Szczęście w nieszczęściu tuż przed rykowiskiem

Ten rok okazał się całkiem nieprzewidywalny chyba w każdej branży. Bez względu na to, czy jesteś fryzjerem, producentem czy właścicielem biura polowań, upadki przeplatają się ze wzlotami. Fluktuacje mamy teraz również na rynku dewizówek, a wszystko za sprawą nieoczekiwanego zamknięcia granic przez Węgry.

Nie od dziś wiadomo, że nasz rynek polowań komercyjnych stracił znaczną część myśliwych z Niemiec i Austrii właśnie na rzecz węgierskich łowisk, które są droższe, ale niejednokrotnie lepiej przygotowane i oferują bardziej kompleksowe usługi dla komercyjnego myśliwego-turysty. Dewizowcy regularnie odwiedzający polskie obwody często konstatują, że wraz ze wzrostem cen niestety nie wzrósł u nas poziom organizacji. Jednak ten temat znacznie odbiega od tego, na co chcę zwrócić uwagę.

Ostatnie tygodnie zapowiadały się niezbyt ciekawie pod względem liczby przyjezdnych myśliwych dewizowych. Mało tego – po nagłośnieniu wzrostu zakażeń koronawirusem w naszym kraju cała branża spotkała się z masowym odwoływaniem zarezerwowanych wcześniej polowań. Państwa północne, lubujące się w łowach nad Wisłą, takie jak Norwegia czy Finlandia, wprowadziły obowiązkową, 14-dniową kwarantannę po powrocie z Polski oraz zawiesiły połączenia lotnicze z naszym krajem. Oczywiście okazało się to wystarczającym bodźcem do rezygnacji z polowań, które – jakkolwiek by patrzeć – nie są potrzebą pierwszego rzędu (przynajmniej według tych, którzy nie polują). Można powiedzieć, że zawrzało, huknęło i wybuchła panika. Obwody borykające się ze szkodami łowieckimi zaczęły obniżać ceny polowań komercyjnych, co w rzeczywistości jeszcze bardziej skomplikowało sytuację. Musimy pamiętać, że myśliwi komercyjni odwiedzający Polskę to w większości osoby mające duże doświadczenie we wszelkiego rodzaju biznesie. Gdy na rynku pojawiły się wręcz śmiesznie tanie oferty, szybko przypięto nam łatkę desperatów w kryzysie. W rezultacie mocno utrudniło to sprzedaż polowań w tych łowiskach, których gospodarze utrzymują cenę, ale wraz z nią – jakość.

Wszystko diametralnie się zmieniło w ostatnich dniach, kiedy Węgry zamknęły granicę. Wraz z tą decyzją nastąpił nagły zwrot ku polskim łowiskom i biura polowań w mniejszym lub większym stopniu zostały zarzucone zapytaniami ofertowymi – zwłaszcza dotyczącymi rykowiska. Jest to swoiste odbicie się, które z pewnością pomoże branży przetrwać, a jednocześnie podreperować budżety kół łowieckich wobec ciągłej niepewności co do powodzenia komercyjnych polowań zbiorowych. To zarazem doskonały moment, żeby spróbować przekonać do nas klientów skierowanych dotychczas w stronę Węgier. Oczywiście trudno teraz oczekiwać konkretnych działań władz zrzeszenia, pomińmy więc tę kwestię. Warto jednak na tyle, na ile to możliwe, we własnym zakresie bardziej zaangażować się w obsługę gości zza granicy. Ostatecznie wszyscy żyjemy w symbiozie – myśliwi, koła łowieckie, biura polowań i rolnicy. Pamiętajmy o odpowiedzialności za wizerunek polskiego łowiectwa prezentowany przyjezdnym. To, jak patrzą na jednego z nas, często rzutuje na postrzeganie całości. Pokażmy więc, że polskie łowiectwo to dobra marka.

Zamknięta granica Węgier nie jest stałą zmianą rynkową, lecz jedynie wyjątkową sytuacją wywołaną pandemią, na której jednak możemy skorzystać w dłuższej perspektywie niż tylko w bieżącym sezonie. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że jeśli dołożymy starań, to właśnie teraz mamy szansę na nowo przekonać do naszych łowisk myśliwych, którzy z różnych przyczyn wolą podróżować w inne rejony. Im więcej chętnych ponownie odwiedzi Polskę, tym większa różnorodność na rynku. A to ona daje stabilizację i pozwala utrzymać odpowiedni poziom cenowy, na czym zależy chyba wszystkim, których koło łowieckie choć raz organizowało polowanie komercyjne.

Na czas rykowiska życzę przede wszystkim dużo zdrowia, pogody ducha i wspaniałych przeżyć w kniei. Nie zazdrośćmy innym i nie szczujmy na siebie nawzajem. Przeżyjmy to wielkie łowieckie święto razem i cieszmy się ze wszystkiego, czym obdarzy nas św. Hubert.  

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

„Rykowisko” impali

Wschód słońca na sawannie to istne misterium – setki przemieszczających się zwierząt i tysiące śpiewających ptaków. Na ogół wszystko przebiega w spokoju i naturalnym porządku. Ostatnio jednak, w chłodne, przedzimowe poranki, w tę idyllę wdarł się chaos i bałagan, a razem ze wschodzącym słońcem w buszu robi się głośno. Wszystko za sprawą godów impali – to spektakl nieco przypominający rykowisko. Biegającym wokoło bez ładu samicom tych antylop towarzyszy bardzo głośne chrząkanie przeplatane prychaniem przejętego byka. Za moment odzywa się kolejny samiec, i trzeci, i czwarty. Potem następuje chwila ciszy przerwana trzaskiem uderzających o siebie rogów.

Impala to wdzięczna, zgrabna i na co dzień bardzo ostrożna antylopa. Jednak w czasie godów byki zapominają o całym świecie i nie przejmują się niczym. Cały ten spektakl mamy na wyciągnięcie dłoni. Większość zdjęć i filmy do tego wpisu zrobiłem dosłownie przed naszym mieszkaniem przy porannej kawie.

Zaangażowanie impali w gody i panujący przy tym harmider sprytnie wykorzystują lamparty. Zazwyczaj byk tej antylopy stanowi dla drapieżnego kota wyzwanie, którego nie zawsze się podejmuje. Jednak podczas godów nawet najstarszy i najmocniejszy samiec ganiający za samicami staje się bardzo łatwym łupem. Właśnie z tego powodu impale odbywają swoje „charczące” gody opodal naszych domów – po prostu czują się tu bezpieczniej. Po pierwsze dlatego, że to strefa nieużytkowana łowiecko, a po drugie dlatego, że lamparty unikają towarzystwa ludzi. Maj jest dla nas niezwykłym czasem, to „lamparci miesiąc”, o czym napiszę już niedługo.

To chyba jasne jak słońce, że na całym świecie nie ma zwierza, którego gody przypominałyby rykowisko jeleni. Niestety w tym roku po raz pierwszy w życiu nie będę w nim uczestniczył. Na szczęście o smutku, jaki czuję z tego powodu, pozwalają mi każdego ranka zapomnieć pełne emocji charczenia i chrząkania impali.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej