Pseudoekolodzy na polowaniu!

Zanim nawiążę do tytułu, na początek wszystkim czytelnikom bloga „Prawdziwa Namibia – powrót do Kambaku” chciałbym złożyć najserdeczniejsze życzenia świąteczne i noworoczne. Niech święta będą czasem pokoju i spokoju, bór i busz darzą w nowym roku, a naszym łowom zawsze towarzyszy życzliwa atmosfera, bez niepotrzebnej zawiści czy zazdrości.

W zeszłym tygodniu stałem się uczestnikiem sytuacji, którą na co dzień znam tylko z opowiadań oraz z mediów. Bo choć nieraz próbowałem nawracać pseudoekologów i nieraz byłem przez nich atakowany, to mimo wszystko jeszcze nigdy nie brałem udziału w polowaniu, które blokowali. Od razu powiem, że nikomu tego nie życzę, bo to wątpliwa przyjemność. Polowaliśmy metodą pędzeń wielkoobszarowych w obwodzie zasobnym w zwierzynę. Pierwszy miot zaczął się bardzo obiecująco. Już po chwili na linię wyszedł mi piękny byk. Niestety, to była ostatnia dobra wiadomość. Po chwili pod moją zwyżką pojawiło się kilkunastu ludzi w kamizelkach odblaskowych. Cytując klasykę polskiej kinematografii, „wystarczyło mi pięć pierwszych słów” koleżki stojącego na czele grupy i już wiedziałem, o co chodzi. Prowokacja zaczęła się momentalnie, ale obiecałem sobie, że nie dam się wyprowadzić z równowagi. Trudno jest dyskutować o sensowności polowania z kimś, kto po pierwsze, nie chce słuchać, a po drugie, sam już się gubi w swojej hipokryzji. Nie zamierzam się tutaj użalać, że miałem wykładane dziki pod zwyżką, ale nie mogłem strzelać, bo pan w dziwnych spodniach przypominający bajkowego Ali Babę robił pajacyki na linii strzału.

Zaskoczyło mnie to, jak ten atak został zorganizowany. Przede wszystkim aktywiści byli bardzo dobrze przygotowani technicznie. Przewodnicząca miała ze sobą mapę z naniesionymi stanowiskami myśliwych. Wszyscy komunikowali się przez krótkofalówki. Na obrzeżach miotu kręcił się wóz transmisyjny. Na bieżąco dostawał informację, gdzie i jak podjechać. Gdy pseudoekolodzy zbliżali się do jakiegoś myśliwego, na starcie go fotografowali oraz filmowali. Ci, którzy zabierali głos, byli dobrze przygotowani prawnie – umiejętnie dobierali słowa, by sprowokować i obrazić, jednocześnie nie robiąc tego wprost. Na przykład pani wyżywająca się na mnie swoim aparatem (pozdrawiam) twierdziła, że fotografuje urządzenie łowieckie na tle lasu, a nie moją osobę. Jakby tego było mało, w pewnym momencie moi zieloni „przyjaciele” ustawili się ławą w poprzek miotu i ruszyli wzdłuż linii zwyżek. W rezultacie oznakowana, wcześniej zgłoszona w urzędzie gminy i na policji zbiorówka staje się istnym polem bitwy ideologicznej. Bitwy, którą prowadzą zszokowani myśliwi z fanatykami na własne życzenie narażającymi się na utratę zdrowia bądź życia. W związku z tym, że w tym pędzeniu przeszła mi ochota na polowanie, postanowiłem te 1,5 godziny spożytkować na analizę sytuacji.

Oto moje przemyślenia. Po pierwsze, szkoda mi tych ludzi radykalnie walczących w imię głupoty kilku osób biorących za to pieniądze. Patrząc z innej strony, sami jesteśmy sobie winni, bo to nic innego niż efekt braku edukacji łowieckiej w szkołach na przestrzeni lat. Ktoś powie, że to nieprawda, przecież dużo się teraz dzieje, myśliwi pokazują się wśród uczniów, organizują spotkania i wspólne imprezy. Wszystko się zgadza, jednak nie zawsze tak to wyglądało. Ten marketing łowiectwa to nowy trend, a jak pokazuje pokolenie spotkane przeze mnie w lesie, pewnych rzeczy nie da się nadrobić w rok czy dwa. Szkoda, że nikt wcześniej o tym nie pomyślał i zamiast inwestować w kwatery, medale, strzelnice czy biesiady, nie zaczął pracy u podstaw, która zagwarantowałaby ciągłość myśliwskiej idei.

Po drugie, jak to możliwe, że potrafimy stworzyć prawo przewidujące mandaty za przekroczenie tablicy typu „Ścinka drzew. WSTĘP WZBRONIONY”, a nie potrafimy stworzyć prawa pozwalającego na ochronę oznakowanego polowania zbiorowego, na którym istnieje równie duże ryzyko dla postronnych osób? Co za hipokryzja – za chwilę żołnierze bez żadnej wiedzy łowieckiej zaczną strzelać do dzików w imię ochrony Polski przed afrykańskim pomorem świń, a wykształceni i doświadczeni w tej materii myśliwi spotykają się z szykanami na polowaniu. Cytując kolejnego klasyka – „to przecież jest śmiech na sali”.

Po trzecie, jeżeli ekologów przygotowują prawnicy, to dlaczego naszego zrzeszenia nie stać na kilka pokazowych spraw w sądzie? Przecież my nie łamiemy prawa, działamy na podstawie ustaw i rozporządzeń. Może nadszedł czas, by otwarcie bronić swoich praw do polowania, a nie ciągle tłumaczyć wszystkim, że nie jest się wielbłądem?

Gdy ekolodzy mnie prowokowali, śmiałem się do nich w duchu – macie szczęście, że nie jesteśmy w Afryce. Tam się inaczej rozwiązuje takie problemy (może dlatego tam w ogóle nie ma takich problemów…). Żeby była jasność – nie mam zupełnie nic do zielonych. Dopóki nie wchodzą mi agresywnie w drogę. Świat jest różnorodny i dla fanów sałaty znajdzie się tu miejsce tak samo jak dla myśliwych. Jednak nie wyrażam zgody na przymusowe narzucanie mi swojej ideologii – a właśnie tak się czuję po ostatnim polowaniu.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Polowanie dla twardzieli

W Kambaku padł kolejny polski ongarangombe (eland), a ja już zacząłem odliczanie do wyprawy życia na bawołu afrykańskiego. Zanim jednak zmierzę się z rozgrzaną wiosennym słońcem sawanną, chciałem podsumować rykowisko (o tym w kolejnym wpisie) i opowiedzieć o bardzo ciekawym, choć wyczerpującym polowaniu na kozice.

W połowie września uczestniczyłem w typowo górskich łowach w paśmie Alp Julijskich w Słowenii. Góry, w których polowaliśmy, stanowią fragment Triglavskiego Parku Narodowego, ale w miejscu niezwykle rzadko odwiedzanym przez turystów ze względu na brak szlaków. Dzięki temu liczebność kozic jest naprawdę imponująca, a łowom nie towarzyszą okrzyki amatorów górskiej wspinaczki. Nasza kwatera znajdowała się na wysokości ok. 900 m n.p.m. Stamtąd rozchodziły się ścieżki wydeptane przez podprowadzających aż na same szczyty.

Wrzesień to ciągle okres obfitości żeru. Kozice, choć przygotowują się do rui, wciąż występują stadnie powyżej naturalnej granicy lasu. Z drobnymi wyjątkami właściwie wszystkie osobniki podczas polowania spotkaliśmy w paśmie kosodrzewiny tuż pod samymi szczytami. Łowy zaczynaliśmy jakąś godzinę przed wschodem słońca. Wyruszaliśmy jeszcze po ciemku przy świetle latarek, tak żeby o szarówce być przy drugiej kwaterze na wysokości ok. 1200 m n.p.m. Stamtąd rozpościerał się niepowtarzalny widok na już ośnieżone szczyty Alp. Wędrówka w górę z tego miejsca to już prawdziwe pokonywanie swoich ograniczeń fizycznych oraz sprawdzian woli walki. Może i wysokość, na której pozyskiwaliśmy kozice, czyli 1850–1950 m n.p.m., nie jest jakimś nadzwyczajnym wynikiem, ale osiągnięcie jej na polowaniu to coś zupełnie innego niż normalna wędrówka po górach. Przede wszystkim oprócz plecaka z wodą i prowiantu na szczyt trzeba wnieść sztucer i lornetkę. Przychodzą chwile zmęczenia, kiedy wydaje się, że z każdym krokiem waga broni rośnie wykładniczo. Zwłaszcza że podejście na szczyt rzadko kiedy odbywa się szlakiem – częściej wydeptaną, bardzo stromą ścieżką. Niejednokrotnie, wspinając się po kozicę, musimy pokonać swoje nizinne lęki. Na szczęście, gdy już wniesiemy swoje gabaryty pod szczyt, wszystkie troski, pot i ból zostają na dole, a góry odwdzięczają się niepowtarzalnymi widokami. Ogrom Alp momentami przytłacza, uczy łowcę dużej pokory i dystansu do siebie.

Kiedy już podejdziemy kozicę, czeka nas strzał, który nie należy do łatwych. Dystans 250 m trzeba mieć opanowany do perfekcji, ponieważ to średnia odległość strzałowa. Dlatego nie bez powodu niektórzy myśliwi nazywają te łowy górskim biatlonem. Jednak satysfakcja płynąca z tego polowania jest jedyna w swoim rodzaju. I nie chodzi tutaj o trofeum. Niezależnie od tego, jak dużą kozicę pozyskamy, duma i radość przytłaczają równie mocno co wielkość gór. W trakcie schodzenia po udanym polowaniu, często też przy świetle latarek, łowcę trzymają tylko radość i adrenalina, bo mięśnie już dawno powiedziały dość.

Łowy na kozice w Słowenii w obwodzie, w którym my polowaliśmy, jest bardzo trudne, wymaga przygotowania fizycznego i strzeleckiego. Jednak to doskonałe wyzwanie dla każdego sprawnego myśliwego. Nie ma nic piękniejszego, niż pokonać swoje bariery w tak cudownym otoczeniu gór, u boku prawdziwych fachowców i we wspaniałej atmosferze. Powiem nawet, że trofeum nawet czteroletniej kozicy znaczy dla myśliwego więcej niż złotomedalowy byk strzelony z ambony gdzieś w burakach. Bo za każdym razem, gdy spogląda się na haki, z dumą można wspominać pot wylany na górskim szlaku i poświęcenie, jakie kosztowało nas to polowanie.

Jakub Piasecki

 

PS Nasz podprowadzający był prawdziwym górskim harpaganem. Z kozicą przypiętą do plecaka i bronią na ramieniu okazał się szybszy od nas. Na koniec powiedział nam, że jeszcze nikt nie wytrzymał z nim trzech pełnych dni polowania. Może chcesz podjąć wyzwanie?

 

Czytaj więcej