Krótkie przemyślenie na temat kudu

Kiedy my walczyliśmy z rogaczami na początku sezonu, w Kambaku zdarzyła się niecodzienna rzecz. Padło rekordowe w historii farmy kudu. Co więcej, dumą napawa to, że strzelone przez polskiego myśliwego na emocjonujących łowach. To jest najpiękniejsze w afrykańskim polowaniu – kiedy myśliwy wychodzi bez ciśnienia i bierze, czym go busz obdarzy, ten często obdarza go ponad miarę. Jak powszechnie wiadomo, ten blog nie dotyczy rekordowych trofeów i trofeistyki jako takiej. Jednak serce się raduje, gdy królewskie zwierzęta zostają strzelone w królewskim stylu. Co ciekawe, nikt nie planował przed wyjazdem takiego obrotu spraw. Być może dzięki temu początek sezonu na sawannie przebiega zdecydowanie pod znakiem biało-czerwonej flagi.

Wieści o pokocie na drugim końcu świata wywołały u mnie falę przemyśleń. Pisałem tutaj dawniej o problemie kudu w Namibii. Ten gatunek cierpi na wściekliznę, która dziesiątkuje go podczas suchych lat. Tej niesłychanie majestatycznej, pięknej, pełnej gracji antylopy szczególnie poszukują myśliwi. I to kwestia nie tylko masywnego, niepowtarzalnego urożenia, lecz także łowieckiego wyzwania, ponieważ nazywane królem buszu kudu należy do gatunków trudniejszych w podchodzie. Problemy z wścieklizną sprawiają, że jego pogłowie utrzymuje się na stałym niskim poziomie. Oczywiście pomijając farmy w pogoni za łatwym pieniądzem co roku zasiedlane już dojrzałymi osobnikami, właściwie idącymi prosto pod lufy spragnionych myśliwych. Smutne, ale prawdziwe. Jako dowód tych słów można podać oferty głównie z RPA, w których odstrzał trofealnej sztuki wliczono w i tak zaniżoną cenę. Rzecz jasna nie chcę skreślić łowiecko całego kraju, ponieważ część obwodów – zwłaszcza tych położonych w prowincji Limpopo – jest godna polecenia. Lecz niech cena i gwarancja stanowią przestrogę dla każdego, kto szuka przygody. Po pierwsze, jak ktoś obiecuje kudu na 100%, oznacza to, że ma wydzielony kamp i sukcesywnie uzupełnia tam stan hodowlanych samców. Po drugie, jeżeli polowanie na konkretny gatunek kosztuje taniej o 1/3, to znaczy, że gdzieś tkwi haczyk. Przeważnie niska cena jest podyktowana złą jakością polowania.

Na szczęście daje się zaobserwować koniec pogoni za tanimi ofertami. Myśliwi wolą płacić więcej, ale za porządne polowanie. Tym bardziej że, jak to mówią Namibijczycy, takiego zwierza jak eland czy kudu nie strzela się w byle jaki sposób – królewskie zwierzę wymaga szacunku i królewskiego polowania. Łowca musi pokonać je na gruncie, a okupuje to potem, wytrwałością i mozolną wspinaczką na wyżyny łowieckich możliwości.

Odliczanie dni dobiegło końca – ruszam na kolejne safari do Kambaku! Spragniony buszu i przygód znowu wracam do afrykańskiego domu. Emocje na razie studzą długa, 36-godzinna podróż i przesiadka na lotnisku w Londynie, gdzie obowiązuje alert terrorystyczny. Mam nadzieję, że w Windhuk będzie na nas czekał schłodzony lager, który szybko pozwoli poczuć zew kolejnej przygody.

Trzymajcie za nas kciuki!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Brzydkie kaczątko

Jeszcze dwa miesiące i znów wysiądę szczęśliwy na lotnisku w Windhuk. Że nie mogę się doczekać, to mało powiedziane – zaczęło się odliczanie dni. Po nocach już mi się śnią podchód elandów i bezkres sawanny wolnej od cywilizacji.

Jak donoszą afrykańskie źródła, pora deszczowa w tym sezonie była dla Kambaku bardziej niż obfita. Myśliwi, którzy otwierali sezon na farmie, pod koniec marca mieli trudne zadanie. Mierzyli się nie tylko z wysokimi temperaturami i małą widocznością, lecz także z deszczem i gwałtownymi burzami. Jak mówią, polowanie okazało się niezwykle trudne, ale niezapomniane, bo każdy strzał musieli okupić walką z pogodą i samym sobą. Trawa, która już powoli powinna usychać, jeszcze wegetuje i ciągle ma 60–80 cm wysokości. Jak nietrudno się domyślić, nie dość, że ciężko coś dostrzec, to jeszcze zwierzęta nie wykazują zbytniej aktywności, bo pożywienia i wody wszędzie w bród.

Jednak Paulus – tropiciel z farmy – nie ma sobie równych i nawet wbrew wszystkiemu jego oczy i buszmeński szósty zmysł pozwalają znaleźć zwierzynę w buszu. Łowcy przygód wrócili zadowoleni i pełni satysfakcji. W rozmowie nie ukrywali, czyja to zasługa. Ostatnio, kiedy siedziałem gdzieś pośród niczego i patrzyłem w gwiazdy, pomyślałem o tym, ilu to już myśliwych uszczęśliwił Paulus, ile było takich sytuacji, gdy jak czarodziej pomachał tu i tam ręką niczym różdżką, po czym jakby wyczarował tropy, które zawsze się sprawdziły. Ten człowiek jest, odkąd pamiętam, i nie przypominam sobie, by kiedykolwiek mylił się co do zwierzyny. Właściwie śmiało można rzec, że w pewnym sensie farma to Paulus i jego niezastąpiony zmysł tropiciela.

Leżąc tak całą noc pod rozgwieżdżonym niebem, po raz setny z kolei pytałem sam siebie, właściwie dlaczego wróciłem z Afryki. Miejsce, gdzie tak rozmyślałem pod gwiazdami, nie było przypadkowe. Odwiedzam je każdej wiosny (chyba że siedzę w Afryce). No, bo nie ma w moim grafiku wiosny bez Biebrzy i jej rozlewisk pełnych gęsi. Nie zamierzam się szczególnie rozwodzić nad pięknem tego obszaru, bo każdy, kto tam był, to wie, a kto nie był, niech żałuje. Wiosennym wschodom słońca towarzyszą niepowtarzalne w skali kraju migracje ptactwa, a groble na Narwi i Biebrzy zapełniają się lornetkami i aparatami fotograficznymi.

Nie piszę o tym, by rozwijać temat obserwacji przyrodniczej, ale korzystając z okazji, podzielę się ciekawą historią. W miejscu, w którym nocowałem, okoliczni mieszkańcy w miarę regularnie widują rysia. Zimą co kilka dni upoluje sobie kozę albo koźlaka i co jakiś czas pokaże się na rozległych łąkach. Wiosną te tereny na głębokość kilkudziesięciu centymetrów pokrywa woda, tworząc z nich pełne ptactwa rozlewiska płynącej nieopodal Biebrzy.

Wczesnym rankiem, gdy fotografowałem gęsi, zobaczyłem coś, czego jeszcze nigdy nie byłem świadkiem. Wiodąc lornetką po rozlewisku, zauważyłem dziwną kaczkę z rogami na głowie. Otóż okazało się, że to rogacz, który z impetem jął pokonywać nurt Biebrzy. Zaprzyjaźnieni leśnicy potwierdzili hipotezę, że to zapewne skutek uboczny polowania rysia. Pierwszy raz widziałem sarnę płynącą wpław. Gdzieś kiedyś słyszałem opowieść, ale – powiem szczerze – włożyłem ją między bajki, bo to gatunek nieszczególnie lubiący kąpiele wodne. Pamiętam, że pierwsza rada, którą dostałem jako nieopierzony selekcjoner od doświadczonego nemroda, brzmiała: „Na starego capa ruszaj, kiedy zejdzie rosa”. A tu rogacz po parostki zanurzony w rzece. Co ciekawe, kozioł był tak przestraszony i zdezorientowany sytuacją, że pływał z wyspy na wyspę, szukając rozwiązania. Jego intensywny trening pływacki trwał ok. 40 minut, zanim znalazł wyjście z opresji. Chyba najbardziej zdziwione tym wszystkim były kaczki i gęsi. Zobaczcie sami.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Selekcja po polsku – selekcja po namibijsku

Wiosna to czas na podsumowania i plany. W życiu prywatnym, ale nie tylko. Do niedawna marzec w kalendarzu łowieckim nazywany był pustym miesiącem. Dla myśliwego to czas, kiedy może odespać zimowe, mroźne noce spędzone w łowisku. To również intensywny okres dla zarządów okręgowych, ponieważ sprawdzanie i korygowanie rocznych planów łowieckich przeplata się z komisjami oceny prawidłowości odstrzału byków jeleni. I temu zagadnieniu chciałbym poświęcić swój wpis.

Co roku myśliwi jak do prokuratury udają się przed komisję z bykami pozyskanymi w poprzednim sezonie. Czy potwierdzi ona 6 lat czy nie, czy to 11. rok życia czy może „dziwnie wzięty” 10. rok i ciągle II klasa? Na Mazurach dochodzi jeszcze pytanie, czy uzna 8. rok życia. Ten region ma bowiem „specjalne” kryteria oceny, w których II klasa została dodatkowo rozbita na byki w wieku 6–7 lat oraz 8–10 lat. Zgodnie z zasadami można tam prawidłowo strzelić byka obustronnie koronnego o wadze do 3,5 kg w wieku 6–7 lat oraz do 5,5 kg w wieku 8–10 lat. Trochę to zawiłe, jednak najważniejsza jest bariera 7–8 lat, często subiektywnie oceniana przez komisję. Tutaj pomyłka o jeden rok skutkuje uznaniem odstrzału za prawidłowy albo krytycznie nieprawidłowy. Reasumując, o poprawności odstrzału i wypełnieniu bardziej lub mniej skomplikowanych kryteriów decyduje subiektywna ocena starcia czwartego zęba. No bo kwestia koronności, selekcyjności i masy wieńca na koniec rozbija się o starcie zębów oceniane po strzale.

Stańmy z boku i popatrzmy na to jak normalny niepolujący człowiek. Myśliwi mówią o selekcji, o tym, jak trudna jest to sztuka i jak oszczędzają mocny trzon populacji, z tym że wszystkie te zasady weryfikuje starcie pierwszego trzonowca, oceniane na długo po strzale. Nawet ktoś niepolujący stwierdzi, że coś tu nie gra, bo myśliwy – nawet jakby chciał – nie jest w stanie spojrzeć bykowi w zęby przed strzałem. Pominę tutaj rozpoznawanie po typowych cechach, takich jak kąt pyska, linia grzbietu, szerokość karku i inne, bo każdy, kto poluje dłużej, przyzna mi rację, że wygląd sylwetki jest bardzo mylący, zwłaszcza w dobie ton kukurydzy trafiających do łowisk – ale to dłuższa historia. Wracając do komisji – tylko czekać, aż w kwietniu, maju ukażą się publikacje dowodzące słuszności takich czy innych kryteriów selekcji. Powiem szczerze – nie dość, że mnie to nie przekonuje, to jeszcze w wielu przypadkach wiąże się to z naginaniem rzeczywistości i czystą fikcją, podyktowaną protokołami z OHZ-etów, w których byki się starzeją średnio o 5 lat.

Po tegorocznej ocenie prawidłowości naszły mnie przemyślenia. A co, gdyby podejść do sprawy tak jak Afrykańczycy? Gdyby byki dzieliły się po prostu na selekcyjne i trofealne? Żadnego podziału ze względu na masę wieńca i wiek. Odstrzał selekcyjny obejmowałby wszystkie samce niekoronne i jednostronnie koronne. Natomiast odstrzał trofealny – wszystkie, które myśliwy uważa za trofeum, bez względu na wiek i formę wieńca. Oczami wyobraźni widzę czerwieniejące ze złości twarze zwolenników kryteriów selekcji. Bo przecież jak uchronić trzon populacji w sile wieku? Paradoksalnie może właśnie przy takich prostych zasadach byłby bardziej chroniony niż przy skomplikowanych kryteriach łączących wiek, formę i wagę wieńca. Gdyby łowczy sam decydował o tym, ile w roku wydaje odstrzałów trofealnych, miałby dużo większy wpływ na kształt populacji. Myślę, że bardzo szybko zaowocowałoby to zdrową konkurencją między obwodami, tak jak rywalizują ze sobą obwody w Namibii. W rezultacie populacja jeleni w kole łowieckim stanowiłaby odzwierciedlenie podejścia zarządcy, a nie realizację cyferek z tabelki.

To oczywiście utopia, ale wspaniale byłoby po strzale do byka czuć się jak na safari – zew przygody, adrenalina, emocje. A tak trzeba nerwowo rozcinać skórę na policzku i patrzeć na czwarty ząb. Czasem ten strach przed myśliwską prokuraturą zabiera całe pozytywne odczucia, polowanie zaś staje się wypaczone kryteriami, które teoretycznie powinny ułatwić myśliwym podejmowanie decyzji o strzale.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Na targach Jagd & Hund w Dortmundzie

W Kambaku trwa okres przygotowań do nowego sezonu myśliwskiego, dzięki czemu z częścią afrykańskich przyjaciół udało mi się spotkać przy okazji targów łowieckich w Dortmundzie. Choć okoliczności były typowo europejskie i nowoczesne, to przez chwilę poczułem się jak w domu, bo pracownicy farmy przywieźli Afrykę ze sobą. W Namibii panuje pora deszczowa. Dla Kambaku to rok wyjątkowo obfity w opady. Deszcz ciągle nawiedza tereny farmy, a świeża, zielona trawa ma już ponad 50 cm. To optymistyczna wiadomość po ostatnich bardzo suchych latach.

Farma nieco się zmienia. Postępują prace nad projektem odsłaniania gęstych fragmentów buszu. Ciągle widać eksplozję liczebną elandów. W styczniu–lutym prawie wszystkie gatunki zwierząt zamieszkujących sawannę mają młode, co sprawia, że drapieżniki stają się bardzo aktywne. Lamparty uczą polować swoje młode i niemal każdego dnia myśliwi znajdują tego dowody. Obecnie pracownicy są zajęci poszerzaniem dróg, które w przyszłości zaczną pełnić funkcję barier dla ognia. Jeżeli wyobrazimy sobie, że po sezonie deszczowym wszystko wyschnie na wiór, to zrozumiemy, że niemal metrowe trawy stanowią poważne niebezpieczeństwo w przypadku pożaru.

Teraz kilka słów o targach. W tym roku Jagd & Hund w Dortmundzie odwiedziło przeszło 80 tys. ludzi. Mieli oni do dyspozycji 800 wystawców 38 narodowości z całego świata. Niezmiernie cieszy liczny udział polskich biur polowań. Jak mówią przedstawiciele firm z Polski, są bardzo pozytywnie zaskoczeni dużym zainteresowaniem łowami w naszym kraju. Niemieccy organizatorzy jak zwykle stanęli na wysokości zadania. Impreza przebiegła w spokojnej atmosferze, choć nieco kłopotów komunikacyjnych przysporzył mecz na stadionie Borussii Dortmund.

Pozdrawiamy wszystkich przyjaciół farmy Kambaku, szczególnie tych, którzy odwiedzili nasze stoisko.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Spotkanie

To był wyczerpujący dzień. Poranne wyjście obdarzyło nas stadem gnu, które zdobywaliśmy w pocie czoła. Omulu [gnu w języku oshiwambo – przyp. aut.] spotkaliśmy, gdy schodziły z żerowisk do ostoi. Podążaliśmy za nimi, jednak na strzał ustawiały się tylko prowadzące krowy. Stado było uformowane w charakterystyczny sposób – z zewnątrz szły czujne i doświadczone samice, a cały środek wypełniała beztroska młodzież. To szyk zapewniający obronę przed drapieżnikami, jak się przekonaliśmy – również przed tymi dwunożnymi. Czujne oczy krów nie wybaczyłyby błędów przy podchodzie. Jednak wszyscy się zawzięliśmy. Paulus krok po kroczku prowadził nas od drzewa do drzewa. Przy gęstych akacjach mieliśmy chwilę na głębszy oddech i wyprostowanie kości. Udało nam się obejść kilka patrolujących teren par oczu i nozdrzy. Cała ta operacja trwała długo, ale udało się tak zaskoczyć stado, że bez większego popłochu wyciągnęliśmy z niego dwa młode byczki jednego po drugim.

Po śniadaniu czekał nas długi podchód. Nie wiem, ile kilometrów nabiliśmy, ale gdy wróciliśmy do samochodu, miałem wrażenie, że nikt nie ma siły ruszyć ręką ani nogą. Nie widzieliśmy zupełnie nic. Nawet steenboka [antylopik zwyczajny – przyp. red.], których zawsze pełno podnosiło się w buszu. Żadnego guźca czy strusia, żadnej żyrafy – istna pustynia. W dodatku słońce i nieludzka temperatura zrobiły swoje. Gdy kończyliśmy podchód, osobiście czułem się jak pieczona w brytfance gęś, z której wytapia się tłuszcz. Nie pamiętam, kiedy wcześniej tak się przegrzałem na polowaniu. W czasie jazdy do obozu pomyślałem, że wszystkie stworzenia sawanny przeczekują skwar gdzieś w gąszczu, tylko my jesteśmy tacy narwani, by się ruszać w tych okolicznościach. Komisyjnie ustaliliśmy, że wieczorne wyjście spędzamy nietypowo dla naszej czwórki, czyli – jak to trafnie określił jeden z nas – „na grzędzie”.

Ambonę wybraliśmy niezłą, bo z widokiem na czerwoną ścianę płaskowyżu Waterberg i szerokim polem do obserwacji pobliskiej sawanny. Rozsiedliśmy się wygodnie i każdy z nas zaczął się oddawać atmosferze niczym nieskrępowanej przestrzeni i poczucia totalnej wolności. Żadnych sztucznych, wytworzonych przez ludzką cywilizację dźwięków, tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Jeszcze zanim wyszły pierwsze guźce, wspólnie oceniliśmy, że z „grzędą” to był dobry pomysł.

Pojawiły się guźce, potem strusie, a w końcu na wolną przestrzeń zawitało stado impali. Zgodnie z naszą świętą zasadą, która brzmiała: „Bierzemy, czym akurat busz obdarzy”, ze stada wybraliśmy młodą antylopę. Dwuletni byk spisał testament 5 m od miejsca strzału. Słońce chyliło się ku zachodowi, zostało nam może 20 minut dnia. Stwierdziliśmy, że poczekamy tę chwilę, a nuż wyjdzie coś jeszcze – i wyszło. W jednym momencie daleko z lewej między drzewami przemknęła sylwetka offino [oryks w języku oshiwambo – przyp. aut.], z prawej zaś pewnym, wręcz dziarskim krokiem z buszu wyskoczył pokaźny guziec. Jak się okazało, trasa jego wędrówki pokrywała się z drogą strzelonej impali. Guziec, gdy zbliżył się do leżącego na wznak zwierzęcia, aż podskoczył ze zdziwienia. Na ten widok Paulus opuścił głowę z wyraźną rezygnacją i powiedział:

O nie, nieznośny wieprzek.

W tym samym czasie szepnąłem do kompanów:

Z lewej idzie do nas oryks. Trzeba się przygotować.

Pech chciał, że była kolej strzelania myśliwego, który siedział najdalej z prawej. Ja z Paulusem znajdowaliśmy się z lewej. Mieliśmy dość niefortunne ustawienie na ambonie, tym bardziej że musieliśmy bacznie obserwować i lewą, i prawą stronę. Złożyliśmy się do oryksa, tymczasem drugi myśliwy pokazał na leżącą impalę i rzucił półgłosem:

– Patrzcie!

Przyłożyłem do oczu lornetkę i zobaczyłem wielkie szable szykujące się do szarży na leżącą sztukę. Guziec wpadł w nią z całym impetem i podrzucił tuszę do góry. Echo łamanych żeber poniosło się po okolicy. Guziec stanął jak wryty. Widzieliśmy, że nie może się doczekać uczty. Cała sytuacja była tak zaskakująca i komiczna, że „grzęda” zaczęła się kiwać od naszych z trudem tłumionych śmiechów. Paulus opanował się jako pierwszy, wskazał na oryksa i powiedział:

Strzelamy albo nie, bo z impali niedługo nic nie zostanie.

Oryks znalazł się na granicy strzału, jednak zaniepokojony całą sytuacją ustawił się do nas tyłem i odwrócił łeb. Myśliwy, ledwo powstrzymując śmiech, trzymał go w lunecie. Czekał na sygnał ode mnie, z kolei ja czekałem, aż oryks pokaże blat. Paulus i drugi myśliwy obserwowali impalę. W razie kolejnego kontaktu szabel z naszą zdobyczą mieli przerwać szturm i ocalić kolację. Każdy z nas liczył sekundy, kiedy guziec poczynał sobie z impalą coraz odważniej, a oryks stał nieruchomo. W końcu młody byk ustawił się blatem. Zaznaczył strzał, jednak uszedł w gąszcz. Wydawało mi się, że został trafiony, ale strzał był trochę spóźniony.

Czekamy tyle, ile potrzeba na wypalenie papierosa, idziemy po latarki i zaczynamy poszukiwania. Zestrzał okazał się pusty. Krążymy wokoło, a Paulus znajduje trop, który jak zawsze dla zwykłych śmiertelników jest mało widoczny. On, ja i strzelec ruszamy tym śladem. Z oryksem nie ma żartów. W blasku latarki dostrzegam błysk oczu. Oświetlam miejsce pod gałęzią. Młody byk leży z łbem przygotowanym do szarży. Drugi strzał kończy jego historię. Zadowoleni, że i oryks leży, i impala cała, wracamy do drogi. A tam spotkanie…

Jeden z nas oświetlał trawy podczas marszu i nagle najechał światłem na dwa błyszczące zielone punkty. Stanęliśmy jak wryci. Paulus rzucił:

Ongue [lampart w języku oshiwambo – przyp. aut.].

Wszyscy przykładamy lornetki do oczu.

Nie, to steenbok, widać całą sylwetkę – komentują myśliwi. Paulus machnął przecząco palcem, ale nie skomentował tego, co usłyszał. Ja nie dostrzegłem żadnej sylwetki, tylko dwoje wpatrzonych w nas zielonożółtych oczu. Co prawda odznaczały się za nisko jak na pokaźnego kota, ale z drugiej strony mógł on po prostu leżeć. Kwituję:

To na pewno jakiś drapieżnik, bo patrzy cały czas prosto na nas. Antylopa po chwili by się ruszyła i obróciła łeb. A te oczy nawet nie drgną.

Postanowiliśmy nie sprawdzać, kto ma rację. Wrzuciliśmy antylopy do auta i ruszyliśmy naszym klekotem w drogę powrotną.

Gdy siedzieliśmy przy ognisku, Paulus powiedział do mnie:

Tylko jedno zwierzę patrzy w taki sposób.

Wzruszyłem ramionami. Nie dawało mi to spokoju przez resztę wieczoru. Emocji i przygód mieliśmy dużo tego dnia, jednak zasypiając, myślałem jedynie o tych zielonożółtych, świecących oczach.

Nazajutrz polowaliśmy niedaleko. Kiedy tamtędy przejeżdżaliśmy, uznaliśmy, że sprawdzimy, co to mogło być. Pozbawiło nas to złudzeń – na śladach ciągnięcia antylopy widniał świeży trop lamparta. Czuł krew i zaciekawiło go, co się dzieje, dlatego poprzedniej nocy, leżąc w trawie, obserwował całą sytuację, a gdy odjechaliśmy, przyszedł to sprawdzić. Jak się okazało w skupie, młody oryks miał starą ranę, która musiała mu się dawać we znaki, bo masą tuszy znacząco odbiegał od normy. Widać lampart miał go na oku…

Takie spotkania zawsze są sporadyczne, przypadkowe i mają zupełnie nieprzewidywalny przebieg. To dobrze, bo są przygodą. Ale też przestrogą. Myśliwy powinien zawsze pamiętać, że czy to w lesie, czy to w buszu nigdy nie poluje sam.

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej

Rozpracowany eland

Zatrzymaliśmy się na eland post [lokalne określenie miejsca na farmie, gdzie występują elandy – przyp. red.]. Paulus swoim charakterystycznym krokiem (przypominającym chód rapera) podszedł do wodopoju i zaczął uważnie badać grunt. Ja z kolei wykopywałem piasek w powietrze, by sprawdzić wiatr. Myśliwi dziwnie na nas patrzyli, bo w rzeczy samej dla niewtajemniczonych ten widok bardziej przypominał scenę z komedii niż profesjonalne polowanie.

Paulus przystanął, specyficznie machnął ręką i stwierdził: – Młody ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.]. Przesunął się kawałek dalej i znowu machnął ręką: – Następny. O, i jeszcze jeden. Zbliżyłem się do niego i zobaczyłem, że rzeczywiście w miejscach, gdzie Paulus dawał znak dłonią, widniały odciśnięte wielkie racice młodych elandów. Znów kopnąłem nogą piasek. – Dobry wiatr – uznałem. Kątem oka dostrzegłem, że myśliwi wymienili spojrzenia z uśmiechem na ustach. To była nasza kolejna próba z tą największą antylopą świata. Łowcom bardzo zależało na tym, by stanąć z nią oko w oko. Mnie, nie ukrywam, również, bo uwielbiam polowanie na to zwierzę. Od samego początku wierzyłem, że nam się powiedzie, bo myśliwi przejawiali taką determinację, że podchód wychodził nam profesjonalnie. Aż trudno uwierzyć, ile sztuk udało nam się niepostrzeżenie podejść w cztery osoby. Zawsze uważałem, że dobry podchód to klucz do niezapomnianych łowów, i to bez znaczenia, na którym kontynencie. Jeżeli ktoś ma doświadczenie w polowaniach z podchodu, to afrykańska sawanna jest dla niego wymarzonym polem do popisu.

Ruszyliśmy śladem młodych elandów. Powoli, bezszelestnie i z nadzieją pokonywaliśmy kolejne setki metrów, zagłębiając się w gęsty busz. W pewnym momencie Paulus się zatrzymał i zbadał ekskrementy na drodze, którą podążaliśmy. Odwróciłem się do kompanów i przestrzegłem:– Teraz 100% skupienia. Jesteśmy blisko, ten trop to świeżynka. Od tej chwili podchód się zmienił. Szliśmy kroczek za kroczkiem, bardzo uważnie stawiając stopy. Tropy antylop wskazywały, że zwierzęta poruszają się wolniej i co chwila zatrzymują się na żerowanie. My podobnie co kilka kroków przystawaliśmy, dokładnie się rozglądaliśmy i nasłuchiwaliśmy łamanych gałęzi. Wszyscy tak się skupili na tym skradaniu, że nikt nie zauważył, kiedy dystans naszego podchodu można było zacząć mierzyć nie w metrach, ale w kilometrach. Jedną za drugą gałązkę wystającą na naszej drodze ostrożnie rozpracowywał każdy członek eskapady. A to przeciskamy się pod gałęzią, a to delikatnie ją przesuwamy, a zaraz znowu trzeba ostrożnie obejść przeszkodę, by po chwili dać nura i niemal na czworaka prześlizgnąć się pod parasolem pełnym cierni. W końcu wyszliśmy na coś w rodzaju polanki. Paulus od razu padł na ziemię. Błyskawicznie machnąłem ręką do towarzyszy i wszyscy jak jeden mąż znaleźliśmy się na kolanach. – Ongarangombe – Paulus wskazał na przesmyk. Podniosłem się ponad trawy i w szkłach lornetki zobaczyłem przesuwające się stado. Po odgłosach klikania z prawej i lewej strony wnioskowałem, że widzimy tylko część zwierząt. Wysunęliśmy się pod drzewo i zaczęła się długa obserwacja stada. Żaden z nas nie chciał się pomylić, tym bardziej że stado tworzyły głównie krowy i ich potomstwo z ostatnich trzech lat. Elandy rzadko kiedy dają się długo obserwować. Przeważnie decyzja musi być szybka i precyzyjna. Paulus wybrał kilka rocznych byczków, które nadawały się do selekcji. Moją uwagę zwróciła stara krowa przesuwająca się wśród młodych. W tym momencie między nami a elandami przeszedł stary byk oryksa z jednym ułamanym rogiem. Oczywiście nadawał się do odstrzału selekcyjnego, jednak miny łowców mówiły wszystko – dzisiejszym wyzwaniem jest ongarangombe.

Stado się przesunęło, a my za nim. Wychynąłem zza krzaku kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.] i rozstawiłem podpórkę. Myśliwy bez zbędnych rozmów już układa broń na pastorale. Szepczę: – Widzisz grupę czterech elandów stojącą pod drzewem? Przytaknął gestem. – Pierwszy z lewej to młody byk. Jak przesunie się krowa stojąca za nim i będziesz miał czyste pole, to wal z całych sił. Ponownie potwierdził gestem. Przykładam lornetkę i czekam. Niestety, elandy zmieniają konfigurację na równie niekorzystną. Paulus zarządza: – Podchodzimy bliżej. Znów wszyscy czterej jesteśmy na kolanach i powoli jak żołnierze czołgamy się pod następną pokaźną akację między nami a stadem. Paulus wstaje jako pierwszy i od razu z powrotem pada na ziemię. – Cholerne zebry – kwituje. Po prawej stronie ich stado bacznie obserwuje nasze zmagania. – Nikt się nie rusza! Jeżeli zebry się spłoszą, to pozamiatane! – powiedziałem do myśliwych. Zastygliśmy. Gdyby ktoś miał superczuły mikrofon, usłyszałby tylko odgłos kropli potu spadających na ziemię. Sytuację uratował młody ogier, który trochę pogonił klaczki. Korzystając z zamieszania, ustawiamy się pod drzewem. Z dala dostrzegamy grzbiety przesuwających się elandów. Widzę po Paulusie, że zaczyna planować, jak zajść im drogę. Myśliwy puka mnie w ramię, by zwrócić uwagę, że niedaleko nas jest jeszcze jeden ongarangombe. Razem z Paulusem łapiemy lornetki i wymieniamy krótkie zdania:

Stara babcia.

Strzelamy.

Rozstawiam pastorał. Myśliwy ponownie ląduje bronią na nim i czeka na instrukcje. Mówię szeptem: – Z lewej idzie eland. Jak się zatrzyma, to strzelaj. Spokojnie, masz dużo czasu, a dystans to maksymalnie 70 m. Eland wyklikał na linię strzału i stanął. – Wal! – zakomenderowałem, a antylopa uniosła łeb. W tym momencie padł strzał. Zwierzę runęło właściwie w miejscu, w którym stało. Myśliwy błyskawicznie zarepetował. – Spokojnie, jest twój – powiedziałem.

Zużyte w zasadzie na równo z dziąsłem trzonowce, popękane, wyświechtane rogi i ogólne wychudzenie zwierzęcia stanowiły dowód na przynajmniej 25 lat i bardzo dobrą selekcję. Radości nie było końca. Pierwszy eland, i to jeszcze taki stary, upolowany w pięknym stylu. Paulus aż skakał z radości, a ja poczułem, że znów żyję.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Mama Africa!

„Drodzy pasażerowie, za 10 minut podchodzimy do lądowania. Pogoda w Windhuk słoneczna, w tej chwili termometry wskazują 22°C. Dzień zapowiada się bardzo gorący, termometry ok. 14.00 mogą wskazać nawet 39 stopni w cieniu. Dziękujemy za wspólny lot i życzymy miłego pobytu w Namibii”. Za drzwiami samolotu moim oczom ukazał się wytęskniony widok – wielkie czerwone słońce wschodziło nad sawanną. A na małym, przypominającym hangar lotnisku Hosea Kutako pojawiło się pełno uśmiechniętych Namibijczyków. Jeszcze tylko moro-more (pol. ‘dzień dobry’) z kontrolą graniczną i już jedziemy w stronę Kambaku.

Na miejscu potraktowano mnie jak syna marnotrawnego: W końcu jesteś, Jak Paulina się czuje?, Teraz już zostajesz na zawsze, a Paulina dojedzie, prawda?… Sam zacząłem się zastanawiać, czemu ja właściwie wyjechałem. Najlepiej powitał mnie mój przyjaciel i przyrodniczy mentor, Paulus. Zaczął się śmiać z daleka i powiedział coś w stylu: Kuba tate now, kejk daj chrot matako!, co oczywiście było żartem z mojego „kińdziuka” [gwarowo żołądek, tutaj: gruby brzuch – przyp. red.], złapanego przeze mnie w ciągu ostatniego roku. Te same twarze, te same historie, jednak coś się zmieniło. Dla miejscowych byłem już nie „Kubą Polakiem”, tylko jakby członkiem rodziny. Fakt, że lada dzień miałem zostać ojcem, wpłynął na to, że zaczęto mnie traktować trochę jak tate, czyli dorosłego, dojrzałego mężczyznę, który doczekał się potomstwa i może dawać rady innym. Co prawda na każdym kroku chcący i niechcący udowadniałem, że jeszcze nie zasługuje na tę pozycję społeczną. Tak czy inaczej moja relacja z namibijskimi przyjaciółmi wyewoluowała.

W Afryce od razu bardzo rzuciła mi się w oczy susza. I o niej chcę opowiedzieć w tym wpisie. Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski, towarzyszyła nam deszczowa pogoda, a w mediach dawało się zauważyć nasilające się żale społeczne typu: Znowu będzie deszczowo albo Jutro niesprzyjająca dobremu samopoczuciu aura deszczowa. I raptem po kilkudziesięciu godzinach podróży na drugim końcu świata usłyszałem: Modlimy się o deszcz. Sytuacja jest tragiczna, farmerzy likwidują stada bydła, dzikie zwierzęta padają z głodu. W tej części Namibii, gdzie leży Kambaku, zeszłego sezonu spadło trochę deszczu, więc w stosunku do reszty kraju jest dobrze. Jeżeli w Kambaku jest dobrze, to naprawdę działa to na wyobraźnię i może oznaczać, że jest niedobrze. Aby to zobrazować, powybierałem kilka zdjęć tych samych terenów w czasie, kiedy rok wcześniej opuszczałem rezerwat, i takich, na których widać, jak wygląda to dzisiaj. W trakcie rozmowy z kimkolwiek w Namibii słychać w podtekście: Czekam na zbawienny deszcz. Jeżeli ten rok nie będzie obfitować w opady, to sytuacja stanie się krytyczna. W tym roku koszt małej, 7-kilogramowej kostki siana kiepskiej jakości waha się w granicach 15–18 euro. Przy cenach na tym poziomie na dokarmianie mogą sobie pozwolić tylko najbogatsze farmy. Reszta musi stanąć przed dylematem – już teraz likwidować hodowlę i sprzedać zwierzęta za bezcen czy czekać na deszcz?

Jak na tę sytuację reagują zwierzęta sawanny? Przede wszystkim ograniczają straty energetyczne, wędrując na stałych trasach między wodopojem a miejscem, gdzie zostały resztki bazy żerowej. Oczywiście za brakiem pożywienia idzie zwiększony odstrzał, by zapewnić przetrwanie trzonu populacji. Polowanie jest trudne. Cała sawanna zamarła w fazie spoczynku – zwierzęta i rośliny czekają na deszcz. By coś strzelić, trzeba podejść przez gęste fragmenty buszu, gdzie zwierzyna przeczekuje gorąco lejące się z nieba. To emocjonujące łowy, ale nienależące do prostych. Trzeba dać z siebie wszystko i na koniec opanować nerwy.

Tym akcentem zapraszam do przeczytania kolejnego wpisu, który będzie głównie o polowaniu. A na razie cieszmy się, że u nas pada deszcz!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Minął rok…

Minął już prawie rok, odkąd wylądowaliśmy z Pauliną w Polsce. Za nami długi, intensywny sezon łowiecki oraz okres pełen zmian w życiu zawodowym i prywatnym. Chyba obydwoje robiliśmy wszystko, by zapełnić pustkę, która powstała po powrocie z Namibii. Można powiedzieć, że wyjazd z Czarnego Lądu to dla nas jak rozstanie pary kuropatw.

W tym roku udał się sezon na rogacze. Przeżyliśmy wiele pięknych wyjść, rozkoszując się soczystą europejską zielenią i szczekiem kozłów. Chyba nikt nie może narzekać na grzybiarzy (bo nie było grzybów) ani na pogodę, bo wszystko było idealne i byki dały czadu.

Jednak ilekroć przekładałem sztucer przez ramię i dopijałem poranną kawę, myślami byłem gdzie indziej. Na polowaniu starałem się podchodzić zwierzynę tak blisko, jak się da, by poczuć adrenalinę jak w Afryce, wejść w lesie w watahę dzików i położyć się na ziemi, zwabić rogacza na kilka kroków czy zbliżyć się do ryczącego byka. Wtedy przez chwilę czułem się jak na sawannie pośród dzikich stad antylop. Tę tęsknotę, która zżera od środka, można porównać do tęsknoty za domem, bo jeśli ktoś spędził trochę czasu na Czarnym Lądzie, to traktuje to miejsce jak dom. Mimo że w tym domu trudno żyć. Co prawda stary land rover dzielnie przypomina wycieczki w nieznane i ciągle utrzymuje ducha niekończącej się przygody, jednak bez piachu na twarzy, lodówki wypełnionej mięsem z oryksa i butelkami słabego namibijskiego piwka to już nie to samo. I choć to zabrzmi trochę pesymistyczne, stwierdzam, że ostatni rok dla mnie i Pauliny oznaczał szukanie namiastki dzikiego i prawdziwie szczerego życia, jakie mieliśmy w Kambaku.

Niech nikt nie pomyśli, że uważamy polskie okoliczności przyrody za gorsze – nic podobnego. Ci, co byli w Afryce, wiedzą, że całe RPA i spora część Namibii są poprzegradzane płotami wysokimi na 3 metry. Można zapytać: gdzie ta dzikość? Gdzie ta swoboda? Ano każdy dzień w Namibii jest bardziej szczery niż miesiąc przebywania wśród „ludzi bez twarzy”. Co do ogrodzeń, mnie osobiście dużo bardziej doskwierają niewidoczne bariery, jakie sztucznie tworzymy między sobą w Europie, niż afrykańskie płoty. To paradoksalne, ale opuszczając namibijskie ogrodzenia, człowiek zdaje sobie sprawę, że wcale nie czuł się w środku jak w klatce – czego niestety nie mogę powiedzieć o codziennym życiu w naszej nowoczesnej rzeczywistości.

Żeby przetrwać chwile rozłąki, praktycznie co tydzień mamy regularne połączenia internetowe z Namibią. Wiemy, że w Kambaku był słaby okres deszczowy. Właściwie we wszystkich krajach Afryki Południowej sytuacja jest niewesoła – farmerzy likwidują całe stada bydła, a dzikie zwierzęta głodują. Wszyscy mają nadzieję, że z przyszłoroczną zmianą zjawiska El Niño przyjdzie duży deszcz i wszystko wróci do normy. W obwodach myśliwskich w Namibii trwa silna redukcja antylop, zwłaszcza gatunków wrażliwych na niedostatek świeżej trawy, takich jak eland, gnu czy harteebest. W Kambaku bardzo dobrze funkcjonuje założona przez nas nowa infrastruktura drogowa i turystyczna. Idea zagospodarowania obwodów łowieckich jest kontynuowana. Ostatni sezon zakończył się pomyślnie, a nawet pojawiło się młode pokolenie żyraf. Wyzwanie stanowią elandy – Paulus policzył w jednym stadzie ponad 120 młodych z ostatniego roku. To dużo za dużo na tak skąpy deszcz, jaki w tym roku nawiedził region między Otawi a Otjiwarongo.

Okazuje się, że nasze losy będą cały czas związane z farmą Kambaku. W październiku wracam bowiem do afrykańskiego domu. Co prawda już w trochę innym charakterze, jednak ten wyjazd na pewno przyniesie kilka ciekawych wpisów. W końcu trzeba zapanować na tą populacją elandów…

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Jeszcze o kłusownictwie w Namibii

Ponieważ po publikacji wpisu o profesjonalnym kłusowniku otrzymaliśmy pytania dotyczące tego problemu, postanowiłem rozwinąć temat.

Zacznę trochę naokoło. Chyba każdy słyszał, że w ostatnich latach nielegalne polowania na nosorożce znacznie przybrały na sile. Wydaje mi się, że już gdzieś na blogu pojawiły się te liczby, jednak nie zaszkodzi przypomnieć: od stycznia do lipca w samym tylko parku Etosha skłusowano ok. 50 osobników w celu pozyskania rogu. Zjawisko to nasiliło się do tego stopnia, że nawet posiadacze tego wyjątkowego trofeum nie mogą spać spokojnie.

Kłusownicy strzelają zwierzę, a czasem jedynie je usypiają, odrąbują mu siekierami róg i je zostawiają. Nosorożec jest na tyle silny, że po przebudzeniu wędruje jeszcze kilka dni ze zgangrenowaną i zaropiałą raną, konając w potwornym bólu. Cały świat jednoczy się w walce o przetrwanie tego gatunku. Powstają nawet specjalne farmy dla nosorożców, gdzie zwierzętom tym przycina się rogi ok. 3 cm powyżej czaszki, co sprawia, że przestają być atrakcyjne dla azjatyckiego przemysłu medycznego. W parkach takich jak Etosha stada są pilnowane przez uzbrojone siły wojskowe. Mimo że podejmuje się walkę z kłusownikami i mimo olbrzymich pieniędzy wydawanych na ochronę nosorożców ten nielegalny proceder wciąż jest uprawiany i z roku na rok ginie coraz większa liczba tych ssaków.

Wyobraźmy sobie, że tak samo poważny, choć mniej nagłośniony, jest problem nielegalnego polowania na antylopy oraz bydło. Z tą różnicą, że nikt tych zwierząt nie kłusuje dla rogów, bo one nie mają żadnej wartości bez certyfikatu. Wartością jest mięso. W Namibii potrawy mięsne stanowią podstawę wyżywienia. Podobnie jak w „cywilizowanej” części świata, by prowadzić handel mięsem, należy mieć certyfikowaną rzeźnię oraz licencję na sprzedaż. Różnica polega jednak na tym, że obecnie państwo nie jest w stanie powstrzymać kolosalnej strefy czarnego rynku. Musimy sobie uświadomić, że mimo najmniejszej na świecie liczby zaludnienia ośrodki handlu (czyli większe miasta) w Namibii są pełne ludzi, a wręcz przepełnione. Przykładowo w Otjiwarongo, oddalonym od Kambaku ok. 90 km, w dni handlowe tworzą się korki jak w Warszawie. Farmerzy i handlowcy, nieraz przybywający z daleka, w jednym czasie załatwiają istotne sprawy. Ten tłok to doskonała osłona dla nielegalnych handlarzy mięsem. Czy dla ubogich ma to jakieś znaczenie, czy kupują mięso z dokumentem czy bez? Nie. Liczy się tylko cena i ilość. Łatwo dojść do wniosku, że zorganizowany kłusowniczy proceder, choć ryzykowny, przynosi olbrzymi dochód.

Działający w pojedynkę amatorzy już dawno zostali wyłapani, dlatego kłusownicy pracują w grupie. Ekipa odpowiadająca za skłusowanie i przerobienie mięsa dostarcza je do przewoźnika transportującego towar, a ten – do ekipy dystrybucyjnej. Ci ostatni zazwyczaj są głową całego interesu. Schwytanie grupy kłusującej na farmie to bardzo trudne zadanie. Poza tym praktycznie nic to nie daje. Kłusownikami są przeważnie starzy, doświadczeni traperzy, czasem z pochodzenia Buszmeni. Nawet jeśli uda się złapać takiego profesjonalnego kłusownika, jaki mieszkał z nami w Kambaku, to sytuacja zostanie opanowana tylko na chwilę. Dopóki nie namierzy się szefa interesu, dopóty farmy są zagrożone. Po miesiącu pojawia się nowy profesjonalista pracujący za grosze dla handlarzy towarem. W tym całym schemacie ten prosty kłusownik jest zazwyczaj najmniej winien.

Pamiętajmy, że w wielu regionach Namibii ludzie ciągle polują z włóczniami i potrzaskami, jak traperzy. Nam nie mieści się to w głowie, a tutaj to fach przechodzący z pokolenia na pokolenie. Policja często okazuje wyrozumiałość dla zwykłych „pionków” w kłusowniczym procederze i próbuje dotrzeć do ludzi sterujących interesem. Bo nie chodzi tylko o jedną farmę. Grupa kłusownicza potrafi bowiem „okładać” nawet kilkanaście farm w okolicy, polując zarówno na bydło, jak i na dzikie populacje antylop. Dzięki temu na czarny rynek trafia cały wachlarz legalnie dostępnego mięsa.

Jak łatwo się domyślić, nienawiść właścicieli farm do kłusowników jest kolosalna. Nie ma chyba nic gorszego dla założyciela farmy niż widok 25-letniego elanda duszonego wnykiem, z którego się zerwał. Bardzo dobrze się stało, że ktoś obrotny pomyślał i postanowił stworzyć świetnie prosperujący interes. Mianowicie od niedawna w Namibii działają specjalne firmy detektywistyczne tropiące kłusowników i odnoszące małe lub większe zwycięstwa w tej walce. Dowiedzieliśmy się też, że powstała firma mająca niemal 100-procentową skuteczność w walce z kłusownictwem. Otóż kilku byłych wojskowych stworzyło grupę szybkiego reagowania, która w swoich szeregach ma również Buszmenów. Jest jeden warunek współpracy z nimi: zaraz po znalezieniu świeżego wnyka czy linki właściciel farmy musi zatrzeć po sobie ślady i w ciągu kilku godzin podpisać kontrakt z tą antykłusowniczą ekipą.

Działania grupy robią imponujące wrażenie. Jej członkowie pracują tak, że na farmę wpada kilka osób w kamizelkach z bronią śrutową i zaczyna przeczesywać farmę. Trwa to dzień i noc. Gdy tylko ktoś z nich znajdzie jakikolwiek ślad kłusownictwa, to przyczaja się w tym miejscu i czeka niejednokrotnie nawet kilkanaście godzin bez ruchu, by zlustrować kłusownika. W tym samym czasie reszta grupy strzeże granic farmy, czekając na dostawcę. Ma to na celu złapanie szajki na gorącym uczynku. Często wymaga to mnóstwo cierpliwości i czasu. Dlatego grupa wyruszająca w busz jest wyposażona w prowiant i wodę. Można by powiedzieć, że brzmi to jak walka z terrorystami, jednak nie ma innego sposobu. Kłusownicy wyewoluowali i stali się profesjonalistami. Tego samego trzeba więc oczekiwać od organów usiłujących ukrócić ten proceder.

Chcę podkreślić, że namibijskie prawo jest bardzo surowe dla kłusowników. Przykładowo człowiek, który skłusował trofealną antylopę, z marszu idzie do więzienia na kilka lat, a człowiek, który skłusował cudzą owcę – na przynajmniej kilkanaście. Sęk w tym, by – podobnie jak w Europie – złapać przestępcę na gorącym uczynku.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Tętniące życiem muzeum

Połowę społeczeństwa Namibii stanowi ludność z plemienia Damara. Pochodzą z górzystej i kamienistej krainy zwanej Damaraland, którą zwiedzaliśmy również podczas naszej ostatniej wyprawy. Tereny te tworzą głównie skały o kulistych kształtach, przypominające trochę krainę pradawnych Wikingów. Stanowią one obowiązkowy punkt każdej wycieczki organizowanej w Namibii.

Ludzie Damara to najstarsze plemię zamieszkujące ten afrykański kraj. Od wieków zajmowali się łowiectwem, hodowlą owiec i kóz. Ich cechą charakterystyczną jest klikający język, którym się ze sobą porozumiewają. Niestety nie ma żadnej książki ani podręcznika, który opisywałby jego naukę krok po kroku. To język przekazywany z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada. Podobno jeżeli ktoś nie opanuje go do piątego roku życia, to później nie ma szans na nadrobienie zaległości, ponieważ aparat mowy zostaje już ukształtowany w taki sposób, że nie jest w stanie naśladować tych specyficznych dźwięków.

Podczas naszej wyprawy odwiedziliśmy tzw. żywe muzeum Damara, gdzie mogliśmy się przyjrzeć, jak wygląda życie tego plemienia od podszewki. Wykupiliśmy spacer po buszu, w trakcie którego dowiedzieliśmy się wielu ciekawostek, m.in. na temat leczniczego wykorzystania wszystkich roślin. Zakładaliśmy pułapki żywołowne na zwierzynę, podglądaliśmy myśliwego w akcji na polowaniu, a także zostaliśmy wprowadzeni w klimat tradycji i obyczajów kultywowanych w wiosce.

Młodych mężczyzn obowiązuje jedna koronna zasada: muszą potrafić upolować zwierzynę i wzniecić ogień, a dopiero wtedy mogą się rozglądać za dziewczynami. Byliśmy świadkami sytuacji, w której wszyscy mężczyźni z plemienia otaczają podrostka i rozmawiają z rozpalanym przez niego ogniem. Podobno kiedy nie mówi się do płomienia, to cała ta czynność nie przyniesie skutku. Ludzie ci wierzą bowiem w takie bóstwa, jak słońce, ogień czy woda, i modlą się do nich. Ze wszystkich zwierząt natomiast najbardziej cenią i szanują żyrafy, ponieważ twierdzą, że dzięki swojej wielkości mają one kontakt z bogami w niebie.

Ludzie Damara są niezwykle pracowici, a w ich rodzinach panuje prosty podział obowiązków. Kobiety dbają pożywienie i dom, a mężczyźni polują oraz uprawiają ziemię i opiekują się bydłem. Wieczory spędzają zaś przy ognisku, popijając słabe piwo własnej roboty uwarzone z nasion traw.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej