Żyrafiątko

Żyrafa w Kambaku nie jest gatunkiem łownym. Stanowi istną ozdobę farmy. Żyje tutaj populacja licząca ok. 40 osobników – piszę „około”, ponieważ nie wiadomo dokładnie, ile takich młodziaków jak ten z filmu urodziło się u nas w ostatnich dniach.

Żyrafy nie traktujemy łowiecko, bo wielu pracowników Kambaku ma związki z wierzeniami ludu Damara, zgodnie z którymi to święte zwierzę. Drugim powodem jest kwestia praktyczna. Polowanie na żyrafę nie należy do ciekawych oraz obecnie potrzebnych ekologicznie, więc ten gatunek nie pojawił się w łowieckich planach farmy. Natomiast mamy dwa starsze samce, co do których za mniej więcej dwa lata mogłaby zapaść decyzja o odstrzale. Jednak te plany nie są jeszcze sprecyzowane.

Łowiectwo w Kambaku, oprócz efektywności, ze względu na kwestie selekcji opiera się również na praktycznych przesłankach – polujemy na to, co można spożytkować, oraz na gatunki wymagające regulacji.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Zebra na rozkładzie i krajobraz po pożarze

Oto, jak wygląda usatysfakcjonowany myśliwy, i to wcale nie po zdobyciu wielkiego trofeum, ale po upolowaniu zwierza zgodnie z regułami odstrzału selekcyjnego, o czym niejednokrotnie pisałem na blogu. Jeżeli chcemy strzelić selekcyjną zebrę, to musimy wybrać 3–4-letniego ogiera, który nie przewodzi stadu i zazwyczaj jest satelitą krążącym wokół niego. Zabicie samca przewodzącego stadu skutkowałby rozpadem całego ugrupowania, a to największy błąd, jaki można popełnić. W przypadku gdy mamy liczną populację zebr – jak w Kambaku – odstrzał młodych samców pozwala utrzymać stada we względnej równowadze.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Wspomnienie pierwszej Afryki

Zawsze przed wylotem do Afryki bierze mnie na wspominki o poprzednich wyjazdach. Tym razem jednak odgrzebałem na swoim komputerze mocno zakurzony folder ze zdjęciami z okresu na długo przed tym, jak z moją żoną Pauliną siedzieliśmy przez rok w Namibii. Ten folder, tak jak wiele spisanych historii, czeka na większe dzieło, które może nigdy nie powstanie.

Był taki czas, kiedy młody chłopak niemający najmniejszego pojęcia o polowaniu w Afryce pojechał tam na cztery miesiące. Pamiętam jak dziś, że zgubiłem się na lotnisku we Frankfurcie, że zdziwiło mnie darmowe wino na pokładzie Air Namibia i że na lotnisku w Windhuk odnalazł mnie Horsti ze słowami: „To ty masz być tym Polakiem, który zbuduje nam ambony na farmie?!”. Pamiętam też grymas Paulusa, gdy się dowiedział, że ma mnie nauczyć tropienia i polowania w afrykańskim stylu. Pamiętam uczucie towarzyszące temu, że każdy dzień był całkiem nieprzewidywalny. Czułem się niczym Kolumb, odkrywając nowe gatunki zamieszkujące sawannę. Na samą myśl o tamtych dniach czuję dym pieczonych nad ogniem żeberek z owcy (tradycyjne namibijskie danie) i czuję smak piwa Windhoek Lager przy rozmowach do późnych godzin nocnych. Pamiętam pierwsze strzelone antylopy i moment pozyskania pierwszego elanda – w tamtej chwili chyba bezpowrotnie zatraciłem się w afrykańskich łowach. Polowanie na elanda nie tylko dostarczyło mi wspomnień, lecz także na zawsze zupełnie zmieniło moje podejście do łowiectwa. Trudno to wytłumaczyć, ale w moim przypadku klikające racice ongarangombe odbiły się mocno na myśliwskiej duszy.

Za każdym razem, gdy lecę do Namibii, podświadomie tęsknię do tej dawnej, pierwszej Afryki – wolnej od myśliwskiego marketingu, sprzedaży polowań, wygód, drogich samochodów itp. Stary mauser 375 H&H na plecy, radio na pasek, butelka wody w kieszeń, jeszcze spory łyk czarnej, fusiastej kawy i w drogę – dopóki starczy sił, dopóki nie uda się podejść stada, dopóki wielkie, czerwone słońce nie przykryje dzikiej sawanny, przez wysokie trawy, ciernisty busz, z potem na skroni i radością w sercu, z satysfakcją i wszechogarniającą wolnością – to jest moja Afryka, mój Czarny Ląd ze wspomnień pierwszego pobytu, który mnie zmienił i ukształtował.

Było – minęło, cytując bohatera filmu „Pieniądze to nie wszystko”. Po drodze odbyłem bardzo dużo tych podróży do Afryki, ale pierwsza nigdy się nie powtórzyła i nie powtórzy. Mojej tęsknocie towarzyszy również radość, bo uwierzcie mi – mam co wspominać. Współczuje wszystkim, których wsadzono do mydlanej bańki, potocznie nazywanej safari, kazano im strzelać w otoczeniu płotów, realizować plany, pakiety i cieszyć się, że jest tanio. Całe szczęście nie muszę pamiętać takiej Afryki.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Za miesiąc ruszamy!

Nadszedł długo wyczekiwany moment – przyszły wizy do Namibii. Za miesiąc ruszamy do Kambaku! Po raz kolejny przestrzenie sawanny staną otworem przed spragnionymi przygód myśliwymi z Polski. Po raz kolejny poranek przywita wielkie czerwone słońce i przestanie się liczyć cokolwiek oprócz polowania. Po raz kolejny rozgrzaną ziemię zbroczą krople potu, a paka cruisera ugnie się pod tym, co pokonamy na gruncie. Choć tym razem droga do mojego drugiego domu była usłana gwoździami, o czym w niniejszym wpisie.

Przestrzegam wszystkich w najbliższym czasie wybierających się do Namibii bądź planujących taką podróż – nie lekceważcie procedury wizowej. Ten standardowy punkt każdego wyjazdu, opanowany przeze mnie na przestrzeni lat niemal do perfekcji, w tym roku stał się gehenną. W ambasadzie Namibii w Berlinie, w której musimy się ubiegać o wizy, zmienili się pracownicy odpowiedzialni za ten proces. Przyznam, że zawsze był problem, aby się tam dodzwonić czy załatwić coś konkretnego bez konieczności podróży do stolicy Niemiec, jednak teraz uzyskanie wizy to droga przez mękę. Jakie zaszły zmiany? Po pierwsze, procedura dotąd trwająca nie więcej niż tydzień wydłużyła się do tygodni. Po drugie, pracownicy wymagają dokumentów, o jakich nie ma mowy we wniosku wizowym. Po trzecie, życzą sobie dwóch wypisanych ręcznie egzemplarzy podania wizowego (o czym również nie znajdziemy wzmianki na stronie, tak jak o tym, że dokument potwierdzający ubezpieczenie musi zostać przetłumaczony na język angielski i zatwierdzony przez tłumacza przysięgłego). Opłata konsularna za otrzymanie jednokrotnej wizy wzrosła z 50 do 80 euro, natomiast wizy wielokrotnej Polacy w ogóle nie mogą uzyskać. Powiem szczerze, że jak na kraj, którego budżet mocno się opiera na turystyce, jego ambasada skutecznie zniechęca do wyjazdu. Wydaje mi się, że przyczyn tej sytuacji znalazłoby się kilka – nowi pracownicy, strach Namibii przed nielegalną imigracją, obecna przepychanka tego kraju z Niemcami o reparacje wojenne za zbrodnie na ludności Damara i Nama czy chociażby wzrost wykładniczy turystów odwiedzających to afrykańskie państwo. Jedno jest pewne – nas, Polaków, każdego roku dociera do Namibii bardzo wielu. Wystarczy popytać wśród znajomych myśliwych lub podróżników, by uświadomić sobie, że to jeden z głównych celów w Afryce. Szkoda, że obietnice stworzenia ambasady Namibii w Polsce pozostały tylko obietnicami. Osobiście wolałbym ambasadę Namibii w Polsce niż program 500+, ale nie mieszajmy w to polityki.

Podsumowując, jeśli wybierasz się do Namibii, to co do wizy mogę dać dwie rady. Przede wszystkim nie rezygnuj z wyjazdu do tego niepowtarzalnego kraju tylko dlatego, że teraz trudniej uzyskać zezwolenie – Namibia wynagrodzi Ci to wspomnieniami na lata. Ponadto zleć uzyskanie dokumentu firmie, która zajmuje się tym zawodowo (to dużo droższa opcja, bo prowizje pośredników konsularnych potrafią być zabójcze) albo zajmij się tym sam odpowiednio wcześniej, nie zostawiaj tej sprawy na sam koniec. Jeżeli potrzebujesz w tej kwestii wskazówki czy pomocy, to napisz – zawsze niezobowiązująco i chętnie pomogę, jak tylko będę potrafił.

Już niedługo kolejne przygody na Czarnym Lądzie. Od polowania na bawołu czuję nieustanny głód Afryki. Na myśl o tym, że wkrótce usłyszę klikanie ongarangombe, nie potrafię wysiedzieć w miejscu. Mama Namibia wzywa mnie kolejny raz, a ja już nie mogę się doczekać! Zapraszam do śledzenia naszego wyjazdu na blogu i YouTubie. Tym razem chcę pokazać Afrykę z innej perspektywy.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Podchód głuszca – porady praktyczne

Sezon głuszcowy na Białorusi właściwie już dobiegł końca. Większość myśliwych wróciła ze strzelonym kogutem. Tegoroczne toki były bardzo dobre, głównie dzięki temu, że zima trwała tak długo, jak powinna. Przykładowo w zeszłym roku już w marcu na chwilę pojawiła się wiosna i koguty zaczęły tokować, po czym znów przyszła zima i całe tokowisko się rozregulowało. Na szczęście w tym roku uniknęliśmy takich problemów.

Mimo że toki były udane, po rozmowach z myśliwymi, którzy wrócili z Białorusi, postanowiłem nakręcić krótki film instruktażowy, aby zebrać w pigułce najważniejsze informacje dotyczące wyprawy na głuszce. Okazuje się, że w emocjonujących opowieściach z polowań trudno przekazać praktyczne wskazówki, głównie dotyczące samego podchodu tokującego koguta. Celem mojego filmu jest przygotowanie merytoryczne i praktyczne wszystkich myśliwych planujących się wybrać na te wspaniałe łowy w przyszłym roku.

Tak więc odkładamy na bok chwyty marketingowe, emocje i opowieści. Poniżej zbiór praktycznych informacji, dzięki któremu pojedziecie na polowanie przygotowani, a podchód tokującego koguta zakończycie celnym strzałem.

Zainteresowanym polecam mój artykuł nt. gospodarowania populacją głuszca na Białorusi, który można znaleźć w „Braci Łowieckiej” nr 1/2018 (w wersji pdf do pobrania TUTAJ).

Jakub Piasecki
 


Czytaj więcej

Wspomnienia wróciły

Niedawno odebrałem od preparatora moje trofea z Białorusi. Muszę przyznać, że wspomnienia wróciły z całą mocą. Aż nie chce się wierzyć, że minął już rok od tego wspaniałego polowania. Teraz mogę potwierdzić to, co mówią myśliwi starsi ode mnie stażem – podchód głuszca na tokowisku to coś, czym nie da się nasycić podczas jednego wyjazdu. Chodzi tu nie tylko o trofeum, lecz także o atmosferę i wielką satysfakcję, jaką przynosi to polowanie. Ale nie powiem, dzięki profesjonalnej robocie Artura mam dwa śliczne trofea, które każdego dnia przypominają mi, co przeżyłem za wschodnią granicą. Jestem pewien, że powtórzę te łowy, może już w przyszłym sezonie, bo – szczerze mówiąc – taka przygoda na wiosnę daje kopa i energię na cały myśliwski sezon.

Kibicuję mocno wszystkim, którzy w tym roku wybierają się z nami na głuszce. Właściwie najbardziej trzymam kciuki za dobrą, bezwietrzną pogodę, ponieważ ona stanowi klucz do sukcesu na tym polowaniu. Głuszec, mimo że to wielki ptak, w okresie toków wykazuje dużą wrażliwość na zmiany pogodowe. Na szczęście, gdy ciśnienie się waha i wieje wiatr, nadchodzi czas na integrację myśliwych, która też jest nieodzownym elementem łowów na Białorusi.

Niech białoruski bór darzy wszystkim uczestnikom tego pięknego polowania!

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Czaszka pawiana zatrzymana we Wrocławiu

Kilka dni temu na wrocławskim lotnisku zatrzymano myśliwego z Danii, który nielegalnie przewoził czaszkę pawiana niedźwiedziego. Pomijając to, że taka forma transportu pozyskanego trofeum (przewóz w bagażu rejsowym) jest niedopuszczalna, trofeum tego gatunku wymaga dokumentacji CITES, a tej myśliwy również nie miał. Nie skończy się to dla niego dobrze, bo za wspomniany czyn grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Do kary na pewno zostanie doliczona grzywna i dojdzie przepadek mienia.

Możemy kwestionować sensowność ciągle zaostrzającego się prawa dotyczącego transportu trofeów, jednak nie zmieni to faktu, że obowiązuje ono wszystkich, zwłaszcza myśliwych. Warto potraktować całą sprawę jako przestrogę i pamiętać, co nam grozi, kiedy ktoś nam proponuje przewóz „pamiątek z zagranicy”. Oczywiście to, co się wydarzyło we Wrocławiu, jest przykładem mocnego kalibru, bo każdy, kto coś wie o polowaniu na Czarnym Lądzie, nie zaryzykuje takiej partyzantki, w dodatku bez dokumentów. Zwłaszcza że przypięta do czaszki kartka z nazwą afrykańskiego preparatora świadczy o tym, że trofeum zostało pozyskane w pełni legalnie i było przygotowywane do spedycji. Sam myśliwy powiedział otwarcie, że to jego trofeum po polowaniu w RPA. Tylko dlaczego podjął decyzje o zabraniu swojej zdobyczy od preparatora i przewozie w nielegalny sposób?

Jednemu się uda coś przemycić, czym się później chwali, a drugi straci licencję i trofeum oraz poniesie dotkliwe koszty. Czy warto tyle ryzykować w ramach oszczędności? Niestety, czasy, kiedy trofea z wypraw przywoziło się w bagażu rejsowym, minęły bezpowrotnie. To smutne, ale jeżeli jako myśliwi chcemy dalej przywozić trofea z safari, to musimy się zaadaptować do bieżącej sytuacji prawnej. Warto sobie zadać pytanie, czy w ramach spedycji iść w poprzek bruzd, czy raczej szukać alternatywnego, tańszego rozwiązania zgodnego z prawem. Jedno jest pewne – po tym nagłośnionym incydencie wzmożone kontrole bagażów z Afryki zapewne staną się normą…

Jakub Piasecki, Fot. Krajowa Administracja Skarbowa
 


Czytaj więcej

Jak ma się cena polowania do jego jakości?

Tak jak obiecałem, kolejny wpis jest już nie nagrywany, ale w formie tradycyjnej. Po wielu rozmowach, które ostatnio odbyłem przy okazji organizacji polowań w Afryce, a także na targach łowieckich, naszło mnie kilka przemyśleń i chcę się nimi podzielić. Rzecz dotyczy ceny polowania komercyjnego, dajmy na to w Kambaku, bo głównie tego miejsca dotyczy blog.

Zacząłem od końca, a teraz cofnę się do początku (jak zwykle pod prąd regułom, he, he). Skąd się pojawił pomysł, by podjąć taki temat? Otóż bardzo często, kiedy opowiadam o polowaniach w Afryce, spotykam się ze stwierdzeniem współrozmówcy, że łowy na Czarnym Lądzie mu się źle kojarzą. Zawsze pytam dlaczego. Odpowiedzi plasują się mniej więcej po równo między dwa powody. Połowa sądzi, że safari, zwłaszcza te z antylopami, to przereklamowana sprawa – warto zobaczyć, ale tylko raz w życiu. Druga połowa uważa, że polowanie wśród płotów to nie ich styl i Afryka przywodzi im na myśl rzeź.

W moim mniemaniu przyczyna zrażenia się do safari w obu przypadkach jest jedna – często przy wyborze polowania komercyjnego nasze główne kryterium to najniższy koszt. W rezultacie ostatnimi laty biura polowań zaczęły ze sobą rywalizować, ścigając się w obniżaniu cen. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć: bardzo dobrze, zdrowa konkurencja prowadzi do spadku cen zagranicznych polowań. Daje się to zaobserwować szczególnie na rynku polowań afrykańskich – naokoło aż się roi od tanich ofert. Niestety to, że nie jesteśmy bogatym społeczeństwem i przeciętny myśliwy planuje raczej jedną wyprawę do Afryki w życiu, doprowadziło do sytuacji, w której po wybraniu taniej oferty last minute na wspomnienie przygód w buszu maluje nam się na twarzy grymas zamiast uśmiechu.

Drodzy czytelnicy tego bloga, nie ma co owijać w bawełnę. Jeżeli oczekujemy świetnie przygotowanego, profesjonalnego polowania za granicą, to musimy się liczyć z tym, że nie znajdziemy go wśród najtańszych ofert. Mało tego – w większości przypadków wybór najniższej ceny okazuje się całkowitym wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Dobre polowanie musi kosztować. To nie wyjazd na grzyby, który każdy może jakoś zorganizować. Jeśliby się głębiej nad tym zastanowić, to wręcz logika podpowiada, że gdy jedziemy na polowanie tańsze o 1/3 od reszty propozycji, coś musi być nie tak. Cena jest albo ukryta, albo podyktowana oszczędnościami poczynionymi na organizacji, zakwaterowaniu lub samej formie polowania. Pół biedy, jeśli w zagranicznych łowach szukamy jedynie kości do powieszenia na ścianie. Jednak jeżeli oczekujemy czegoś więcej, przygody oraz wrażeń na lata, to wówczas warto sobie zadać pytanie: czy dołożyć i wspominać latami, czy żałować, że się tego nie zrobiło?

I na koniec ostatnia refleksja. Nie warto słuchać ludzi, którzy negatywnie oceniają afrykańskie polowania, a w gruncie rzeczy polowali na Czarnym Lądzie raz, i to w pakietowej wersji. Ten blog i historie na nim spisane są dowodem, że łowiectwo to świat wielkich, różnorodnych przygód. Wystarczy, że myśliwy ich pragnie, a one już same go znajdują.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej