciągle gorące, jednak noce i poranki – bardzo chłodne. Gdy rano wyruszamy do pracy, zakładamy na siebie kilka warstw ubrań, ale już po dwóch godzinach zostają tylko spodenki i koszulki. W związku ze zbliżającym się sezonem turystycznym mamy dużo pracy zarówno na niwie łowieckiej, jak i na farmie. Jak to zwykle bywa, zwłaszcza w Afryce, gdy trzeba coś zrobić, nagle pojawia się masa problemów niecierpiących zwłoki.

Ostatni tydzień spędziliśmy pod znakiem wody. I nie chodzi tu o deszcz. Bardzo często musimy bowiem naprawiać wodne przewody na farmie. Wszystko za sprawą dorosłych ombinda, czyli guźców. Wodopoje na farmie są rozmieszczone w taki sposób, by wszystkie zwierzęta miały wody pod dostatkiem, jednak korzystające z nich guźce jakby na złość sieją spustoszenie. Widocznie czują wodę pulsującą pod powierzchnią. Podobnie jak nasze dziki, nigdy nie wsadzają gwizda w ziemię nadaremno. Potrafią w stwardniałej, gliniastej ziemi kopać do 1,5 m w poszukiwaniu rury. Wówczas wielkie szable miażdżą przewód – no i mamy problem. Dowiadujemy się o nim po kilku dniach, kiedy poziom zmagazynowanej wody gwałtownie spadnie. Wtedy zaczynają się długie poszukiwania.

Najpierw sprawdzamy wodopoje. Jeżeli działają jak należy, oglądamy kolejno wszystkie połączenia wodne biegnące pod powierzchnią ziemi. Nie jest to łatwe, ponieważ mamy kilkadziesiąt kilometrów takich przewodów na farmie. Czasem potrzeba 2–3 dni, by zlokalizować uszkodzone miejsce. Przeważnie problemy występują w regionach szczególnie lubianych przez guźce. Po znalezieniu „wodnej kraksy” wpada ekipa naprawcza wyklinająca w niebogłosy staut ombinda! (nieznośne guźce). Sama naprawa to bułka z masłem. Każdy wie, co ma robić, parę minut i po sprawie. Najtrudniejsze jest jednak znalezienie zmiażdżonej rury, a później – odzwyczajenie zwierząt od przegryzania przewodów i kopania. W tym celu całą powierzchnię, w której doszło do uszkodzenia, wykładamy ciernistymi krzakami i dużymi głazami.

Po zakończonej robocie, gdy wszystko działa, a wielki zbiornik jest znów pełny, człowiek czuje się dumny z wykonanej pracy. Bywają jednak dni, że to uczucie nie trwa długo, bo następnego poranka okazuje się, że guźce wróciły i „zaatakowały” ten sam przewód kawałek dalej ze zdwojoną siłą. No i wodna walka zaczyna się od nowa.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Konno przez safari

Farma Kambaku oprócz działalności myśliwskiej oferuje też szereg innych aktywności, tak aby przyjemność z obcowania z afrykańską przyrodą mieli zarówno pasjonaci polowań, jak i ich rodziny. Dla amatorów jazdy konnej do dyspozycji jest 25 koni specjalnie przystosowanych nie tylko dla zawansowanych jeźdźców, lecz także dla osób początkujących, dopiero rozpoczynających swoją jeździecką przygodę. Jazda wierzchem po buszu to niesamowita przygoda, zwłaszcza że cała dzika zwierzyna traktuje konie jak „swoje”, co pozwala na jej bardzo bliskie podchodzenie. Goście mają do dyspozycji dziesiątki kilometrów szlaków po buszu oraz tzw. bush camp, czyli specjalny obóz złożony z dwuosobowych namiotów pokrytych płótnem i umieszczonych na podwyższeniu, po to by uniemożliwić wizytę wszelkich dzikich zwierząt w nocy. Z dala od technologicznego wrzasku i sztucznych świateł można wsłuchiwać się w odgłosy dzikiej Afryki przy rozpalonym ognisku i stekach skwierczących na ruszcie nieopodal.

Nawet jeżeli ktoś nigdy nie jeździł konno, ma tu okazję spróbować swoich sił i nauczyć się tej umiejętności od podstaw pod okiem naszych wykwalifikowanych trenerów.

Elementem charakterystycznym dla Afryki jest celebracja zachodu słońca. Rdzenni mieszkańcy nigdy nie pracują po zmierzchu. Tutaj oznacza on koniec dnia i większość ludzi mniej więcej o tej porze już kładzie się spać. Praca po zachodzie słońca jest przez starszych ludzi traktowana co najmniej jako grzech. W związku z tą tradycją razem z naszymi gośćmi prowadzimy wyprawy konne kończące się podziwianiem zachodu słońca w sercu afrykańskiego buszu.

Podobnie jest ze wschodem słońca, który oznacza – analogicznie – początek dnia pracy. Wyprawy konne również rozpoczynamy wcześnie rano, póki nie ma jeszcze upału, tak aby zwieńczyć wycieczkę eleganckim śniadaniem na łonie natury. Koniom także przygotowujemy śniadanie, tak aby miały siłę na przemierzanie kolejnych kilometrów.

Jazda wierzchem dodatkowo zacieśnia bliskość z naturą. Każdy, kto kiedykolwiek tego próbował, wie i czuje, czym jest więź i zaufanie między koniem a człowiekiem oraz jak ważna jest nić porozumienia ze zwierzęciem.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Wielkanocna wyprawa

Nasze tegoroczne święta wielkanocne spędziliśmy w najstarszym po Yellowstone parku narodowym na świecie – Etosha. W luźnym tłumaczeniu z języka oshikwanyama nazwa ta oznacza ogromne białe miejsce, dlatego że 25% powierzchni parku zajmuje wielkie jezioro, białe od soli i gliny. Pierwotnie było ono zasilane wodą z rzeki Kunene, która jednak przez tysiące lat zmieniła swój bieg, a jezioro wyschło. Teraz wypełnia się ono wodą tylko w porze deszczowej, i to na krótki czas. Miejsce to zostało odkryte po raz pierwszy w 1851 r. przez europejskich badaczy Afryki Charlesa Anderssona i Francisa Galtona, którzy przemierzali ten dziki teren w towarzystwie kupców z plemienia Owambo. Byli pod ogromnym wrażeniem tego, co tu zobaczyli, i postanowili utworzyć na tym terenie szlak kupiecki łączący północ Namibii na linii wschód–zachód.

Na powierzchni 22 270 km2 parku można spotkać niezliczone ilości zwierząt: zaczynając od ogromnych słoni, przez niebezpieczne lwy czy lamparty, a kończąc na owadach o niesamowitej kolorystyce i budowie ciała. Cały ten obszar jest bardzo zróżnicowany, również jeśli chodzi o występujące tam siedliska ekologiczne. Na odcinku 200 km przejeżdża się przez rozległe przestrzenie łąk i kolczastego buszu, las wysokich drzew liściastych na żyznych siedliskach, suche gliniasto-piaskowe pustynie oraz trawiaste tereny typowej sawanny. Dla nas, leśników, było to najciekawsze miejsce, jakie do tej pory widzieliśmy pod względem przyrodniczym. W Etoshy na szlaku znajduje się sześć ośrodków wypoczynkowych, w których można się zatrzymać na obiad czy nocleg. Każdy z nich jest skrupulatnie chroniony przez służby parku i otoczony wysokim na 3 m płotem – z wielkimi kotami nie ma żartów.

Już w momencie wjazdu do Etoshy każdy pojazd zostaje zarejestrowany w elektronicznym systemie. Jeżeli kierowca nie ma wykupionego noclegu na terenie parku, a nie opuści go do godz. 19.00, pracownicy rozpoczynają poszukiwania. Wszystko ze względu na bezpieczeństwo. Cały teren, z wyłączeniem jedynie obszarów wokół hoteli, jest objęty całkowitym zakazem wychodzenia czy nawet wychylania się z auta. Etosha to bowiem bardzo dziki rezerwat przyrody, który mimo ogrodzenia rządzi się swoimi prawami. Zwierzęta są przyzwyczajone do widoku samochodów i wiedzą doskonale, że tu się nie poluje, toteż praktycznie nie zwracają uwagi na poruszające się pojazdy. Wszystkie szlaki to drogi szutrowe z ograniczeniem prędkości do 60 km/h. Na taką wyprawę znakomicie się nadają samochody z napędem 4×4, zwłaszcza w porze deszczowej, kiedy stojąca na gliniastym podłożu woda szybko zamienia się w kleiste błoto. Czasem aż korci, żeby wysiąść z auta i przyjrzeć się z bliska bogactwu fauny i flory. Jednak gdy spotka się lwa na wolności, ciągoty do opuszczenia pojazdu gwałtownie maleją. Tutaj naprawdę nie ma żartów – wystarczą sekundy, by dziki zwierz zamienił niesamowitą wycieczkę w tragiczną katastrofę. Na terenie parku jest nawet ukryty w buszu pas lotniczy na wypadek potrzeby szybkiego transportu do szpitala.

Poza setkami antylop, jakie widzieliśmy po drodze, najwięcej emocji wywołało w nas spotkanie z hieną cętkowaną. Było to zaraz po deszczu, kiedy woda zaczęła parować od wysokiej temperatury. Wyłoniła się nagle spośród zarośli – pełna ogromnej masy mięśni od frontu, na głowie, karku i przednich łapach, ale z małą i krępą częścią tylną. To niesamowicie brzydkie, a zarazem majestatyczne zwierzę. Zwykle ten gatunek hieny żyje w grupie. Jego główne źródło pokarmu stanowią kości i resztki po polowaniu lwa czy lamparta. Hiena cętkowana jest nieco mniejsza od brązowej, którą mamy na farmie Kambaku, i w odróżnieniu od niej czasem poluje również na żywe zwierzęta.

Z pewnością będziemy chcieli wrócić na dłużej do Etoshy, bo podczas naszego dwudniowego pobytu udało nam się zobaczyć zaledwie 1/3 bogactwa tego parku. Przejechaliśmy przez wyschniętą słoną pustynię, las przypominający nasz europejski, góry, skały i olbrzymie połacie traw, odwiedziliśmy też masę naturalnych wodopojów, widzieliśmy setki zwierząt, a na koniec usłyszeliśmy: „To była wizyta w pigułce, musicie tu wrócić, bo to był dopiero wstęp do przygody”.

Mimo że to były nasze pierwsze święta poza domem i z dala od rodziny, to w tym niezwykłym miejscu czuliśmy się jak w sercu afrykańskiej świątyni. Tęsknota za najbliższymi mieszała się z ogromnym zadziwieniem i niedowierzaniem. Święta powinno się spędzać w domu, to pewne, jednak te dwa dni były jak wycieczka do innego świata.

Paulina i Kuba Piaseccy

Czytaj więcej

Guźcowy dublet

Niedziela jest naszym dniem wolnym od pracy. Zwykle w ciągu tygodnia zbiera nam się dużo rzeczy i czynności do nadrobienia, które odkładamy właśnie na ten dzień. Jedną z nich stanowi możliwość porannego wyjścia do buszu na polowanie. Niestety w ostatnią sobotę Kuba skręcił kostkę, ale na szczęście nie przeszkodziło mu to w przechadzce o wczesnej porze.

Wyjechaliśmy nieco przed 5 rano. Za cel obraliśmy sobie obszar na południu farmy – otwartą przestrzeń porośniętą trawami i poprzedzielaną pojedynczymi kępami buszu. To właśnie taki układ pokrycia terenu pozwala na stopniowe podchodzenie zwierzyny. Wykorzystuje się chwile jej nieuwagi i korzystnego wiatru, by cicho, szybko przemknąć między tymi kępami. Na samym wstępie spotkaliśmy grupę ok. 30 zebr w różnym wieku żerujących o wschodzie słońca. Gdy szliśmy dalej, jakieś 300 m od nas pojawiły się elandy. Postanowiliśmy je podejść w poszukiwaniu młodego byka. Po pół godzinie, kiedy byliśmy już naprawdę blisko, w odległości ok. 150 m, z buszu nieopodal do naszych uszu dobiegło charakterystyczne charczenie i parskanie gnu. Wtedy już naprawdę nie wiedzieliśmy, które zwierzęta powinniśmy podchodzić.

Jako pierwsze zaniepokoiły się zebry i zaczęły się oddalać. Następnie poczuły nas elandy i też wycofały się w popłochu. Gnu jest antylopą, która do ostatniej chwili nie decyduje się na niepotrzebną utratę energii i czeka do momentu, aż zyska 100% pewności co do realnego zagrożenia. Wyszły trzy byki, z czego tylko jeden nadawał się na strzał. Wszystkie stały przodem do nas i bacznie obserwowały. Po chwili namysłu postanowiłam pociągnąć za spust. Odgórne zarządzenie na farmie było takie, aby przynajmniej 70% zwierzyny było strzelane w głowę lub kark, tak aby nie dopuścić do zniszczenia cennego mięsa. To ułatwia później sprzedanie tuszy do rzeźni w Otavi (miejscowość oddalona od Kambaku o jakieś 80 km). Niestety strzał okazał się pudłem. Zero jakiejkolwiek reakcji u byka, za to cała grupa gnu zbiegła w popłochu do buszu. Trudno, zdarza się – pomyślałam. Z dwojga złego lepiej spudłować, niż ranić zwierzę.

Kostka Kuby dawała się coraz bardziej we znaki, a słońce było coraz wyżej i coraz mocniej grzało, ale nie chcieliśmy jeszcze wracać. Postanowiliśmy więc usiąść na chwilę na ambonie. Zdążyliśmy tylko wejść na górę i wziąć łyk wody, gdy znienacka na front wybiegły nam dwa guźce. Chwyciłam sztucer i strzeliłam większego. Kuba wyrwał mi broń z rąk, przeładował, a widząc, że drugi guziec ucieka, zagwizdał, żeby go na chwilę zatrzymać, po czym pociągnął za spust. Tym oto sposobem porannoniedzielny dublet położyliśmy w ciągu kilku sekund. Guźce były w wieku 4–5 lat i zostały przeznaczone na potrzeby kuchni.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej