Tętniące życiem muzeum

Połowę społeczeństwa Namibii stanowi ludność z plemienia Damara. Pochodzą z górzystej i kamienistej krainy zwanej Damaraland, którą zwiedzaliśmy również podczas naszej ostatniej wyprawy. Tereny te tworzą głównie skały o kulistych kształtach, przypominające trochę krainę pradawnych Wikingów. Stanowią one obowiązkowy punkt każdej wycieczki organizowanej w Namibii.

Ludzie Damara to najstarsze plemię zamieszkujące ten afrykański kraj. Od wieków zajmowali się łowiectwem, hodowlą owiec i kóz. Ich cechą charakterystyczną jest klikający język, którym się ze sobą porozumiewają. Niestety nie ma żadnej książki ani podręcznika, który opisywałby jego naukę krok po kroku. To język przekazywany z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada. Podobno jeżeli ktoś nie opanuje go do piątego roku życia, to później nie ma szans na nadrobienie zaległości, ponieważ aparat mowy zostaje już ukształtowany w taki sposób, że nie jest w stanie naśladować tych specyficznych dźwięków.

Podczas naszej wyprawy odwiedziliśmy tzw. żywe muzeum Damara, gdzie mogliśmy się przyjrzeć, jak wygląda życie tego plemienia od podszewki. Wykupiliśmy spacer po buszu, w trakcie którego dowiedzieliśmy się wielu ciekawostek, m.in. na temat leczniczego wykorzystania wszystkich roślin. Zakładaliśmy pułapki żywołowne na zwierzynę, podglądaliśmy myśliwego w akcji na polowaniu, a także zostaliśmy wprowadzeni w klimat tradycji i obyczajów kultywowanych w wiosce.

Młodych mężczyzn obowiązuje jedna koronna zasada: muszą potrafić upolować zwierzynę i wzniecić ogień, a dopiero wtedy mogą się rozglądać za dziewczynami. Byliśmy świadkami sytuacji, w której wszyscy mężczyźni z plemienia otaczają podrostka i rozmawiają z rozpalanym przez niego ogniem. Podobno kiedy nie mówi się do płomienia, to cała ta czynność nie przyniesie skutku. Ludzie ci wierzą bowiem w takie bóstwa, jak słońce, ogień czy woda, i modlą się do nich. Ze wszystkich zwierząt natomiast najbardziej cenią i szanują żyrafy, ponieważ twierdzą, że dzięki swojej wielkości mają one kontakt z bogami w niebie.

Ludzie Damara są niezwykle pracowici, a w ich rodzinach panuje prosty podział obowiązków. Kobiety dbają pożywienie i dom, a mężczyźni polują oraz uprawiają ziemię i opiekują się bydłem. Wieczory spędzają zaś przy ognisku, popijając słabe piwo własnej roboty uwarzone z nasion traw.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Profesjonalny kłusownik

Od jakiegoś czasu zdarzało się nam strzelić antylopę, która nosiła na sobie resztki „linki” (masywnego wnyka robionego pod duże zwierzęta). Był jeden hartebeest, od lat borykający się z drutem oplecionym wokoło żeber. Było gnu z resztką linki zaciśniętą na rapecie. Był też oryks ze zgangrenowaną raną po drucie. Wydawało nam się, że zwierzęta te wpadły w stare wnyki, których nie udało się znaleźć (ok. pięciu lat temu farma toczyła wojnę kłusowniczą, w wyniku której udało się rozpracować mafię handlującą mięsem lewego pochodzenia). Oczy otworzył nam dopiero młody eland, który świeżo zerwał się z wnyka i z zaduszającą go plecioną pętlą powoli wyszedł myśliwym na strzał.

Od tamtej pory walka z kłusownictwem stała się naszym priorytetem. Zaczęliśmy działania odwetowe. Jednak nigdzie nie widzieliśmy żadnych śladów – ogrodzenie farmy w jak najlepszym porządku, a przecież wnyki gdzieś muszą być. Postanowiłem stworzyć antykłusowniczy zespół składający się z siedmiu osób dobrze orientujących się w buszu. Całymi dniami przeczesywaliśmy powierzchnię farmy kawałek po kawałeczku. Po niemal tygodniu w gęstwinie przykrytej ciernistymi akacjami znaleźliśmy wnyk. Za chwilę drugi, trzeci i czwarty. Wszystkie w miejscu, którego nigdy nie używamy do polowania. Ciężko je opisać, lecz w skrócie powiem, że są to fragmenty buszu, gdzie cierniste gałęzie tworzą ściany nie do przebycia, a samo zbliżenie się do tej przeszkody powoduje poranienie rąk i nóg. Zwierzęta wbrew pozorom lubią takie miejsca i tworzą w nich tunele, w których chowają się przed palącym słońcem. Właśnie tam na wąskich ścieżkach ktoś rozstawił wnyki. Sądząc po wyborze miejsca pod kłusownictwo i konstrukcji pułapek stwierdziłem, że mamy do czynienia z profesjonalistami.

Niecałe 100 m od wnyków znaleźliśmy wielkiego trofealnego byka heartebeesta. A właściwie skórę i łeb zwinięte w kłębek. Obok był dół, który dopiero co zaczęto wykopywać. Kości pozbawione mięsa znaleźliśmy w czterech oddalonych od siebie miejscach ok. kilkudziesięciu metrów od skóry i łba. Opodal na drzewach były porozwieszane druty, na których jeszcze suszyło się mięso. Dostrzegliśmy ślad ludzkiej stopy, świeżo odbity na gruncie. Mężczyzna przed chwilą w pośpiechu opuścił miejsce kaźni. Udaliśmy się jego tropem, lecz nie udało się go dogonić.

Następnego dnia wróciliśmy w to samo miejsce i okazało się, że kłusownik nas wykiwał – zmylił trop i jak lampart na polowaniu obszedł nas dokoła. Przez godzinę podążał moim śladem, chowając się za drzewami. Doświadczony policjant powiedział mi później, że zapewne ten mężczyzna bacznie mi się przyglądał i nie zaatakował mnie tylko dlatego, że przestraszył się niesionej przeze mnie broni oraz radia przypiętego do paska.

Gdybym szczegółowo relacjonował po kolei przebieg zdarzeń, wyszłoby za dużo tekstu, więc napiszę, jak sprawa się zakończyła. Otóż na farmie Kambaku od ok. ośmiu lat mieszkał w buszu kłusownik. Swój prowizoryczny obóz składający się z prostego posłania oraz kłusowniczych narzędzi co roku przenosił w inne miejsce. Po farmie poruszał się w butach ze skóry upolowanych przez siebie zwierząt, które były uszyte w taki sposób, że na gruncie zostawiały ślad przypominający trop strusia. Dlatego dopóki nie znaleźliśmy jego obuwia, nikt nie przypuszczał, że mieszka z nami dodatkowy myśliwy. Samozatrzaskowe sidła na ptactwo, masywne linki na antylopy i inne żywołowne pułapki przygotowywał samotnie przy użyciu najprostszych narzędzi. Do uśmiercania wielkich zwierząt służyła mu natomiast wykuta masywna włócznia, którą również polował z ukrycia. By zminimalizować ryzyko zdemaskowania, kłusownik miał narzędzia pochowane w buszu, mięso suszył z dala od miejsca, w którym spał, całe zajście dokładnie pozorował na atak lamparta, a jego punkt przerzutowy towaru znajdował się poza farmą. Na co dzień mężczyzna ten poruszał się po kępach traw, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Nigdy nie zastawiał więcej niż kilku wnyków w jednym momencie, nigdy też nie przerabiał jednocześnie większej ilości mięsa. Wszystko po to, by pod naszym oknem trzebić stany zwierzyny, o czym nikt latami nie miał pojęcia. W jego obozowisku znaleźliśmy również masę wabików na zwierzynę drobną.

Ostatecznie odkryłem cztery obozowiska użytkowane podczas siedmiu ostatnich lat (tak stwierdziliśmy na podstawie analizy ilości popiołu w paleniskach). Każdy obóz był zbudowany według tego samego schematu i umiejscowiony w sposób praktycznie uniemożliwiający odnalezienie. Wysuszone mięso kłusownik wynosił poza ogrodzenie farmy, gdzie dostarczał je dilerowi. Jak się później okazało, człowiek odpowiedzialny za dystrybucję mięsa lewego pochodzenia był mózgiem całej operacji i poza Kambaku miał swoich profesjonalnych kłusowników na kilku innych farmach.

Naszą akcję odwetową można nazwać pozornie zwycięską, ponieważ nikt nie zwróci nam zakatowanych antylop, a mężczyzna okazał się profesjonalistą do tego stopnia, że na żadnym z przedmiotów nie zostawił odcisków palców. Gdybyśmy na farmie mieli drona, bez problemu zastawilibyśmy zasadzkę. Osobiście cieszę się, że ta historia zakończyła się tak, a nie gorzej. Taki profesjonalny kłusownik jest bowiem w stanie posunąć się do wszystkiego, byle nie zostać złapanym. Niewątpliwie sztuką tropienia i podchodzenia przewyższał nas wszystkich razem wziętych. Na koniec doszliśmy do wniosku, że gdyby ten człowiek był zdeterminowany i nie miał pewności, że zdoła uciec, to ta historia mogłaby się zakończyć tragicznie – byliśmy dla niego w buszu jak owce dla wilka w lesie.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Słoń, skorpiony i biała dama

Od samego początku naszego pobytu w Afryce obowiązkowym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić, było pasmo górskie Brandberg (najwyższe góry Namibii, najwyższy szczyt Königstein 2573 m), położone niedaleko Wybrzeża Szkieletowego. Nie zamierzaliśmy się wspinać, tylko po prostu zależało nam na tym, by podjechać pod te olbrzymy oraz odwiedzić tzw. White Lady. „Biała dama” to zespół malowideł naskalnych pozostawionych przez przodków ludu Damara. Pełniły one funkcje komunikacyjne, coś jak starożytny SMS. Najstarsze malowidła są datowane na 5000 lat, natomiast rysunek białej damy, czyli kobiety o białej karnacji, ubranej w skóry i otoczonej przez kobiety Damara, liczy 2000 lat. Kierując tam samochód, nie przypuszczaliśmy, jakie przygody czekają na nas w tym miejscu…

Sam dojazd robi wielkie wrażenie, bo skaliste szczyty Brandbergu widać już z ok. 150 km. Pruje się przez płaskie pustkowie bardzo dobrą żwirówką, a na horyzoncie cały czas są góry. Kiedy wydaje się, że to już tuż-tuż, okazuje się, że jeszcze 50 km. Dokoła rozpościerają się rozległe pastwiska, na których Damarowie wypasają (na przemian) oryksy i krowy.

Po długiej i wyczerpującej jeździe udało się w końcu skierować land rovera na camping. Na recepcji mieszczącej się ok. 2 km od miejsca, w którym nastąpiła nasza zguba, bardzo miły pan poinformował nas, by zachować szczególną ostrożność, ponieważ na campingu jest jeden słoń, a w tę stronę kieruje się jeszcze grupa mniej więcej ośmiu innych osobników, które najprawdopodobniej dotrą na camping w nocy. Doświadczeni (jak się nam zdawało) w spotkaniach z tymi zwierzętami po wizycie w Caprivi uspokoiliśmy pana recepcjonistę słowami, że słonie nam niestraszne i wiemy, jak się z nimi obchodzić.

Camping jak marzenie. Ulokowaliśmy się z dala od reszty turystów, tuż na brzegu wyschniętej rzeki. Dokoła stare akcje, dające upragniony cień, nieopodal tank z wodą, prysznic, prowizoryczna toaleta i fachowe miejsce na ognisko – jak śpiewają Bracia Figo Fagot, „elegancja Francja”. Popołudnie i wieczór spędziliśmy, patrząc na Brandberg. Gdy słońce już pożegnało wyschniętą ziemię, zaczęliśmy codzienny rytuał pieczenia nad ogniem mięsa z oryksa. Wszystko zapowiadało się idealnie: miał być spokój i pełny relaks.

Nagle ciszę nocy przerwało wycie osłów spacerujących po campingu. Chwilę później rozległ się głośny trzask i rumor spadającego na ziemię masywnego konara akacji, a potem dobiegł nas niski, doniosły pomruk. Oho, słonie już tu są. Teraz mieliśmy pewność, co się dzieje. Zachowaliśmy spokój, bo nie pierwszy raz słyszeliśmy te odgłosy. Należy tutaj dodać, że słonie pod osłoną nocy można zlokalizować jedynie po pomrukach, jakie wydają, bądź po trzasku gałęzi. Zwierzęta te podczas żeru łamią kolosalne konary albo tratują całe drzewa, jednak sam ruch tego kilkutonowego olbrzyma jest bezszelestny. Na nasze nieszczęście zaraz opodal samochodu znajdowała się toaleta i kran z wodą, więc słonie, niczym po sznurku, przyszły do nas. Schowanie się do auta nie miało za bardzo sensu, bo akacja stojąca tuż za nim była okupowana przez orfanty. Zostaliśmy więc przy ognisku pełni nadziei, że może jednak te kolosy będą się bały ognia.

Po chwili zrobiło się bardzo zabawnie. Młode słonie rozwaliły kran i przygotowały sobie bajorko, z którego piły, natomiast matki udały się napoić w toalecie. Te zwierzęta są niesamowicie inteligentne – ponieważ toaleta stanowiła tylko wymurowane pomieszczenie bez dachu, wyposażone w miskę klozetową, samice podeszły pod wychodek i jedna z nich, wsadzając trąbę przez dach, zsunęła wieko miski klozetowej, po czym włożyła trąbę do zbiornika służącego do spuszczania wody. Chlup, pusto, zbiornik zaczął się napełniać, po chwili znowu chlup. Jeden dorosły słoń zaprzestał tej zabawy po ok. 30 napełnieniach zbiornika. A samic było kilka, więc dobre dwie godziny wsłuchiwaliśmy się w napełnianie wody w toalecie. Oczywiście nie mieliśmy szansy nagrania tej sceny ani zrobienia nawet prostego zdjęcia, ponieważ słonie reagują agresywnie na błysk flesza i światło latarki. Pozostało nam siedzieć przy ognisku i cicho śmiać się z tej sceny. Co rusz nasza radość była torpedowana przez trzask konarów akacji, pod którą stał samochód. Z niepewnością spoglądaliśmy, czy to już koniec land rovera, czy nie. Jednak słonie czuły naszą obecność, wiedziały, gdzie stoi auto i starały się nie naruszać naszej prywatności (do czasu – jak się okazało chwilę później). Stado się napiło, pomruki zaczęły się oddalać, a u nas zapanowało rozluźnienie. Przetrwaliśmy ten zmasowany nalot olbrzymów.

Naglę ciszę nocy i nasz spokój przerwał niski, donośny pomruk. Oboje automatycznie powróciliśmy do ogniska, które szybko rozdmuchałem, i zajęliśmy miejsca w fotelach, wpatrując się w nocne kino. Słoń był jeden – za to potężny. Nie pozwolił na siebie długo czekać. Z mroku nocy wychyliły się dwa ogromne ciosy błyszczące w blasku ognia i malutkie lśniące oczy opatulone wielkimi bojowo ustawionymi uchlami. Zwierz wyglądał bardzo groźnie. Był to dorodny samiec ozdobiony ślicznym orężem. Szedł powoli, lecz prosto na ognisko. Paulina ścisnęła mnie za rękę. Mówię: – Spokojnie, zaraz skręci. Niestety nie skręca, lecz idzie wprost na nas. Teraz już i ja nie wiem, co mam zrobić. Oboje nas przeszywa paraliżujący strach, przykuwający do foteli. Przed nami ogień, a tuż za nim po drugiej stronie wielkie ciosy i dokładnie obserwujące nas błyszczące oczy. Słoń zatrzymał się, podniósł trąbę i bojowo ustawił uszy. Nie byliśmy w stanie się ruszyć, bo po co? Nie uciekniemy. Jego trąba znalazła się nad nami. Wystarczyłoby, żeby ją agresywnie opuścił i nasze wątłe ludzkie ciała nie miałyby żadnych szans. Stał tak, trzymając nad nami trąbę i ciosy w pozycji gotowej do ataku, może przez 60 s, jednak my czuliśmy się tak, jakby to trwało co najmniej godzinę. W końcu olbrzym mruknął, odwrócił się i powoli odszedł w ciemność, z której przybył. Dochodziliśmy do siebie dłuższą chwilę. To, jak czuje się człowiek, które staje oko w oko ze słoniem, jest nie do opisania. Końcówkę tej historii możemy opowiedzieć po naszym powrocie.

Następnego dnia, gdy zrelacjonowaliśmy panu na recepcji nasze spotkanie z rosłym samcem, na jego twarzy malowała się mina mówiąca: „A nie mówiłem”. Przerwał ją śmiech, po którym usłyszeliśmy, że jeśli chcemy zostać na jedną noc dłużej, to może być ciekawiej, bo w stronę campingu podąża kilkanaście innych słoni. Podniosłem rękawicę i postanowiliśmy z Pauliną jakoś lepiej się przygotować do następnego spotkania. Po głowie chodziła mi myśl, by nagrać aparatem film. Narąbałem sporo drzewa, dokoła porozstawialiśmy świece, ustawiłem przy ognisku aparat, zjedliśmy i czekaliśmy. Godzina, dwie, trzy, ale nigdzie nie słychać znajomego pomruku. Paulina zaczęła już drzemać w fotelu, więc stwierdziłem, że zwijamy majdan, bo słonie dzisiaj nie przyjdą. Zaczęliśmy szykować samochód do spania. Nagle Paulina podbiega do mnie i mówi, że jak podnosiła fotel, to coś ją ugryzło w palec, który zaczął strasznie pulsować. O cholera!!! Szybko zacząłem oglądać palec, lecz nigdzie śladów po wężu. Trochę się uspokoiłem na myśl, że to zapewne skorpion. Udałem się w miejsce, gdzie tajemniczy stwór zaatakował moją żonę. Węże zazwyczaj zostawiają ślady, ale nic nie znalazłem. W tym momencie Paulina zaczęła płaczliwie wołać mnie, żebym szybko przyszedł. Mdlejąca wybełkotała: – Moje tętno gwałtownie przyspieszyło. Przytykam palce pod krtań. O cholera!!! Wyrzucam wszystkie rzeczy stojące mi na drodze, odpalam samochód i pruję, ile tylko jestem w stanie wycisnąć z samochodu, w stronę stróżówki. Błyskawicznie przyspieszające tętno oraz rozprzestrzeniający się ból to objawy ukąszenia przez najgorsze węże, takie jak: mamba, puff adder i zebra snake. Szybko znalazłem miejscowego znającego się na rzeczy. Chwilę przed tym, jak wielka igła z przeciwtoksynami wystartowała w jej kierunku, Paulina oświadczyła, że ból znowu ograniczył się tylko do palca i tętno się unormowało. Zaczęliśmy wszyscy wspólnie jeszcze raz oglądać miejsce ukąszenia pod dużym oświetleniem. Uffff, nie ma szans, żeby to był nawet najmniejszy wąż. Żadnego rozcięcia, tylko malutkie miejscowe ukłucie. To na pewno skorpion pustynny. Choć moja żona wyła z bólu, cieszyliśmy się, że to tylko skorpion – poboli jedną dobę i po temacie. Szczęśliwi wróciliśmy na camping.

Ułożyliśmy się do snu. Paulina, mimo bólu, zasnęła momentalnie. Jej organizm był totalnie wyczerpany stresem. Byłoby to szczęśliwe zakończenie, gdybym o północy nie poczuł, jak coś z igłami zamiast odnóży wspina się po mojej głowie. Odruchowo zmiotłem skorpiona, wyrzucając go w przestrzeń samochodu, jednak zdążył mnie ukąsić w ucho. Skorpiony pustynne są bowiem szybkie i kąsają znienacka. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi i obolali zaczęliśmy nocną obławę na intruza. Udało nam się zagonić skorupiaka na śpiwór Pauliny, gdzie dokonał żywota opryskany Doomem (silny środek owadobójczy). Rozpylanie tego syfu w aucie nie było rozsądne, ale sytuacja wymagała zastosowania niekonwencjonalnej metody.

Z następnych 24 godzin wycieczki pamiętamy tylko… ból. Tak jakby ktoś trzymał Pauliny palec i moje ucho nad ogniem.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

W drodze

Zanim opowiem, jak to było z tym słoniem i skorpionami, o których wspomniałem we wpisie zatytułowanym „Kanaan – na końcu świata”, wypada w paru słowach przedstawić, jak wygląda samochodowe wędrowanie po Namibii. Wbrew moim oczekiwaniom zachodnia część tego kraju okazała się zdecydowanie bardziej dziewicza niż wschód. Pewnie dlatego, że Caprivi to obowiązkowy turystyczny punkt w Namibii, tak samo jak Park Narodowy Etosha. Drogi mają tam dobre i są jakieś zbiorowiska ludzkie, gdzie można bez problemu kupić artykuły żywnościowe oraz paliwo. Natomiast zachodnia strona to już zupełnie inna bajka. Wymaga od turysty wytrzymałości i gotowości podjęcia ryzyka, ale w zamian obdarowuje ogromem piękna, który trudno udźwignąć na trzeźwo.

Po pierwsze, nie ma żadnych sensownych map tego terenu. Zakupiona przez nas najdroższa i rzekomo najlepsza mapa turystyczna Namibii okazała się niewypałem. Informacje z niej odczytane musieliśmy traktować tylko jak teorię, którą w praktyce weryfikowaliśmy wiedzą autochtonów spotkanych po drodze. Pomocne okazały się natomiast mapy elektroniczne podróżników 4×4, które znaleźliśmy w internecie. Największy problem mieliśmy z wybraniem właściwej trasy, ponieważ znaki czasem były, a czasem nie. Poza tym sporo dróg jest błędnie oznaczonych na mapie, a ponadto – ze względu na zmieniające się warunki klimatyczne – każdego roku powstają nowe szlaki i skróty, część dróg jest w ogóle nieprzejezdna, część zaś prowadzi w nowym, tylko sobie znanym kierunku. I tak to wygląda. Nieraz, gdy byliśmy przekonani, że poruszamy się zgodnie z planem, po kilkudziesięciu kilometrach wspinaczki po górach dojeżdżaliśmy do malutkiej, zapomnianej wioski, gdzie droga się kończyła. Pikanterii dodawało to, że zdarzały się dni, kiedy podczas jazdy nie spotkaliśmy nikogo, a temperatura w kabinie land rovera dochodziła do 60°C.

Po drugie, musieliśmy tęgo główkować z tankowaniem samochodu. Oczywiście woziłem zapasowe 60 l, jednak czasem, mimo tej rezerwy, było ciężko. Wszystko dlatego, że gdy pokonuje się te drogi pierwszy raz, nie sposób przewidzieć dziennego zużycia paliwa. Przejechanie niektórych odcinków o długości 15–20 km, oznaczonych we wszystkich przewodnikach jako dobre drogi gruntowe, zajmowało nam cały dzień. A land rover na blokadzie mostów był, że tak powiem, spragniony… i pił. Oprócz uzupełniania paliwa i zapasów pitnej wody byliśmy na szczęście samowystarczalni.

Każdego dnia budziliśmy się ze wschodzącym słońcem i opatuleni w polary wypełzaliśmy z samochodu na poranną kawę. Po chwili zadumy zbieraliśmy nasz graciarnik do kupy, składaliśmy łóżko, układaliśmy wszystko w kabinie, by nie latało podczas przechyłów, i sprawdzaliśmy stan olejów, a raczej wycieków (czy oleju cieknie tyle co zwykle, czy więcej). Jeszcze chwila zadumy i poranny spokój przerywał ryk rozgrzewanego przeze mnie silnika. Ten moment stał się dla nas prawdziwym obrzędem. Podróżując po Namibii, nauczyliśmy się jednego: nie ma dnia, żeby nie było jakieś przygody i żeby nie pojawiły się wyzwania. To wspaniałe uczucie, kiedy samochód już jest gotowy do drogi, a ciebie zżera ciekawość, co przyniosą najbliższe godziny.

Jak się codziennie okazywało, nie mieliśmy przerwy od momentów duchowych uniesień. Te setki kilometrów bezdroży były usiane niewyobrażalną ilością kontrastujących ze sobą przyrodniczych cudów. No bo gdzie indziej na świecie w ciągu jednego dnia przejeżdża się przez skaliste szczyty, potem – przez kamienistą pustynię, z której dociera się do rzeki pełnej krokodyli, by po chwili znaleźć się pośrodku bezkresu piaszczystych wydm? I to nie koniec. Za którąś z kolei wydmą wyrasta bowiem kontrastujący ze spalonym piaskiem zielony las kilkusetletnich akacji. A jakby tego było mało, to co kawałek naszym oczom ukazywał się jakiś dodatek, np. lepianka stojąca na środku pustyni, nagie dziecko biegnące po kamieniach w stronę samochodu, ludzie zganiający setki krów w jedno miejsce, żyrafy spacerujące po pustyni, słoń maszerujący po skałach lub tropy lwa w wyschniętej dolinie rzecznej. Nie da się tego objąć, nawet jeśli ma się bogatą wyobraźnię. Wiesz, że widok za każdym wzniesieniem na drodze każe zatrzymać samochód, jednak w żaden sposób nie jesteś w stanie przewidzieć, co tam zobaczysz. Kontrasty przyrodnicze bywają tak ekstremalne, że jednego dnia, wyjeżdżając z pustyni, wdrapaliśmy się na góry, między którymi były ciepłe źródła. I tak, pokryci pustynnym pyłem, zapoceni i przegrzani, znaleźliśmy się w naturalnym skalnym basenie z krystalicznie czystą wodą, gdzie spędziliśmy całe popołudnie.

Co prawda wszędzie można nocować na dziko, bo Namibia to tysiące kilometrów nieogrodzonej dziczy, ale przed wieczorem zazwyczaj staraliśmy się dotrzeć na nocleg na jakiś camping. Camping – to za dużo powiedziane. Są to po prostu miejsca zawsze położone w ciekawej przyrodniczo lokalizacji, gdzie wieczorem zjeżdżają wędrowcy i dzielą się wrażeniami oraz radami co do dalszej drogi.

Zdarzyło nam się jednak nocować na dziko. To był jeden z tych dni, kiedy się przeliczyłem, jeśli chodzi o trasę. Ukryliśmy land rovera pośród gór porośniętych wyschniętymi krzewami. Delikatny dym z ogniska błyszczał w świetle księżyca, a dokoła – bezkresna, głucha cisza… Nic się nie poruszyło, nic nie drgnęło. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że do pierwszych napotkanych ludzi mamy cały dzień drogi.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Nagie (choć nie do końca) plemię

Przemierzając bezdroża i pustkowia Kaokolandu, niemal kilkanaście razy dziennie spotykaliśmy ludzi z plemienia Himba. W całej Namibii jest ich od 20 do 50 tys. Stanowią jeden z odłamów plemienia Herero i używają tego samego dialektu – języka otjiherero. Prowadzą koczowniczy tryb życia zależny od dostępności pokarmu i wody dla wypasanego przez nich bydła. Ich czerwony kolor skóry pochodzi od mieszanki, jaką nakładają na swoje ciało, aby chronić je przed ostrym pustynnym klimatem (palące słońce w dzień oraz przymrozki nocą, mnóstwo kurzu i pyłu w powietrzu, a także silny wiatr). Składa się ona z tłuszczu, skruszonej ochry i ziół. Ludzie Himba twierdzą, że czerwień przypomina ziemię i krew, co symbolizuje w ich kulturze życie.

Kobiety wykonują większość prac domowych, takich jak wypasanie i dojenie bydła, donoszenie wody, budowa domu oraz opieka nad dziećmi, podczas gdy mężczyźni zajmują się polowaniem i dyskusjami przy świętym ogniu. Każda wioska tego plemienia wygląda bardzo podobnie: ogrodzenie z gałęzi drzewa mopane, które ma przede wszystkim chronić przed drapieżnikami, a w środku – 1–3-osobowe domki o konstrukcji z liści palmowych, pokryte mieszanką gliny lub odchodów bydlęcych wymieszanych z wodą i piaskiem, co nadaje im dużą wytrzymałość. W najdalszym zakątku od bramy znajduje się dom wodza plemienia, który odpowiada za podtrzymywanie świętego ognia w rodzinie, jest niepodważalnym wymiarem sprawiedliwości i prowadzi wszystkie uroczystości, takie jak śluby czy pogrzeby.

Małżeństwa u Himbów są planowanie przez dorosłych. Zaraz po narodzinach córki jej przyszły mąż zostaje wytypowany przez rodziców, bez możliwości negocjacji. Przed okresem dojrzewania dokonuje się obrzezania zarówno dziewczynek, jak chłopców. Członkowie tego plemienia wierzą bowiem, że czyni ich to gotowym do małżeństwa.

Tym, co mnie najbardziej urzekło i przekonało w Himbach, jest otwartość na drugiego człowieka. Ogromną radość sprawia im, kiedy ktoś zatrzymuje się przy drodze, zagaduje ich oraz pyta o ich tradycje i obyczaje. Chętnie pomagają ludziom w potrzebie. Co prawda jest to naród pogański, ale nie odczuliśmy z ich strony żadnych złych czy nieżyczliwych intencji.

Cechą charakterystyczną dla plemienia Himba jest bogata biżuteria oraz tradycyjny strój, co prawda skąpy, ale wykonany głównie z naturalnych materiałów, przede wszystkim wyprawionej koziej skóry. W zależności od stanu cywilnego przysługują im różne prawa do ubogacania fryzur czy ozdabiania ciała – głównie obrobionymi kośćmi i skórami. Dorosłe kobiety mają na głowie dready pokryte czerwoną miksturą. Myją się raz w życiu, jedynie przed własnym ślubem. Stąd ich charakterystyczny, niezbyt przyjemny zapach, który dawał się we znaki przy każdym naszym kontakcie z nimi. Ciało perfumują przez okadzanie się dymem z palonej mieszanki pustynnych ziół.

Himba to plemię poligamiczne i zwykle wielodzietne. Na swojej trasie niejednokrotnie spotykaliśmy młode kobiety z dziećmi na plecach. Umieralność dzieci w pierwszych latach życia jest wysoka, głównie z powodu chorób, pasożytów czy ukąszeń przez skorpiony i węże. Bardzo wysokie temperatury w dzień i koczowniczy tryb życia zmuszający do przemierzania kilometrów sprawiają, że czasem trudno określić, czy maluch niesiony na plecach Himby jeszcze żyje czy już umarł.

Życie, jakie prowadzą ci ludzie w tak surowym klimacie, często oddaleni o setki kilometrów od jakiejkolwiek osady, sklepu czy ośrodka medycznego, sprawia, że muszą być samowystarczalni, mimo że głód i choroby nieraz zaglądają im w oczy. Dla nas spotkanie z Himbami to niesamowite doświadczenie i powrót do korzeni. Zetknęliśmy się z prostym i niebezpiecznym, a zarazem pięknym i szczęśliwym życiem.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Kanaan – na końcu świata

Wracamy po krótkiej przerwie. Zanim przejdę do meritum, muszę powiedzieć, że biltong wyszedł mi całkiem dobrze. Ale miał jedną wadę ‒ szybko się przejadł. Tak więc nasze podróżne zapasy (które by wystarczyły chyba na rok) skończyły w szkole dla dzieci z plemienia Himba wysoko w górach, niedaleko wioski Puros.

Tego, co widzieliśmy przez ostatnie 11 dni, nie da się opisać słowami. Ciężko było zrobić zdjęcia, by choć w części oddawały ogrom cudu namibijskiej przyrody. Przyznam szczerze: po Caprivi zdawało mi się, że nic już mnie w takim stopniu nie zaskoczy. Namibia to kraj, który udowadnia ci każdym kolejnym dniem podróżowania, że ciągle widziałeś bardzo mało. Gdzieś pośród kamienistych gór, przeciskając się land roverem po stromych urwiskach, natrafiliśmy na wyryty w skale napis „Kanaan”. Chyba nie można znaleźć innego słowa, by opisać naszą wyprawę. Zdjęcia, które dołączymy w kilku następnych wpisach, i historie, które opowiemy, są całkowicie autentyczne. Z 11 dni podróżowania tylko 8 godzin spędziliśmy na asfaltowej drodze. Tak jak ostatnio naszym domem i najlepszym kompanem w podróży był land rover defender 110 w wersji „african fever”, ze starym benzynowym silnikiem V8. Wszystkim wybierającym się w podróż marzeń chętnie z Pauliną udostępnimy dokładną mapę GPS, zaznaczamy tylko, że w niektóre miejsca można się udawać minimum w dwa auta. My jechaliśmy sami na własną odpowiedzialność. W skrócie ‒ zrobiliśmy duże koło po kraju, objeżdżając Etoshę, udaliśmy się w dolinę rzeki Kunene, następnie wzdłuż granicy ‒ do wodospadów Epupa. Kolejnym punktem było zwiedzanie Kaokolandu i rezerwatu dzikiej przyrody Puros. Stamtąd przenieśliśmy się do słynnego Damaralandu, następnie przez pasmo Brandberg (najwyższe góry Namibii) trafiliśmy w okolice Omaruru i z powrotem do Kambaku.

Zaatakował nas słoń, pokąsały pustynne skorpiony, chodziliśmy po górach z Himbami, krzesaliśmy ogień z plemieniem Damara, przejechaliśmy pustynię i skaliste góry, przekroczyliśmy rzeki pełne krokodyli i na koniec z dachu Namibii spojrzeliśmy na ten piękny świat. Tak jak ostatnio naszą podróż opiszemy w częściach, bo sporo przygód wymaga oddzielnego wpisu. 

Na koniec wstępu dodam jeszcze taką myśl: w czasie naszego pobytu w Kambaku spotykaliśmy ludzi, którzy wracali z takiej podróży po Namibii, jaką my odbyliśmy teraz. Traktowali oni nasz hotel po prostu jako ostatni bastion przed wylotem. Większość z nich to podróżnicy w średnim wieku, nie ukrywali, że całe życie odkładali grosz i planowali każdy szczegół trasy. Teraz już wiem dlaczego. Już w trakcie podróży człowiek czuje, że to jego pielgrzymka po Kanaan. Zachwyt miesza się ze strachem, szacunkiem i dziękczynieniem.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Czas na biltong… i kolejną wyprawę!

Namibijczycy kochają mięso i nie uznają potraw bez jego dodatku. Jak to się mówi: „Sałatki to wymysł Europejczyków”. Przeciętny Owambo potrafi zjeść 2 kg mięsa dziennie w każdej możliwej postaci. Natomiast tradycją w tym samym wymiarze co polska kiełbasa na święta jest biltong. Mięso (niezależnie, z której części zwierzęcia) kroi się na długie, wąskie paski, po czym przyprawia się specjalistyczną przyprawą „biltong cure”, a następnie suszy na słońcu, aż będzie twarde jak kamień. Gdy mieszkańcy Kambaku uzbierają trochę grosza, to pierwszym wydatkiem jest właśnie mięso, z którego robią biltong. Wygląda to nieco śmiesznie, kiedy przed domami zamiast prania w pełnym słońcu prażą się takie skrawki. Odkąd przyjechaliśmy do Namibii, mieliśmy z Pauliną spory ubaw z tutejszej tradycji. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia postanowiłem kupić na stacji benzynowej „pałeczkę” biltongu o nazwie „chili stripes”. W spożywaniu tego wysuszonego na wskroś specjału jest pewna magia. Z jednej strony już po dwóch minutach walki z paskiem mięsa szczęki odmawiają posłuszeństwa, z drugiej jednak – to niesamowicie wciągające… i smaczne.

Nadszedł czas kolejnej wyprawy. Wyruszamy z Pauliną w 10-dniową podróż naszym zaprzyjaźnionym defenderem. Plan wycieczki to zachód Etoshy, Damaraland, wodospady Epupa, wioska plemienia Himba, Wybrzeże Szkieletowe i Kalahari. A więc (pozdrowienia dla mojej nauczycielki języka polskiego, która zawsze powtarzała mi: „Piasecki, nie zaczyna się zdania od «A więc»”), drodzy czytelnicy, czekajcie na kolejne wpisy, bo będzie o czym opowiadać. Tym razem przygotowania trwają znacznie dłużej. Obszar pustyń i skalistych urwisk jest dużo bardziej wymagający niż dzikie rejony Caprivi. Postanowiliśmy nie kupować prowiantu na grilla, tylko przygotować go samemu. W tym celu przerobiliśmy jedną szynkę z niedawno strzelonego oryksa. Z resztek zaplanowałem zrobić na drogę biltong! Zdobyliśmy tajemniczą przyprawę i – jak to mówią żeglarze – „heja!” Nadszedł czas, że również przed naszym mieszkaniem opodal przydomowej preparatorni zamiast skarpetek suszą się skrawki mięsa z przyprawami.

Na koniec muszę dodać, że już kiedyś zabrałem się za tradycyjne wyroby. Efektem miała być kiełbasa z dzika, a wyszła – jak przechrzciła ją moja mama – kiełbasa atomowa. Przesadziłem wtedy z przyprawami i przewędziłem ten „specjał”. Żal było wyrzucać, a jeść się nie dało, bo posmak soli utrzymywał się w ustach jeszcze następnego dnia. Takie były moje kulinarne początki. Kiełbasa oczekuje więc głęboko na dnie zamrażarki na ciężkie, atomowe czasy. Mam nadzieję, że biltong uda mi się mi lepiej.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Namibijska wiosna

Dzień coraz dłuższy, niebawem czeka nas przestawienie czasu. Tak więc przez dwa tygodnie będziemy mieli tę samą godzinę co w Polsce. W ciągu dnia temperatury dochodzą do 38ºC i więcej. Jednym słowem: żar leje się z nieba. Tylko poranki pozostają jeszcze chłodne. Akacje uruchomiły rezerwy życia i całe połacie gęstego buszu zaczynają kwitnąć. Na piasku widać ślady wędrujących skorpionów i węży wygrzewających się po zimowej przerwie.

Co ciekawe, na niebie goszczą chmury, które niestety nie zapowiadają deszczu, lecz… pożary. To objaw pełni namibijskiej wiosny – burze z błyskawicami bez kropli deszczu i łuny ognia na horyzoncie widoczne z 10 km. Przez najbliższe tygodnie będziemy się modlić, by ogień ominął Kambaku. Mamy głęboką nadzieję, że w tym sezonie obfite opady przyjdą szybko. Jak na razie wszystko na to wskazuje.

Namibijczycy twierdzą, że antylopy czują nadchodzący deszcz. Tego roku może być ciekawie, bo większość z nich już się ocieliła. W przypadku oryksów jest to normalne, dla elandów – trochę przed czasem, natomiast jeśli chodzi o hartebeesty to już anomalia. Zazwyczaj młode tego gatunku pojawiają się w październiku po pierwszych deszczach, a w tym roku już teraz widzieliśmy kilka cielaków. To radosny okres, ponieważ dopiero co narodzone antylopy są bardzo pocieszne. Niezdarnie maszerują za matką i wsadzają łeb w każdą dziurę, ucząc się dzikiego świata. W zeszłym tygodniu w trakcie sprawdzania wodopojów napotkaliśmy z Paulusem stado elandów. Gdy zgasiliśmy samochód, po dorosłych oczywiście pozostał tylko unoszący się w powietrzu tuman kurzu. Tymczasem ku naszemu zdziwieniu w okolice samochodu podbiegło młode ciele. Zaczęło go obwąchiwać i bacznie się przyglądać dwóm panom w śmiesznym indyjskim pojeździe. Eland miał dopiero ok. dwóch tygodni, jednak wyraźnie było już widać, jak kolosalne rozmiary osiągnie to zwierzę. Od urodzenia wszystkie stawy ma nieproporcjonalnie wielkie – w przyszłości będą one dźwigać niemal tonę mięśni.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Szakal w Namibii i w Polsce

Doszły nas słuchy, że szakal złocisty zawitał do ojczyzny. W Afryce Południowej złocisty nie występuje, jednakże pospolite są dwa pozostałe: pręgowany (ang. side-striped jackal) oraz czaprakowy (ang. black-backed jackal). Szakal pełni tu funkcję ekologiczną podobną do lisa w Europie. To gatunek tak samo plastyczny pod względem spożywanego pokarmu i równie dynamiczny w rozrodzie jak nasz mykita. Podobieństw da się wskazać więcej.

Mimo olbrzymiej presji myśliwskiej sawanna jest wysycona rodzinami szakali. Na szczęście ten teren serwuje temu kilkunastokilogramowemu drapieżnikowi na tyle obfity i urozmaicony wachlarz pokarmu, że jego liczna populacja nie wpływa drastycznie na różnorodność gatunkową. Warto wiedzieć, że szakale polują zarówno samotnie, jak i w grupach – wtedy są w stanie pokonać nawet młodą impalę. W naszych warunkach takie łowy w sforze to jednak rzadkość. Niemal każdego tygodnia antylopy umierają z przyczyn naturalnych, dzięki czemu drapieżniki mają pokarmu pod dostatkiem.

Kawandzie – jak nazywa się szakala w języku oshiwambo – komunikują się między sobą za pomocą wielu rozmaitych dźwięków. Najbardziej charakterystyczne jest wieczorne skomlenie i wycie. W jednym momencie odzywa się kilkanaście osobników z różnych stron farmy. Robi to niesamowite wrażenie.

Jeżeli szakal złocisty jest choć w połowie tak zorganizowany i przebiegły jak te, z którymi mamy do czynienia na farmie, to niestety oznacza to, że polskie kuropatwy, zające i sarny zyskają kolejnego poważnego wroga.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Polski patent na elanda

Jak już pisała Paulina, po powrocie z Caprivi czekały na nas ciężkie tygodnie wypełnione po brzegi pracą. W nagrodę za dobre wypełnianie swoich obowiązków dostałem zgodę na odstrzał „ducha”. Tym pseudonimem określa się tu stare, uwstecznione elandy. Rozpisywałem się już o tych klikających antylopach wiele razy, więc pominę wstęp.

Oczywiście szef postawił mi jeden warunek: „Jak chcesz strzelić opa elande, to musisz go pokonać na gruncie. Nie ma mowy o ambonie ani wodopoju”. W sumie mnie w to graj, bo siedzenie na ambonie zostawiam na czas po 50. roku życia.

Wiadomo, że tytuł tego wpisu byłby inny, gdybym elanda nie dopadł, ale w sumie nie o to chodzi, żeby się chwalić, tylko o to, żeby opowiedzieć o wyboistej drodze poprzedzającej strzał. Upolowałem już sporo tych antylop i myślałem, że coś na ten temat wiem, lecz stare „duchy” nieco ubodły moje ego. Nie problem w tym, by spotkać elandy, chodzi o to, by znaleźć byka, który ma przynajmniej 16 lat. Staruszka można poznać po nieproporcjonalnie króciutkich i zużytych rogach, długiej czuprynie oraz obwisłym fałdzie skórnym opuszczającym się z karku w kierunku ziemi. Taki fałd występuje u każdego elanda. U bardzo wiekowych byków jest on tak duży, że zwierzę, gdy się schyla, to wyciera nim podłoże. Stąd potocznie Namibijczycy nazywają go ścierką. Taki dziadek zazwyczaj wędruje samotnie, a czasem, dla towarzystwa, opodal równie starego byka gnu. Ma ulubione fragmenty buszu, gdzie udaje się na żer, jednak jest w tym bardzo nieregularny.

Szukając mojego wsteczniaka (co zajęło mi wiele dni), natrafiałem na sporo elandów, lecz żaden z nich nie był na tyle stary, by można go było tytułować „duchem”. To trochę jak szukanie sędziwego byka jelenia – człowiek zazwyczaj trafia na te bardzo mocne osobniki w sile wieku. Po kilku dniach zacząłem szczerze wątpić, czy my jeszcze mamy takie wiekowe byki na farmie. Wśród całej gamy spotykanych przeze mnie największych antylop na świecie było wszystko, nawet myłkusy, ale ani jednego naprawdę starego samca. Moje zmagania szybko stały się tematem numer jeden wśród myśliwych w naszej wiosce. Każdy dawał mi wskazówki, gdzie trzeba szukać takiego zwierza, o której godzinie itd. Oczywiście, jak wszystkie złote myśliwskie porady, nie sprawdziły się one wcale. Wziąłem sobie do serca tylko jedną: trzeba po prostu być wytrwałym i jak najwięcej czasu spędzać w buszu, a prędzej czy później dostanie się swoją szansę.

Jednego dnia postanowiłem odpuścić sobie tropienie i wczesnym rankiem zrobić spacer wykarczowaną przez nas drogą. Po kilku kilometrach usłyszałem „klik, klik, klik”. Oho, eland! Klikanie stało się dość intensywne i na podstawie samych odgłosów naliczyłem, że są przynajmniej trzy byki. Oznaczało to grupę chłopaków w sile wieku, a więc nie to, co mnie interesuje. Ale nadarza się świetna okazja, żeby poćwiczyć podchód. Kroczek za kroczkiem, powolutku idę w kierunku majestatycznych olbrzymów. Już z daleka zobaczyłem jedno wielkie cielsko między gałęziami „kamfy” (z ang. camphor bush «Tarchonanthus camphoratus», roślina, z której robi się olejek kamforowy), a dwa kolejne zlokalizowałem, nasłuchując. Mam czas, mam dobrą ścieżkę, wszystko jest cacy. Naglę wyrastają przede mną dwa ogromne rogi osadzone na młodzieńczym elandzim łbie. Oj, błąd, Kuba, duży błąd, policzyłeś klikanie, ale nie wziąłeś pod uwagę, że grupa ma młodego nieklikającego adiunkta. Momentalnie zamarłem w bezruchu, oczywiście eland też, bacznie przyglądają się dziwnemu ludzkiemu kształtowi w cieniu akacji. Teraz zaczęła się prawdziwa walka nerwów. Ja stoję w bezruchu, on też, mierzymy się wzrokiem, który pierwszy spęka – jeżeli ja, to za młodym całe stado ruszy i staranuje wszystko na swojej drodze. Mija 10, 20, 30 minut, i dalej ani drgnie. Całe szczęście, gdy eland mnie zobaczył, miałem dość komfortową pozycję. Gdy patrzyłem w oczy młodemu, gniewnemu bykowi o olbrzymich, pięknych rogach, aż serce mi się cieszyło na myśl, że jego geny są tutaj bezpieczne.

Nagle kątem oka widzę kolejnego olbrzyma, ale podchodzącego z zupełnie innej strony. Coś tu jednak nie gra. Klikanie nowego ongarangombe (eland w języku oshiwambo – dla tych, co nie czytali poprzednich wpisów) jest bowiem głębokie i donośne. Zwierzę wyłania się zza zakrętu i moim oczom ukazuje się kolosalny, mocno przygarbiony byk. Szczecina na głowie bojowo nastraszona, siwy łeb zakończony dwoma zużytymi małymi rogami. To duch, którego szukam! Ale, ale – ten eland utyka. Stawanie na przedniej lewej kończynie wyraźnie sprawia mu ból. Pod kapeluszem czuję, że wrze, temperatura osiąga chyba 100°C. Nie dość, że byk jest strasznie stary, to jeszcze ranny. Podwójnie dobra selekcja! Tylko jak, do diaska, się odwrócić, żeby młody nie zagalopował. Nie ma wyjścia – biorę podpórkę, ściągam sztucer, ustawiam się w stronę kulawca i… tylko słyszę rumor całego stada oddalającego się i tratującego przy tym młode akacje. Stary byk chyba przypadkowo natknął się na to stado, bo również się oddalił, jednak w zupełnie innym kierunku.

Ongarangombe odszedł, utykając, w gęsty busz. Nastała cisza. Niewiele myśląc, biorę podpórkę i obchodzę n teren, przyglądając się uważnie śladom. Zataczam szerokie koło, Co chwilę się zatrzymuję i nasłuchuję klikania, ale nadal panuje cisza. Nigdzie nie widzę tropów wyjścia, a to oznacza, że eland jest niedaleko. Do głowy przychodzi mi jeden pomysł – trzeba zastosować patent na fajkę. W Polsce nieraz okazywał się skuteczny. Wyciągam więc moją „koleżankę”, nabijam ją naprędce, ustawiam się z wiatrem w stronę elanda i poczynam rozkoszować się tanim afrykańskim tytoniem. Biorę tylko kilka buchów, bo chodzi o to, by dym z fajki podniósł elanda, a ja muszę szybko znaleźć się po drugiej stronie tej gęstwiny. Jest tam jedna wąska ścieżka, na której – jeśli mi się poszczęści – złapie elanda. Rozpoczynam bieg (który nigdy nie był moją mocną stroną). Szybki slalom między gałęziami, docieram na drugą stronę i nasłuchuję. Klik, klak, klik, klak, eland sunie na ścieżkę, ale bardzo dziarsko jak na kalekę. Pewnie się nie zatrzyma. Nienawidzę strzelać w biegu. Byk przystaje. Bam!!! Zwierz zwala się na ziemię. Może nie był to mój najlepszy strzał, ale starzec nie dość, że ranny, to jeszcze zmęczony życiem. Lepszego nie potrzebował.

Wróciłem do domu dumny. Nie dlatego, że na rozkładzie miałem olbrzyma, ale dlatego, że, po pierwsze, nic nie daje myśliwemu takiego szczęścia jak właściwa selekcja, a po drugie – nie kilogramy kości na ścianie dowodzą, jakim jesteś łowcą, tylko emocje, które ci towarzyszą podczas polowania.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej