Ocena wieku oryksa

Niedawno w mediach społecznościowych znalazło się zdjęcie potężnego oryksa, który rzekomo bije dotychczasowy rekord świata o pół cala. Poza wymiarami wskazującymi na 50 cali oraz zdjęciem kolosalnego zwierza nie pojawiła się żadna informacja o miejscu strzelenia. Nie trzeba tłumaczyć, że w sieci zawrzało. Fachowcy dopatrują się profesjonalnie przygotowanego fake newsa, do którego powstania posłużył Photoshop (może o tym świadczyć to, że zamieszczono tylko jedno zdjęcie strzelonego zwierzęcia). Przy tej wywiązała się dyskusja na temat tego, czy krowy oryksa podlegają wycenie do księgi rekordów tak samo jak byki. Jak nam wiadomo, samce charakteryzują się krótszym i masywniejszym trofeum, natomiast samice mają chudsze i dużo dłuższe urożenie. Trudno powiedzieć, czy nowy rekord to tylko fake news czy niebawem myśliwy odkryje wszystkie karty i niedowiarkom czapki staną na sztorc. W związku z całym tym zamieszaniem pomyślałem, że warto napisać kilka słów o tym, jak w buszu rozpoznać wiek oryksa – bo gdy już go strzelimy, na pewno wszyscy nas zapewnią o tym, że jest wyjątkowo stary.

Podobnie jak w przypadku innych antylop konia z rzędem temu, kto potrafi ocenić wiek tego gatunku co do roku. W praktyce do realizacji selekcji i planów łowieckich poszczególne osobniki klasyfikuje się do następujących grup: młode, w średnim wieku, dojrzałe oraz stare.

Wiek młodych oryksów (od 1 do 4 lat) możemy bez żadnego problemu określić co do roku. Przebywają one zawsze w otoczeniu stada krów. Roczne i półtoraroczne osobniki ciągle są na mleku matki, a urożenie dopiero zaczyna się zawiązywać. Ten przedział wiekowy cechują znacznie mniejsza masa tuszy oraz charakterystyczny błysk rogów – świeża kość rogowa zdaje się błyszczeć w słońcu i z bliska wygląda na pokrytą białą, jakby mechatą tkanką, zwłaszcza u nasady rogów.

Oryksy w średnim wieku, czyli między 5 a 8 lat, zwykle przebywają w jednolitych wiekowo grupach. Krowy w takim wieku (a czasem już od 3. roku życia) przystępują do rozrodu, więc siłą rzeczy zaczynają dołączać do stad krów z młodymi. Żeńskie stada są zawsze najliczniejszymi grupami oryksów, jakie spotkamy w obwodzie łowieckim. Byki w średnim wieku zazwyczaj przemieszczają się oddzielnie, w stadach liczących po kilka–kilkanaście osobników. Czasem bywa, że trzymają się niedaleko żeńskiej chmary, lecz zawsze z dystansem, ponieważ krowy z cielakami nie tolerują obecności byczków w średnim wieku. Oczywiście, jak to w naturze, zawsze znajdziemy odstępstwo od każdej reguły, które może być podyktowane np. presją łowiecką lub obecnością drapieżnika. Gdy przyjrzymy się osobnikom w średnim wieku, zobaczymy wyraźną rozbieżność w sylwetce byka i krowy (dojrzewanie płciowe u samców powoduje wzmocnienie frontu sylwetki podobnie jak u byka jelenia). Wprawne oko zauważy również widoczną różnicę między masywniejszym urożeniem byka a dłuższym i cieńszym urożeniem krowy. Rozpoznawanie tego jest bardzo istotną kwestią dla wszystkich podprowadzających na sawannie, ponieważ oryksy naturalnie zajmują półpustynie i sawannę trawiastą, w której zwierzę często nie daje się podejrzeć od pasa w dół. W tym przedziale wiekowym na rogach występują fladry – białe fragmenty tkanki w zagłębieniach karbowanej części rogu, czyli pozostałości po jego intensywnym wzroście. Obecność fladrów jest czymś, co od razu rzuca się w oczy z bliższej odległości i pozwala odróżnić osobnika młodego oraz w średnim wieku od dojrzałego.

Oryksy w wieku 8–11 lat to zwierzęta w pełni dojrzałe, intensywnie przystępujące do rozrodu oraz potyczek o dominację nad resztą stada. Takie byki przeważnie przemieszczają się oddzielnie i nie tolerują młodszych osobników. Wyjątkiem są żeńskie stada. Byki dołączają do nich w momencie, gdy krowy wchodzą w gotowość rozrodczą. Sytuację nieco komplikuje to, że okres rozrodczy oryksów trwa właściwie cały rok, a krowa, która wyda na świat potomstwo, automatycznie wkracza w okres gotowości do rozrodu. Samice tego gatunku reprodukują w zasadzie do końca życia, dlatego ich selekcja ma niezwykle istotne znaczenie, gdyż cielę bardzo starego osobnika jest słabe i niezdolne do przetrwania suszy. W przypadku polowania na byka oryksa to ważne, by bacznie obserwować żeńskie stado, bo prawie zawsze gdzieś w okolicy znajduje się stadny byk. Osobniki w tym przedziale wiekowym mają największe tusze, a zwłaszcza samce, które samotnie przemierzając sawannę, stają się jej prawdziwą ozdobą. Rogi dojrzałych osobników są gładkie, ich karbowana część zaś – pozbawiona fladrów. W tym okresie najintensywniejszych walk między bykami o prawo do rozrodu i między krowami o dominację w grupie często urożenie ulega uszkodzeniu (złamaniu).

Osobniki stare, czyli powyżej 11 lat, to przeważnie samotniki. Czasem stare krowy przewodzą żeńskim stadom, ale tylko do momentu, kiedy jeszcze mogą wygrać walkę z młodszymi. Stare byki zawsze wędrują same i przywiązują się do szczególnie lubianych ostoi. Stary oryks ma stosunkowo małą tuszę oraz nieproporcjonalnie długie urożenie. U takich osobników pierwsze 20 cm rogu staje się gładkie – karbowana struktura się wygładza przez coraz mniejsze przyrosty. Ponadto rogi, które towarzyszą zwierzęciu przez kilkanaście lat, ulegają naturalnemu zużyciu, tzw. wyświechtaniu. U bardzo starych oryksów u nasady rogu pojawia się wrost pokrywy rogowej w kość. Wówczas nawet po ugotowaniu czaszki występuje trudność ze zdjęciem pokrywy rogowej (jednak dla każdego profesjonalnego preparatora to żaden problem).

Wszystkich wybierających się na Czarny Ląd zachęcam do podjęcia rękawicy i zapolowania na ten gatunek. Łowy wbrew pozorom nie należą do prostych, choć oryksy stanowią ozdobę większości łowisk krajów Afryki Południowej. Trudność wynika z tego, że jest to zwierzę bardzo czujne, niewybaczające błędów przy podchodzie oraz wymagające aktywnego podchodu (oryksy charakteryzują się wyjątkową odpornością na brak wody i pożywienia, dlatego rzadko opuszczają ulubione fragmenty sawanny). Jednak takie polowanie przynosi emocje i daje wielką satysfakcję myśliwemu – tym większą, jeżeli wie, że pozyskany przez niego osobnik był rzeczywiście stary.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Wspomnienie pierwszej Afryki

Zawsze przed wylotem do Afryki bierze mnie na wspominki o poprzednich wyjazdach. Tym razem jednak odgrzebałem na swoim komputerze mocno zakurzony folder ze zdjęciami z okresu na długo przed tym, jak z moją żoną Pauliną siedzieliśmy przez rok w Namibii. Ten folder, tak jak wiele spisanych historii, czeka na większe dzieło, które może nigdy nie powstanie.

Był taki czas, kiedy młody chłopak niemający najmniejszego pojęcia o polowaniu w Afryce pojechał tam na cztery miesiące. Pamiętam jak dziś, że zgubiłem się na lotnisku we Frankfurcie, że zdziwiło mnie darmowe wino na pokładzie Air Namibia i że na lotnisku w Windhuk odnalazł mnie Horsti ze słowami: „To ty masz być tym Polakiem, który zbuduje nam ambony na farmie?!”. Pamiętam też grymas Paulusa, gdy się dowiedział, że ma mnie nauczyć tropienia i polowania w afrykańskim stylu. Pamiętam uczucie towarzyszące temu, że każdy dzień był całkiem nieprzewidywalny. Czułem się niczym Kolumb, odkrywając nowe gatunki zamieszkujące sawannę. Na samą myśl o tamtych dniach czuję dym pieczonych nad ogniem żeberek z owcy (tradycyjne namibijskie danie) i czuję smak piwa Windhoek Lager przy rozmowach do późnych godzin nocnych. Pamiętam pierwsze strzelone antylopy i moment pozyskania pierwszego elanda – w tamtej chwili chyba bezpowrotnie zatraciłem się w afrykańskich łowach. Polowanie na elanda nie tylko dostarczyło mi wspomnień, lecz także na zawsze zupełnie zmieniło moje podejście do łowiectwa. Trudno to wytłumaczyć, ale w moim przypadku klikające racice ongarangombe odbiły się mocno na myśliwskiej duszy.

Za każdym razem, gdy lecę do Namibii, podświadomie tęsknię do tej dawnej, pierwszej Afryki – wolnej od myśliwskiego marketingu, sprzedaży polowań, wygód, drogich samochodów itp. Stary mauser 375 H&H na plecy, radio na pasek, butelka wody w kieszeń, jeszcze spory łyk czarnej, fusiastej kawy i w drogę – dopóki starczy sił, dopóki nie uda się podejść stada, dopóki wielkie, czerwone słońce nie przykryje dzikiej sawanny, przez wysokie trawy, ciernisty busz, z potem na skroni i radością w sercu, z satysfakcją i wszechogarniającą wolnością – to jest moja Afryka, mój Czarny Ląd ze wspomnień pierwszego pobytu, który mnie zmienił i ukształtował.

Było – minęło, cytując bohatera filmu „Pieniądze to nie wszystko”. Po drodze odbyłem bardzo dużo tych podróży do Afryki, ale pierwsza nigdy się nie powtórzyła i nie powtórzy. Mojej tęsknocie towarzyszy również radość, bo uwierzcie mi – mam co wspominać. Współczuje wszystkim, których wsadzono do mydlanej bańki, potocznie nazywanej safari, kazano im strzelać w otoczeniu płotów, realizować plany, pakiety i cieszyć się, że jest tanio. Całe szczęście nie muszę pamiętać takiej Afryki.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

To jest Namibia – tu się poluje!

Chyba każdego z nas doprowadza do irytacji wszędzie widoczna nagonka medialna na myśliwych oraz wydarzenia związane ze zmianami prawa łowieckiego. Co tydzień coraz to bardziej kontrowersyjne i oderwane od rzeczywistości projekty zostają poddane pod dyskusję, za którą nawet mediom trudno nadążyć. Gdzieś na górze toczy się rywalizacja polityczna. Wciągnięto do niej nas, myśliwych, bez naszej zgody. Najsmutniejsze jest to, że słów rzemieślników w tej dziedzinie nikt nie słucha. Okazuje się, że politycy, aktorzy i celebryci wiedzą na temat przyrody więcej niż leśnicy i myśliwi. W rezultacie to ludzie stojący z boku, niemający pojęcia o łowiectwie, próbują nam mówić, jak mamy wykonywać polowanie. W tym wszystkim nawet ślepy zobaczy i głuchy usłyszy, że w tle tej walki znajdują się pieniądze i władza, a nie unikatowa przyroda. Lękiem napawa to, że gdy przetrwamy tę batalię polityczną, którą górnolotnie nazywa się „o dobro przyrody”, za jakiś czas przyjdą nowi i w ramach zemsty na poprzednikach znowu wywrócą wszystko do góry nogami.

W kontrze do tego postawmy – jak się często mówi – „zacofaną” Afrykę, a zwłaszcza jej południową część. Po medialnej awanturze dotyczącej słynnego lwa Cecila i żyrafy strzelonej przez amerykańską dianę na świecie zawrzało. Ekolodzy z państw oddalonych o tysiące kilometrów od Afryki podważyli sensowność tamtejszych łowów, przez co kraje Afryki Południowej jeden po drugim jak domino zaczęły zakazywać komercyjnych polowań na swoim terytorium. Oczy myśliwych z całego świata zwróciły się w kierunku RPA i Namibii, które nie poszły z tym ekologicznym trendem. Radością i dumą napawa oficjalne stanowisko Namibii przedstawione w tym czasie przez prezydenta kraju oraz przewodniczącego Namibijskiego Stowarzyszenia Profesjonalnych Myśliwych (NAPHA). Zwracają oni uwagę, że polowanie, które przybierało różne formy na przestrzeni lat, to nieodzowny element kultury tego państwa. W telegraficznym skrócie odpowiedź Namibii skierowana do przeciwników myślistwa brzmi: to jest Namibia – tu się polowało, poluje i będzie polować. Koniec dyskusji.

Jednocześnie to właśnie Namibia może się pochwalić najbardziej ekskluzywnymi i najdroższymi łowami na świecie na nosorożca czarnego. Środowisko pseudoekologów jest oburzone, jak w dobie sponsorowanego z Dalekiego Wschodu kłusownictwa na ten gatunek można na niego komercyjnie polować. Okazuje się, że raz na kilka lat rząd Namibii organizuje łowy na starego samca, który i tak, i tak by niebawem zdechł. Wpływy z tego polowania są tak kolosalne, że wystarcza na wprowadzanie coraz to nowych programów ochrony tego gatunku. Co ciekawe, kraje Afryki Południowej, które zrezygnowały z polowań komercyjnych, powoli starają się wrócić do starej praktyki. Okazuje się, że tam, gdzie polowania nie uregulowano jasnym i przejrzystym prawem, szybko rozwija się kłusownictwo i pojawia szereg problemów z nim związanych.

Wracając do kraju – problemy z wilkami, sztucznie podtrzymywane moratorium na łosia, ciągłe tłumaczenie się przed społeczeństwem z bycia myśliwym, opluwanie i szykany ze strony ludzi niepotrafiących odróżnić sarny od jelenia… A wystarczyłoby zostawić łowiectwo ludziom, którzy się na tym znają. Tu jest Polska – tu się polowało, jeszcze poluje i może w przyszłości będzie polować…

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Pancerny oryks

Wiosna już zagościła w Namibii na dobre. Z dnia na dzień jest coraz goręcej, w nocy również nie da się spać. Nagrzane afrykańskim słońcem betonowo-kamienne ściany naszego domu oddają ciepło po zmroku tak, że czujemy się jak w piekarniku.

Myśliwskie serce tym mocniej wyrywało się do buszu na polowanie. Tym bardziej czuło zew przygody w letniej aurze. Postanowiliśmy z Kubą dopiąć wszystkie obowiązki z danego dnia i najpóźniej o 16 ruszyć na łowy (w tym czasie zachód następuje dopiero ok. 19). Tak też zrobiliśmy: o 15.50 byliśmy gotowi do wyjazdu ze sztucerami, podpórką, lornetkami i zapasem wody. Zostawiliśmy samochód w gęstwinie akacji i ruszyliśmy marszem. Lejący się z nieba żar już po pół godzinie naszego podchodzenia zamienił się w strugi potu lejące się po głowie. A dookoła ani jednego świeżego śladu antylop, żadnego ruchu, powietrze także stało. Podeszliśmy jeszcze kawałek do miejsca, gdzie dawniej wykładano sól i minerały, a teraz zwierzyna ciągle lubi tam przychodzić. Postanowiliśmy zostać do wieczora. Korzystając z względnie wczesnej pory, zaczęliśmy budować naszą czatownię. Całą konstrukcję zrobiliśmy z ciernistych akacji, a od zewnętrznej strony uzupełniliśmy ją trawami i gałęziami z bardzo aromatycznego krzewu camphor bush (łac. Tarchonanthus camphoratus), który skutecznie eliminuje zapach człowieka i jest powszechnie wykorzystywany przez tutejszych przy podchodzeniu zwierzyny. Oczyściliśmy wnętrze naszej kryjówki z cierni i przysiedliśmy na ziemi w oczekiwaniu na jakiś ruch. Mija pół godziny i nic, godzina, a tu nadal nawet mucha nie przelatuje. Jako że myśliwska cierpliwość nie ma granic, trwamy w bezruchu i czekamy dalej. Słońce wędruje coraz niżej ku zachodowi, w końcu chowa się za horyzontem, a przy naszej skrytce wciąż żadnego poruszenia. Na farmie rzadko się zdarza, by wyjechać do buszu i nie napotkać żadnych zwierząt, jednak tym razem właśnie tak było. Można by się delektować tą ciszą sawanny bez końca. Ponieważ nie najlepiej widzę po zmroku, a już zaczęła się robić szarówka, uznałam, że poczekamy jeszcze z pół godzinki i się zbieramy. Aż tu nagle słyszymy trzask. Pod spokojnym i ostrożnym krokiem gałęzie łamią się jedna po drugiej. W następnej chwili pojawia się oryks, samiec w średnim wieku. Po ocenie długości obydwu rogów Kuba mówi: „Droga wolna, jest selekcyjny”. Układam się do strzału, ale w lunecie już niewiele widać. Po kilku minutach celowania ostatecznie łapię łopatkę w krzyżu i pociągam za spust. Od samego początku widzę, że jego reakcja jest niestandardowa, tzn. nie taka, z jaką do tej pory się spotykałam. Oryks kładzie się w miejscu strzału, lecz zauważam, że ciągle oddycha. Czekamy chwilę w naszej czatowni, ale sytuacja się nie zmienia. Szybko analizuję, gdzie mogła trafić kula. Płuca? Serce? Nie, po takim strzale oryks na pewno by gwałtownie się zerwał i pognał w busz. Żołądek? Tym bardziej nie – usłyszelibyśmy głośne echo uderzenia pocisku, a zwierz również nie zostałby na miejscu. Jedyne, co zostaje, to strzał na „puste” albo kręgosłup. Samiec nie jest w stanie się podnieść, czyli to na pewno kręgosłup. Podchodzimy spokojnie, krok za krokiem w mroku nocy, by nie zestresować oryksa. Ta antylopa, kiedy jest ranna, potrafi być szalenie niebezpieczna. To bardzo wytrzymałe zwierzę, nawet przy poprawnym strzale wystarczy chwila nieuwagi i dwa ostre jak szpikulce rogi mogą pozbawić łowcę kolejnych myśliwskich przygód. Kuba ostrożnie się zbliża ze sztucerem przygotowanym do strzału i dokładnie ogląda miejsce uderzenia kuli. Po chwili odwraca się do mnie i oddaje broń. Ostrożnie łapie ofiarę za rogi, a następnie jednym pewnym ruchem ręki przecina tętnicę szyjną. Na takie zachowanie można sobie pozwolić, gdy jest się naprawdę doświadczonym myśliwym. Ranne zwierzę powinno się dostrzelić, jednak mój mąż zawsze na wszystko ma swój sposób.

Czekamy jeszcze 20 minut, aż opadnie adrenalina, i ruszamy po samochód. To wydarzenie nauczyło mnie, jak niezwykle niebezpieczne bywa polowanie. W przypadku rannego zwierzęcia łowca musi wiedzieć, jak się zachować. Nagle się okazuje, że jeden nieprzemyślany ruch może pozbawić go życia. Poza tym już wiem, jak ważny jest trening strzelecki.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Niespodzianka

Przez ostatni nawał pracy związany z realizowanymi projektami oraz koniecznością codziennego przemierzania kilometrów w buszu ze sprayem w ręku niespecjalnie miałam czas i siły, aby po tym wszystkim jechać jeszcze na polowanie. W dodatku ten dzień był pełen przygód od samego rana. Po całonocnej ulewie niebo zaczęło się rozpogadzać dopiero o świcie. O 7.00 udałam się samochodem do buszu znaczyć nowe drogi. Dotarłam na miejsce, zarzuciłam plecak na plecy, chwyciłam GPS oraz spray i ruszyłam przed siebie. Po godzinie przedzierania się przez gęste krzewy wyszłam na główną drogę, po czym wróciłam po auto. Już po kilku sekundach na śladach po moich butach zauważyłam tropy dwóch lampartów. Zlał mnie zimny pot i serce zaczęło mi mocniej bić. Mimo świadomości, że lampart to bardzo skryte zwierzę, które bez powodu nie wchodzi w drogę człowiekowi, i tak trudno mi było zachować racjonalne myślenie. Ciągle miałam bowiem przed oczami obraz tego groźnego kota, z jakim się spotkałam już czwartego dnia w Kambaku. Biegłam do samochodu i wołałam Kubę przez radio. Niestety bez odzewu.

Gdy wreszcie dotarłam do Cruisera, zaczęłam zbierać myśli, żeby ochłonąć. Po 20 minutach postanowiłam kontynuować pracę w innym miejscu. Lecz tu czekała mnie następna niemiła niespodzianka – otóż droga tak rozmiękła po deszczu, że wpadłam samochodem w koleiny i utknęłam w gliniastym błocie. „No pięknie!…” – myślę sobie. „Jestem otoczona przez dwa lamparty, Kuba nie odpowiada przez radio, a ja nie mogę się ruszyć, bo wysiadła blokada mostów”.

Rozglądam się wokoło i jedynym ratunkiem okazuje się oddalone o 15 m drzewo Camel thorn. Podłączam wyciągarkę i rozwijam linę, której wystarczyło praktycznie na styk. Powoli i ostrożnie wyciągam auto, ale cały czas jednym okiem kontroluję teren na wypadek wizyty drapieżników. Ufff… Udało się. Zwijam linę, kabel i ruszam dalej.

Po pełnym wrażeń dniu wracam do domu i za namową Kuby wybieramy się razem na polowanie. Mamy okres przedświąteczny, więc mięso jest bardzo potrzebne, zwłaszcza z młodych guźców. Odwiedziliśmy parę miejsc, gdzie zwykle je widywaliśmy, ale bez efektu. Po kilku ostatnich deszczowych dniach woda stoi praktycznie wszędzie w buszu, a trawa rośnie jak szalona, więc zwierzęta nie są tak aktywne jak wcześniej. Wszędzie mają pod dostatkiem pożywienia. Mimo to postanowiliśmy spróbować coś upolować.

Teren, dokąd się udaliśmy, okazał się bardzo oblegany przez wszystkie antylopy z powodu dużej ilości świeżych traw. Spotykamy dwie spore grupy impali i pojedyncze byki gnu. Niestety guźców, jak na złość, ni widu, ni słychu. Nagle przed moimi oczami wyrastają dwa oryksy. Trącam Kubę, żeby zwrócić jego uwagę, po czym padamy na ziemię. Po szybkiej ocenie sytuacji Kuba rzuca hasło „strzelaj”, więc wstaję ze sztucerem, spoglądam w lunetę i pociągam za spust. Antylopa kładzie się w ogniu. Strzał został oddany z odległości 20 m, a zatem musiał być skuteczny. To pierwszy upolowany przeze mnie oryks.

Po dzisiejszych przygodach kolejny raz uświadamiam sobie, że życie jest pełne niespodzianek, a zwłaszcza tutaj, w Namibii, gdzie funkcjonujemy jako część dzikiego świata przyrody. Nawet kiedy człowiek zaplanuje sobie coś w najdrobniejszych detalach, to zawsze trafia się coś nieoczekiwanego, na co nie jest kompletnie przygotowany i musi błyskawicznie reagować.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Quad na polowaniu

Słyszałem wiele historii o tym, jak myśliwi używają quadów do ściągania zwierzyny z łowiska. Jednak w Kambaku pierwszy raz spotkałem się z doskonałym przystosowaniem tego typu pojazdu do celów myśliwskich.

Tutaj rzadko pada deszcz, ale jeżeli już zacznie, to leje jak z cebra przez kilkanaście godzin non stop. Czerwona, na co dzień wyschnięta i stwardniała afrykańska ziemia po zmoczeniu przypomina czystą glinę. Mija sporo czasu, zanim nasączy się wodą, lecz kiedy to nastąpi, mamy problem w drugą stronę. Doba nieustannego, silnego deszczu zmienia suchy, surowy krajobraz sawanny w jedno wielkie jezioro. Każda droga staje się gliniastym, trudnym do pokonania bagnem. Co prawda samochód, którego używam na co dzień, jest – można by rzec – przygotowany na takie sytuacje: silnik 4,5 l, opony Goodrich Mud Terrain, blokady mostów itd. Jednak w tych warunkach nawet toyota nie radzi sobie najlepiej, a spalanie wzrasta do 35 l ropy.

Na takie sytuacje mamy na farmie quad 4×4 przystosowany pod kątem myśliwskim. Początkowo podchodziłem do tego pojazdu sceptycznie. Quady kojarzyły mi się bowiem ze „wściekłymi” dorastającymi chłopcami, którzy w lesie ryją tymi maszynami wszystkie drogi. „Jak to? Myśliwy na quadzie? Parodia czy co?” – zastanawiałem się. Ale pierwsze polowanie po deszczu sprawiło, że zmieniłem zdanie. Mały, zwrotny, lekki czterokołowiec ominie każde błoto i wjedzie po zwierzynę nawet w najgorszy teren. Z przodu ma gruby pokrowiec na sztucer, resztę akcesoriów pakuje się do plecaka i – jak to mówią żeglarze – heja!

Los chciał, że przetestowałem tę maszynę pod każdym łowieckim względem. Otóż udało mi się podejść całkiem niezłego byka oryksa (wielkości jelenia). Po strzale zwierz padł po kilkudziesięciu metrach. Podjechałem quadem pod samą tuszę, która bez problemu zmieściła się na niedużej jednoosiowej przyczepce wyposażonej w ręczną wciągarkę. Wróciłem do domu mile zaskoczony – nie tylko dlatego, że strzeliłem oryksa (trudne, niesamowicie wyczerpujące polowanie dające ogromną satysfakcję), lecz głównie dzięki wrażeniom, jakie zrobił na mnie nasz myśliwski quad.

Czasem człowiek niepotrzebnie uprzedza się do różnych rzeczy. A przecież nawet najgłupsze narzędzie w odpowiednich rękach staje się bardzo przydatne.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Pechowy oryks

To był bardzo upalny dzień. Przed południem wytyczyliśmy spory kawałek nowej drogi w buszu, który wykarczowaliśmy z Paulusem. Robota, choć ciężka, była udana, lecz wycieńczyła nas doszczętnie. Paulina stwierdziła, że nie ma już siły, by jechać na polowanie. Ja nie przepuszczę żadnej okazji, ale ponieważ też czułem się bardzo zmęczony, postanowiłem przyczaić się w buszu daleko na południu farmy, gdzie wieczorem na żer wychodzi sporo antylop. To takie piękne miejsce przypominające książkową sawannę. Sam widok cieszy serce każdego łowcy oraz pozwala odnaleźć ciszę i spokój pośród kłębiących się w głowie myśli. Żadnego gęstego buszu, tylko wysokie trawy i wielkie parasolowate drzewa zwane camelthorn i basset camelthorn. Polowanie zaczęło się wspaniale. Po drodze spotkałem żyrafy przy wodopoju dla ptaków, a gdy przyczaiłem się na miejscu, po kilkunastu minutach niedaleko mnie przeszło stado zebr, robiąc sporo hałasu.

Gdy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, dostrzegłem między trawami długie spiczaste rogi oryksa. Powoli przygotowałem się do strzału. Oryks jest bardzo czujną antylopą, więc polowanie z podchodu na ten gatunek to nieustanne czołganie i przesmykiwanie między gałęziami na klęczkach. Kiedy oryks zobaczy ruch w buszu, to nie odpuści – cały czas bystro strzyże okolice i gdy zauważy kolejny ruch, gwałtownie ucieka bez zatrzymania. Tym razem miałem ułatwioną sytuację, bo zwierzęta przyszły do mnie, co pozwoliło mi na przygotowanie się do strzału w dogodnej pozie. Na dystans 60 m wysunęły się cztery oryksy. Wybrałem bardzo starą nieciężarną krowę i strzeliłem. Samica poszła 30 m, czyli niemal została w ogniu, (co się u tego gatunku niezwykle rzadko zdarza).

W tej chwili nastąpił szybki zwrot akcji. Obróciłem głowę i zobaczyłem kłębiące się za mną chmury. Błysnęło i zagrzmiało. Trzeba dodać, że na sawannie pogoda potrafi się niepostrzeżenie zmienić w ciągu 10 min z czystego nieba na deszczowe kołtuny. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co człowieka spotka. Czasem z gęstych chmur spadnie 10 kropel deszczu, a czasem w kilka minut nadciąga gwałtowna burza z piorunami. Tak było również teraz.

Rzuciłem się biegiem do samochodu, by jak najszybciej załadować oryksa i uciec z pola rażenia piorunów. Auto zostawiłem ok. 1 km od miejsca strzału. Gdy spocony i zdyszany wpadłem do zazwyczaj niezawodnego samochodu, pioruny tłukły dokoła jak szalone. A tu, jak to mówią, „klops”: brak ładowania. Sprawdzam akumulator, pukam w rozrusznik – nic, nie ma zasilania. Chwytam za krótkofalówkę i próbuję wywołać pomoc z Kambaku. Niestety bezskutecznie. Chowam się do auta, zrezygnowany i bardzo wystraszony, bo wokoło mnie sadzą pioruny, ani kropli deszczu, same błyskawice i grzmoty.

Tutejsze burze mocno różnią się od naszych europejskich. Teren jest płaski, widać na bardzo daleko, chmury niemal wiszą nad sawanną, a pioruny ich nie przebijają i nie rozdzielają na niebie, tylko walą prostopadle w ziemię jak wielkie, grube pale żarzące się białym światłem. To piękny, ale też niesamowicie straszny widok. Grzmoty są bardzo głośne. Przypominają raczej huk wystrzału, a nie rozdzierający niebo grzmot. Byłem sam, daleko od domu i znikąd pomocy. Człowiek przeróżnie reaguje na takie sytuacje – ja zacząłem się modlić.

Po pół godzinie odezwała się pomoc z Kambaku. Po części skórę uratowała mi Paulina, która zaniepokojona tym, że długo nie wracam, wszczęła alarm. Gdy afrykańscy przyjaciele zobaczyli, co się dzieje na południu na niebie, momentalnie złapali za radio. Odsiecz przyszła błyskawicznie. Wspólnie ściągnęliśmy samochód i starego oryksa do bazy. Problemem okazała się zwykła awaria bezpiecznika, można by rzec, że pierdoła, ale nieźle najadłem się przez nią strachu. Na szczęście dotarliśmy wszyscy na farmę cało i zdrowo.

Człowiek w sytuacjach stresowych nie myśli o robieniu zdjęć, jednak gdy tylko będę miał okazję oglądać afrykańską burzą z bezpiecznego miejsca, spróbuję uwiecznić to zjawisko na fotografiach. Jest na co popatrzeć.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Niesamowity początek

To był nasz trzeci dzień pracy w buszu. Przygotowywaliśmy z Pauliną inwentaryzację wszystkich dróg farmy. Dochodziła godz. 17.30, kiedy wracaliśmy samochodem do domu. Nagle – niesłychane spotkanie! Wjechaliśmy zza zakrętu prosto na olbrzymiego lamparta, który siedział na dopiero co upolowanym strusiu. Zdążyłem jedynie krzyknąć do żony: „Patrz, lampart!”. W tym samym czasie wielki drapieżnik przeszył drogę tuż przed maską naszego auta. Niesamowity fart. Ostatnio, gdy byłem na farmie trzy miesiące, widziałem tego niezwykle skrytego i inteligentnego zwierza tylko raz, a tu trzecia wycieczka do buszu i spotkanie oko w oko z bardzo bliska. Chciałem zatrzymać się na chwilę przy dogorywającym strusiu, ale moja żona była trochę przerażona po tej przygodzie, więc pojechaliśmy dalej.

Po powrocie na farmę dostałem od szefa zlecenie – do kuchni pilnie potrzebny jest jednoroczny oryks. Następnego dnia bardzo rano wybrałem się w znane mi miejsce, gdzie często spotykałem te antylopy. Tak było i tym razem. Udało mi się podejść całe stado, do wyboru do koloru. Padło na rocznego samca. Gdy załadowałem zwierza na samochód, w głowie kłębiły mi się różne myśli: jechać najprostszą drogą, żeby szybko uporać się ze skórowaniem, czy może sprawdzić, jak wygląda po nocy struś upolowany przez lamparta? Ciekawość wygrała. Jednak gdy dotarłem na miejsce, po strusiu nie było śladu, za to spotkałem Zandre i Horsta – myśliwych z farmy. Powodem ich wizyty był ranny byk impali, którego robotnicy widzieli z rana ze strużką krwi ściekającej z karku. Przyłączyłem się do poszukiwań, by jak najszybciej ulżyć zwierzęciu w cierpieniach, ponieważ myśliwi nie mogli go znaleźć. Przemierzając z Zandre busz w miejscu, gdzie ostatni raz widziano ranne zwierzę, fartownie natknęliśmy się na stado impali. Jednak wszystkie osobniki były zdrowe. Nieoczekiwanie zza krzaczastej akacji wysunął się byk z zaczerwienionym karkiem. Cała akcja trwała moment. Zandre krzyknął: „This one!”. Samiec zaczął odchodzić. Rzuciłem sztucer na pastorał. Jedno spojrzenie. Strzał. Leży. Myśleliśmy, że ranę zadał inny byk podczas walki o samice, ale okazało się, że impala została poharatana przez pazury i kły lamparta. Jakimś cudem udało jej się wymknąć, lecz rany były na tyle ciężkie, że bardzo osłabiły zwierzę. Moja pierwsza impala w życiu – i to w dodatku takie piękne trofeum.

Gdy wracaliśmy, cały czas w duchu dziękowałem lampartowi i swojej ciekawości, przez którą wybrałem dłuższą drogę do domu.

Jakub i Paulina Piaseccy

Czytaj więcej