Podchód głuszca – porady praktyczne

Sezon głuszcowy na Białorusi właściwie już dobiegł końca. Większość myśliwych wróciła ze strzelonym kogutem. Tegoroczne toki były bardzo dobre, głównie dzięki temu, że zima trwała tak długo, jak powinna. Przykładowo w zeszłym roku już w marcu na chwilę pojawiła się wiosna i koguty zaczęły tokować, po czym znów przyszła zima i całe tokowisko się rozregulowało. Na szczęście w tym roku uniknęliśmy takich problemów.

Mimo że toki były udane, po rozmowach z myśliwymi, którzy wrócili z Białorusi, postanowiłem nakręcić krótki film instruktażowy, aby zebrać w pigułce najważniejsze informacje dotyczące wyprawy na głuszce. Okazuje się, że w emocjonujących opowieściach z polowań trudno przekazać praktyczne wskazówki, głównie dotyczące samego podchodu tokującego koguta. Celem mojego filmu jest przygotowanie merytoryczne i praktyczne wszystkich myśliwych planujących się wybrać na te wspaniałe łowy w przyszłym roku.

Tak więc odkładamy na bok chwyty marketingowe, emocje i opowieści. Poniżej zbiór praktycznych informacji, dzięki któremu pojedziecie na polowanie przygotowani, a podchód tokującego koguta zakończycie celnym strzałem.

Zainteresowanym polecam mój artykuł nt. gospodarowania populacją głuszca na Białorusi, który można znaleźć w „Braci Łowieckiej” nr 1/2018 (w wersji pdf do pobrania TUTAJ).

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej

Wspomnienia wróciły

Niedawno odebrałem od preparatora moje trofea z Białorusi. Muszę przyznać, że wspomnienia wróciły z całą mocą. Aż nie chce się wierzyć, że minął już rok od tego wspaniałego polowania. Teraz mogę potwierdzić to, co mówią myśliwi starsi ode mnie stażem – podchód głuszca na tokowisku to coś, czym nie da się nasycić podczas jednego wyjazdu. Chodzi tu nie tylko o trofeum, lecz także o atmosferę i wielką satysfakcję, jaką przynosi to polowanie. Ale nie powiem, dzięki profesjonalnej robocie Artura mam dwa śliczne trofea, które każdego dnia przypominają mi, co przeżyłem za wschodnią granicą. Jestem pewien, że powtórzę te łowy, może już w przyszłym sezonie, bo – szczerze mówiąc – taka przygoda na wiosnę daje kopa i energię na cały myśliwski sezon.

Kibicuję mocno wszystkim, którzy w tym roku wybierają się z nami na głuszce. Właściwie najbardziej trzymam kciuki za dobrą, bezwietrzną pogodę, ponieważ ona stanowi klucz do sukcesu na tym polowaniu. Głuszec, mimo że to wielki ptak, w okresie toków wykazuje dużą wrażliwość na zmiany pogodowe. Na szczęście, gdy ciśnienie się waha i wieje wiatr, nadchodzi czas na integrację myśliwych, która też jest nieodzownym elementem łowów na Białorusi.

Niech białoruski bór darzy wszystkim uczestnikom tego pięknego polowania!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Czaszka pawiana zatrzymana we Wrocławiu

Kilka dni temu na wrocławskim lotnisku zatrzymano myśliwego z Danii, który nielegalnie przewoził czaszkę pawiana niedźwiedziego. Pomijając to, że taka forma transportu pozyskanego trofeum (przewóz w bagażu rejsowym) jest niedopuszczalna, trofeum tego gatunku wymaga dokumentacji CITES, a tej myśliwy również nie miał. Nie skończy się to dla niego dobrze, bo za wspomniany czyn grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Do kary na pewno zostanie doliczona grzywna i dojdzie przepadek mienia.

Możemy kwestionować sensowność ciągle zaostrzającego się prawa dotyczącego transportu trofeów, jednak nie zmieni to faktu, że obowiązuje ono wszystkich, zwłaszcza myśliwych. Warto potraktować całą sprawę jako przestrogę i pamiętać, co nam grozi, kiedy ktoś nam proponuje przewóz „pamiątek z zagranicy”. Oczywiście to, co się wydarzyło we Wrocławiu, jest przykładem mocnego kalibru, bo każdy, kto coś wie o polowaniu na Czarnym Lądzie, nie zaryzykuje takiej partyzantki, w dodatku bez dokumentów. Zwłaszcza że przypięta do czaszki kartka z nazwą afrykańskiego preparatora świadczy o tym, że trofeum zostało pozyskane w pełni legalnie i było przygotowywane do spedycji. Sam myśliwy powiedział otwarcie, że to jego trofeum po polowaniu w RPA. Tylko dlaczego podjął decyzje o zabraniu swojej zdobyczy od preparatora i przewozie w nielegalny sposób?

Jednemu się uda coś przemycić, czym się później chwali, a drugi straci licencję i trofeum oraz poniesie dotkliwe koszty. Czy warto tyle ryzykować w ramach oszczędności? Niestety, czasy, kiedy trofea z wypraw przywoziło się w bagażu rejsowym, minęły bezpowrotnie. To smutne, ale jeżeli jako myśliwi chcemy dalej przywozić trofea z safari, to musimy się zaadaptować do bieżącej sytuacji prawnej. Warto sobie zadać pytanie, czy w ramach spedycji iść w poprzek bruzd, czy raczej szukać alternatywnego, tańszego rozwiązania zgodnego z prawem. Jedno jest pewne – po tym nagłośnionym incydencie wzmożone kontrole bagażów z Afryki zapewne staną się normą…

Jakub Piasecki, Fot. Krajowa Administracja Skarbowa
 

Czytaj więcej

Pawian niedźwiedzi

Czytaj więcej

Jak ma się cena polowania do jego jakości?

Tak jak obiecałem, kolejny wpis jest już nie nagrywany, ale w formie tradycyjnej. Po wielu rozmowach, które ostatnio odbyłem przy okazji organizacji polowań w Afryce, a także na targach łowieckich, naszło mnie kilka przemyśleń i chcę się nimi podzielić. Rzecz dotyczy ceny polowania komercyjnego, dajmy na to w Kambaku, bo głównie tego miejsca dotyczy blog.

Zacząłem od końca, a teraz cofnę się do początku (jak zwykle pod prąd regułom, he, he). Skąd się pojawił pomysł, by podjąć taki temat? Otóż bardzo często, kiedy opowiadam o polowaniach w Afryce, spotykam się ze stwierdzeniem współrozmówcy, że łowy na Czarnym Lądzie mu się źle kojarzą. Zawsze pytam dlaczego. Odpowiedzi plasują się mniej więcej po równo między dwa powody. Połowa sądzi, że safari, zwłaszcza te z antylopami, to przereklamowana sprawa – warto zobaczyć, ale tylko raz w życiu. Druga połowa uważa, że polowanie wśród płotów to nie ich styl i Afryka przywodzi im na myśl rzeź.

W moim mniemaniu przyczyna zrażenia się do safari w obu przypadkach jest jedna – często przy wyborze polowania komercyjnego nasze główne kryterium to najniższy koszt. W rezultacie ostatnimi laty biura polowań zaczęły ze sobą rywalizować, ścigając się w obniżaniu cen. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć: bardzo dobrze, zdrowa konkurencja prowadzi do spadku cen zagranicznych polowań. Daje się to zaobserwować szczególnie na rynku polowań afrykańskich – naokoło aż się roi od tanich ofert. Niestety to, że nie jesteśmy bogatym społeczeństwem i przeciętny myśliwy planuje raczej jedną wyprawę do Afryki w życiu, doprowadziło do sytuacji, w której po wybraniu taniej oferty last minute na wspomnienie przygód w buszu maluje nam się na twarzy grymas zamiast uśmiechu.

Drodzy czytelnicy tego bloga, nie ma co owijać w bawełnę. Jeżeli oczekujemy świetnie przygotowanego, profesjonalnego polowania za granicą, to musimy się liczyć z tym, że nie znajdziemy go wśród najtańszych ofert. Mało tego – w większości przypadków wybór najniższej ceny okazuje się całkowitym wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Dobre polowanie musi kosztować. To nie wyjazd na grzyby, który każdy może jakoś zorganizować. Jeśliby się głębiej nad tym zastanowić, to wręcz logika podpowiada, że gdy jedziemy na polowanie tańsze o 1/3 od reszty propozycji, coś musi być nie tak. Cena jest albo ukryta, albo podyktowana oszczędnościami poczynionymi na organizacji, zakwaterowaniu lub samej formie polowania. Pół biedy, jeśli w zagranicznych łowach szukamy jedynie kości do powieszenia na ścianie. Jednak jeżeli oczekujemy czegoś więcej, przygody oraz wrażeń na lata, to wówczas warto sobie zadać pytanie: czy dołożyć i wspominać latami, czy żałować, że się tego nie zrobiło?

I na koniec ostatnia refleksja. Nie warto słuchać ludzi, którzy negatywnie oceniają afrykańskie polowania, a w gruncie rzeczy polowali na Czarnym Lądzie raz, i to w pakietowej wersji. Ten blog i historie na nim spisane są dowodem, że łowiectwo to świat wielkich, różnorodnych przygód. Wystarczy, że myśliwy ich pragnie, a one już same go znajdują.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Magiczny Wschód

Każda wyprawa myśliwska za naszą wschodnią granicę to dla mnie szczególnie wyczekiwany wyjazd. Już kilkadziesiąt kilometrów za przejściem granicznym z Białorusią świat przeobraża się tak, jakbyśmy zmienili nie kraj, ale co najmniej kontynent. Dla mnie osobiście ta konkretna granica jest nie tylko barierą fizyczną i prawną, lecz także rzeczywistym rozgraniczeniem poglądów i wartości. Z jednej strony skrawek lasu nazywanego przez wielu najstarszym, najbardziej naturalnym w Europie. Pełno tam i maszyn, i dziwnie wyglądających ludzi przypinających się łańcuchami do spróchniałych świerków. Z drugiej strony właściwa z nazwy puszcza zajmująca olbrzymi obszar, gdzie ludzie żyją w zgodzie z naturą. Jest tu miejsce zarówno na ochronę przyrody, jak i na gospodarkę surowcem drzewnym, a jednocześnie polowanie. Chociaż na Białorusi nieraz widziałem pnie po ściętych drzewach, a ich gospodarkę nazywa się rabunkową, to tym dzikim ostępom zdecydowanie bliżej mojego wyobrażenia puszczy. Właśnie wróciłem stamtąd z polowania na żubra, o którym chcę opowiedzieć.

Tej wyprawie towarzyszyły mieszane uczucia. Po pierwsze, słyszałem dużo złego o łowach na żubra. Wielu mówi, że to farsa bardziej przypominająca polowanie na bydło. W dodatku cała ta wojna w naszym kraju związana z odstrzałem żubrów w pewnym sensie obrzydziła mi myśliwsko ten gatunek. Na szczęście po raz kolejny na własnej skórze przekonałem się, ile są warte powtarzane plotki, oraz że na granicy świat się nie kończy.

Jak zwykle na Białorusi powalił mnie niepowtarzalny charakter tamtejszych obwodów łowieckich. Ogrom, naturalny wymiar oraz mozaika tworów przyrodniczych dają myśliwemu spore możliwości polowania zbiorowego i indywidualnego. Każdy, kto weźmie do ręki mapę, zobaczy, że większa część Puszczy Białowieskiej znajduje się na Białorusi. Ponadto po tamtej stronie stanowi ona nieprzerwany element rozległego ciągu drzewostanów. Jednak skalę tego podziału uświadamia dopiero wizyta na magicznym Wschodzie.

Łowy na żubra przybrały bardzo aktywną formę. Przez kilka dni polowaliśmy w różnych miejscach puszczy, głównie z podchodu. Białorusini wcale się nie kwapili do posadzenia nas na ambonie przy tonach karmy – zależało im na polowaniu w pobliżu pól, gdzie żubry powodują dotkliwe szkody. Wieczorne wyjścia spędzaliśmy w lesie, a poranne – na zejściach z rzepaków i ozimin. Dzięki temu przez czas polowania spotkaliśmy naprawdę dużo stad. W ogóle stany zwierzyny na Białorusi imponują. Oprócz królów puszczy w zasadzie na każdym wyjściu widzieliśmy jelenie, sarny i łosie. W trakcie łowów padł również wielki odyniec i udało się zaobserwować rysia. Wracając jednak do żubrów – myśliwsko przedstawiły się zupełnie inaczej niż te, które znam z okolić Hajnówki i Białowieży. Przede wszystkim były dzikie. Podejście stada to nie błahostka, ponieważ regularne zganianie z pól i polowania pozwoliły temu gatunkowi na Białorusi zachować naturalne instynkty. Strzał do złotomedalowego byka poprzedziły bardzo długi podchód i całe dni nieudanych prób. Można powiedzieć, że łowy były godne tego majestatycznego, prastarego zwierza.

Ze wszystkiego, co zobaczyłem i przeżyłem na ostatniej wyprawie, szczególnie zapamiętam jedną rzecz. Łowy na żubra odbyły się tak, jakbyśmy polowali na każdy inny gatunek. Nikt nie robił wielkich oczu, gdy zobaczył myśliwych albo usłyszał, że jadą oni na tego zwierza. Dla miejscowego społeczeństwa była to normalna sprawa. Powiem szczerze, że moje pierwsze skojarzenie to Zimbabwe. Zwróciłem na to uwagę tym bardziej, że podczas gdy my polowaliśmy na żubra, w Polsce zmienił się minister środowiska, a politycy znowu zaczęli rywalizować o głosy wyborcze rolników oraz środowisk antymyśliwskich. Żegnając białoruską służbę celną, pomyślałem: i gdzie nas doprowadziła ta nowoczesność? Może i żyje się u nas lepiej, ale za to tkwimy w hipokryzji. Aby zapolować na żubra, trzeba jechać do naszych wschodnich sąsiadów, mimo że niemal wszyscy naukowcy są zgodni co do potrzeby regulowania populacji tego gatunku w Polsce przez odstrzały.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej