Kambaku w filmowym kadrze

Rykowisko za pasem. Chłodne, mgliste poranki, wychlapane przez jelenie kałuże, ślady jeleniej agresji na śródleśnych zakrzaczeniach. Emocje sięgają zenitu nie tylko w byczych chmarach, lecz także wśród polującej braci. Tak, drodzy koleżanki i koledzy, niejako jak byki w rykowisko wchodzimy w czas nieprzespanych poranków, zarwanych nocy i najpiękniejszych łowieckich przeżyć. Życzę wszystkim tylko tych pozytywnych emocji, przede wszystkim koleżeńskiego podejścia oraz braku zazdrości. Niech rykowisko będzie prawdziwym świętem myśliwych!

W wolnej chwili zachęcam do obejrzenia krótkiej produkcji o obwodzie łowieckim Kambaku w Namibii. To w trakcie mojego pobytu tam i pracy na jego terenie zrodził się pomysł utworzenia tego bloga. Film, choć krótki, to w pełni oddaje ducha tego miejsca – dzikość sawanny pomieszaną z rodzinną i nastrojową atmosferą. W pierwszych kadrach pojawia się Stefan, główny profesjonalny myśliwy w Kambaku, którego część polskich myśliwych miała okazję poznać osobiście. O namibijskiej przyrodzie opowiadają również Larisa oraz Jim – przewodnicy związani z aktywnościami jeździeckimi. Widzimy, jak konno zbliżają się na małe odległości do przedstawicieli namibijskiej fauny. Z jednej strony, jak już kiedyś pisałem, zwierzyna na sawannie reaguje spokojem na wszystko, co się porusza na czterech nogach (nawet jeśli jest to człowiek na koniu). Z drugiej zaś obszar 2,5 tys. ha wokół hotelu i stadniny koni został wyłączony z użytkowania łowieckiego – stanowi swoisty matecznik dla zwierzyny, która oswaja się z obecnością człowieka i pozwala mu skrócić dystans. Dzięki temu, że wciąż kręcą się tam ludzie, w obrębie tej strefy występuje mniej drapieżników. Niezależnie od tego cały obszar farmy (10 tys. ha w ubiegłym roku powiększone o 4,5 tys. ha gruntów dzierżawionych od sąsiada) podzielono na sektory będące samodzielnymi łowiskami, co daje możliwość bezkolizyjnej organizacji polowań i innych aktywności.

Wracając do filmu, polecam zwrócić szczególną uwagę na sceny z myśliwskiego obozu oraz moment podchodu antylop – na chwilę pojawia się tam Paulus, mój mistrz i mentor, jeśli chodzi o tropienie oraz podchód zwierząt zamieszkujących sawannę, o którym niejednokrotnie wspominałem na blogu.

Życzę przyjemnego kilkuminutowego seansu, a wszystkich zainteresowanych wyprawą do tego urokliwego zakątka Czarnego Lądu zapraszam do kontaktu!

Jakub Piasecki

 

Czytaj więcej

Polowanie na lamparty

Jakiś czas temu obwód łowiecki Kambaku w Namibii udostępnił ofertę polowania na lamparta, którą rozpowszechniłem na swoim profilu na Facebooku. Przy tej okazji wywiązała się zażarta dyskusja. Brali w niej udział, oczywiście, pseudoekolodzy, a także sami myśliwi. I to właśnie komentarze kolegów po strzelbie skłoniły mnie do napisania po raz kolejny kilku słów o polowaniach na lamparty.

Na początek trochę humoru. Niedawno bardzo mocno uzmysłowiłem sobie, że niestety są wśród nas patologiczne jednostki niepotrafiące przemilczeć swoich braków w wiedzy i doświadczeniu. W dyskusji internetowej pod postem promującym polowanie na lamparta pojawił się komentarz, którego autor przedstawił się jako praktykujący myśliwy i stwierdził, że tylko – jak to ujął – „debile” mogą polować na tak piękne zwierzę. Jako jeden z tych „debili” na wstępie muszę z przykrością zauważyć, że edukacja łowiecka kuleje również w naszym środowisku. Nigdy nie sądziłem, że na blogu myśliwskim będę wyjaśniał to, że jako myśliwi polujemy w oparciu o zasadę regulacji liczebności gwarantującą funkcjonowanie całego ekosystemu, a wyznacznika naszych działań nie stanowi podział na „zwierzęta ładne” i „zwierzęta brzydkie przeznaczone do odstrzału”. Pytanie, który gatunek jest na tyle „brzydki”, że autor wspomnianego komentarza na niego poluje.

Zostawiam jednak żarty na boku i przechodzę do meritum. W Namibii liczba dziko żyjących kotów, zwłaszcza lampartów, gepardów i lwów, podlega regularnej kontroli. Inwentaryzacji drapieżników dokonują zarządcy obwodów łowieckich (właściciele farm, zarządcy parków narodowych, zarządcy miast), a organem kontrolującym wyniki inwentaryzacji jest NAPHA (Namibijski Związek Profesjonalnych Myśliwych, ang. Namibia Professional Hunting Association) w porozumieniu z Ministerstwem Środowiska i Turystyki. Każdy obwód, który chce zorganizować odstrzał lamparta, ubiega się o specjalne upoważnienie wydawane przez ministerstwo i ważne tylko przez rok, przy czym liczebność danego gatunku musi być na tyle duża, że mimo odstrzału zostanie zapewniona ciągłość istnienia populacji zamieszkującej dany obszar. W przypadku lampartów rachunki nie są skomplikowane, ponieważ to bardzo terytorialne koty i jedynie w okresie godów tolerują innego osobnika na swoim terenie. Wielkość terytorium zależy od zasobności w pożywienie i wodopoje. Obecność fotopułapek przy zbiornikach z wodą pozwala zinwentaryzować koty oraz ocenić ich płeć, wiek i wielkość. Obwód, który otrzyma upoważnienie od ministerstwa, wnioskuje o imienną zgodę na odstrzał dla konkretnego myśliwego. Nierzadko się zdarza, że przedstawiciele urzędu i NAPHA kontrolują sposób przeprowadzenia polowania. Warto w tym miejscu przypomnieć, że zgodnie z namibijskim prawem można pozyskiwać tylko osobniki płci męskiej o wadze powyżej 50 kg. Czas polowania ogranicza się do momentu, gdy operuje słońce, poniważ w Namibii obowiązuje całkowity zakaz stosowania sztucznego światła w celach łowieckich. Po polowaniu pozyskany osobnik jest sprawdzany przez przedstawicieli obu wymienionych wyżej instytucji. Jak widać, łowy podlegają ścisłej kontroli na każdym etapie. Złamanie któregoś z zakazów powoduje, że obwód traci licencję na organizację polowań.

Dlaczego poluje się na lamparty? Przede wszystkim nadmierne wysycenie drapieżnikami danego terenu powoduje dotkliwe szkody w zwierzynie i zwierzętach gospodarskich. Problem wiąże się z liczbą pojawiającego się potomstwa (przypomnę, że młode przebywają z matką przez trzy lata). Za pomocą odstrzałów dąży się do takiej sytuacji, aby młode lamparty mogły zajmować terytoria po starych samcach. Osobniki wędrujące w poszukiwaniu terytorium na długich dystansach prędzej czy później trafiają na stada bydła domowego i pojawiają się problemy, ponieważ lampart, który zasmakuje w zwierzętach hodowlanych, już do końca życia będzie na nie polował. Warto wspomnieć, że Namibia to kraj pasterski i hodowla zwierząt stanowi wielopokoleniową tradycję. Lokalna ludność uważa więc lamparty za duży problem i często są one nielegalnie uśmiercane bez żadnej racjonalnej selekcji. Ekskluzywność i cena polowania na te koty z jednej strony pozwala choć trochę zrekompensować straty hodowcom, a z drugiej zniechęca członków miejscowej społeczności do bezmyślnego zabijania lampartów.

Sporo osób sądzi, że łowiectwo afrykańskie to istny chaos przyrodniczy i biznes dla wybrańców. Prawda wygląda jednak zupełnie inaczej, a w wielu punktach działania myśliwskie okazują się bardziej perspektywiczne i przemyślane niż w naszej „eko” Europie. Polowania na lwy, lamparty, słonie, krokodyle czy hipopotamy w niektórych kręgach kojarzą się ze zbędnym snobizmem, warto jednak pamiętać, że mimo abstrakcyjnych cen takich łowów są one podyktowane względami przyrodniczymi i społecznymi. W krajach takich jak Namibia do polowania nie dorabia się teorii czy ideologii, tylko jeżeli zachodzi konieczność jego przeprowadzenia, to stara się z tego stworzyć wartościowy produkt.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Dlaczego wstydzimy się łowiectwa?

Przeglądając fora łowieckie oraz czytając komentarze pod artykułami dotyczącymi tematyki myśliwskiej, można dojść do wniosku, że każdy z nas ma swój pomysł na funkcjonowanie łowiectwa. Można też uznać, że każda zaproponowana koncepcja jest zła, każde rozwiązanie ma wady, a nawet jeśli jest dobre i trafne, to zostało zaproponowane za późno. Dlaczego tak lubimy siebie krytykować i tak bardzo nas boli, gdy ktoś przejmuje inicjatywę? Zarazem dlaczego potrzeba miesięcy i lat do tego, żeby ktoś zaproponował jako oczywiste rozwiązanie od dawna znaną receptę na palące problemy?

Jest nas ponad 120 tys. Z jednej strony to bardzo mało jak na tak zaludniony kraj, z drugiej zaś tylu ludzi zrzeszonych w jednym związku to wcale niezła liczba. Wszystko zależy od punktu widzenia. To rzeczywiście za mało, żeby zyskać poważanie, pozycję społeczną i aby oczekiwać zrozumienia. Jednak w zupełności wystarczy do obrony idei stowarzyszenia. W naszym zrzeszeniu wielu kolegów piastuje stanowiska polityczne, wykonuje zawody zaufania społecznego czy zaliczane do tych prestiżowych. Jesteśmy lekarzami, wojewodami, sędziami, przedsiębiorcami zatrudniającymi setki tysięcy ludzi, psychologami i właścicielami ziemskimi. Czyli tak naprawdę mamy bardzo dużo do powiedzenia niemal w każdej dziedzinie i dzięki temu zyskujemy pełno argumentów, by nie tylko bronić łowieckiej pasji, lecz także ją promować.

Niestety, gdy wstydzimy się bycia myśliwymi, bardzo często stajemy po tej samej stronie co nasi przeciwnicy. Ktoś powie: jak można się wstydzić polowania? Ano mocni jesteśmy tylko na forach, gdy rozmawiamy w swoim wąskim gronie. Niech za przykład posłuży tu ten bzdurny przepis wprowadzony ubiegłoroczną nowelizacją Prawa łowieckiego zakazujący udziału dzieci w polowaniach. Abstrahując od jego sensowności, przyjrzyjmy się faktom. Opinia publiczna została zarzucona wypowiedziami psychologów jawnie wspierających pseudoekologów. Dlaczego żaden psycholog, który jest myśliwym (a takich znalazłoby się wielu), nie znalazł w sobie odwagi, by wypowiedzieć się publicznie w tej kwestii i zająć stanowisko? Można by się pokusić o stwierdzenie, że chyba nie ma nic do dodania i rzeczywiście dzieci myśliwych to przyszli terroryści. Tylko że anonimowymi środkami przekazu przedziera się głos, że sprawa dzieci wygląda zupełnie inaczej, a na potwierdzenie tego są badania. Dlaczego informacje o tym podają publicyści, a każdy psycholog boi się pod tym podpisać? Drugi przykład to celowe skłócanie nas ze środowiskami rolniczymi przez nieustanne zarzucanie nam braku zaangażowania w przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się ASF-u. Nie zostawia się na nas suchej nitki. Dlaczego właściciele wielkich gospodarstw, którzy są myśliwymi, nie zajmują stanowiska w tej kwestii?

Przykłady można by mnożyć, ale po co? Przecież nie ma sensu nieustanne oskarżanie się nawzajem o obecny stan rzeczy. Warto jednak uzmysłowić sobie, że dopóki będziemy się identyfikować z polowaniem tylko w naszym własnym gronie, dopóty nic się nie zmieni. Klucz do rozwiązania większości problemów znajduje się w naszym zrzeszeniu. Tym kluczem jesteśmy my sami, nasze wzajemne relacje i nasza postawa wobec niepolujących, jaką prezentujemy każdego dnia. Jakie to smutne, że przeważnie to adepci łowiectwa, dopiero co po zdaniu egzaminu, są tymi, którzy chlubią się łowiectwem, a starzy myśliwi z doświadczeniem i wiedzą często udają cywilów i wręcz ukrywają swoją pasję łowiecką.

Teraz nadszedł czas, aby dać coś od siebie i wyjść ze swoją pasją poza obwieszony trofeami salon. Wiadomo, że słowa proste w pisaniu i czytaniu mogą być bolesne w realizacji. Dla wielu z nas przyznanie się do bycia myśliwym nie tylko niesie za sobą nagonkę społeczną, lecz także często przekłada się na straty materialne. Uważam jednak, że mimo wszystko obecny czas to moment, kiedy myśliwi powinni wyjść z cienia i jasno określić swoją łowiecką tożsamość. Nasze zrzeszenie nie potrzebuje jedynie członków korzystających z prawa do wykonywania polowania. Potrzeba nam odważnych osób, które dadzą przykład własną postawą i wezmą w obronę zasady przyświecające łowiectwu oraz myśliwskie tradycje.

Dziękuję wszystkim, którzy każdego dnia podejmują próby edukowania społeczeństwa w zakresie łowiectwa. Choć zabrzmi to banalnie, edukacja to działanie perspektywiczne, a niczego nam tak nie potrzeba, jak dobrych perspektyw na przyszłość.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Botswana znosi zakaz polowań na słonie

Pod koniec zeszłego tygodnia w sieci zawrzało. Pojawiła się bowiem długo wyczekiwana decyzja, o której już od roku mówiło się w kuluarach – Botswana przywraca polowania komercyjne na słonie. Dla jednych to szok, a dla drugich – naturalne następstwo tego, co się dzieje w dolinie Okawango.

Przypomnijmy, że w obliczu medialnych antyłowieckich happeningów po strzeleniu lwa Cecila kraje południowej Afryki jeden po drugim zaczęły się zastanawiać nad wstrzymaniem odstrzałów komercyjnych. W 2014 r. Botswana, mająca najliczniejszą na Czarnym Lądzie populację słoni, zdecydowała się zablokować polowania na ten gatunek. Wywołało to szok u znawców tematu, ponieważ ten kraj nazywano bijącym sercem wielkiej czwórki, do której należą także RPA, Namibia oraz Zimbabwe. Ten bardzo dziki, niesamowicie malowniczy kraj położony w delcie rzeki Okawango od zawsze stanowił ostoję licznie występujących przedstawicieli afrykańskiej wielkiej piątki.

Jak się można było spodziewać, już kilka miesięcy po rezygnacji z polowań komercyjnych Botswana zaczęła się mierzyć z ogromnym problemem kłusownictwa. Okazało się, że pieniądze, które idą za odstrzałem komercyjnym, pozwalają na dużo lepszą kontrolę populacji i ochronę przed nielegalnym zabijaniem zwierząt. Za doskonały tego przykład od zawsze służyła Namibia, a od pewnego czasu – także zintensyfikowane polowania komercyjne w Zimbabwe.

Botswanę przez ostatnie kilka lat pochłaniały wewnętrzne konflikty między zwolennikami powrotu do polowań, czyli głównie ludnością zamieszkującą ten kraj, a jego przeciwnikami, reprezentowanymi przez niektóre światowe organizacje ochrony przyrody i zamożne społeczeństwa Ameryki i Europy. Nasilenie odstrzałów selekcyjnych słoni w sąsiednim Zimbabwe doprowadziło do dużego przegęszczenia ich populacji w dolinie Okawango, przez co – jak się możemy domyślić – wzrosła skala konfliktów i szkód powodowanych przez te największe ssaki lądowe. Dodatkowo kłusownictwo, nad którym nikt nie ma kontroli, zaczęło na przestrzeni lat przyjmować coraz to bardziej bezczelną formę.

Ciekawe, czy Botswana wytrwa w swoim postanowieniu czy wzorem polskiej sytuacji z odstrzałem łosi szybko się ugnie pod zielonym sztandarem. Jedno nie ulega wątpliwości – tamtejsza ludność jest bardzo zdeterminowana, a dobrze przeprowadzone polowania komercyjne nie dość, że pozwolą w pewnym stopniu zapanować nad populacją, to jeszcze przyniosą wymierne korzyści lokalnemu społeczeństwu.

Nie należy się dziwić, gdy ktoś się nie zgadza z odstrzałem słoni. Te majestatyczne zwierzęta żyją w skomplikowanych komórkach socjalnych, które można nazwać rodzinami. Siła relacji między poszczególnymi osobnikami jest wręcz niespotykana. Długowieczność sprawia, że ze słoni bije również niesamowita mądrość i ma się wrażenie, że potrafią czytać i rozumieć intencje ludzi spotkanych w buszu. Sam niejednokrotnie tego doświadczyłem, co nieraz opisywałem na tym blogu. Jednak z drugiej strony zagęszczenie tych zwierząt w niektórych regionach Zimbabwe i Botswany kilkanaście albo kilkadziesiąt razy przewyższa to gwarantujące swobodną koegzystencję z ludźmi, co stwarza realną potrzebę selekcji populacji. Jeśli przy okazji zyskałaby na tym lokalna społeczność, to wydaje się to salomonowe rozwiązanie. Pamiętajmy też, że przegęszczenie nigdy nie jest dobre również od strony zdrowotnej populacji. Za przykład niech posłuży ten nasz nieszczęsny łoś nad Biebrzą, w ostatnim czasie borykający się z chorobami i widocznym spadkiem kondycji.

Botswano, trzymamy za ciebie kciuki!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Przez suszę konieczna redukcja pogłowia zwierzyny

W Kambaku deszcz nie przyszedł przed nadejściem pory suchej. Niestety spełnił się najczarniejszy scenariusz – pożywienia nie starczy dla wszystkich dzikich mieszkańców tego terenu. To już jest pewne. Normalny roczny opad w Kambaku wynosi 700–900 mm, jak pamiętam, zdarzało się też powyżej 1450 mm. W tym roku szacuje się, że w regionie spadło zaledwie 170 mm deszczu! Od strony łowieckiej konieczna staje się więc wzmożona redukcja gnu oraz elandów. Te dwa gatunki antylop oraz guźce jako pierwsze zareagują na brak pokarmu i u schyłku pory suchej zaczną masowo padać z osłabienia (a pisząc dosadniej – z głodu).

Po sezonie polowań dla gości z zagranicy intensywną redukcję – oczywiście zgodnie z regułami selekcji i z zachowaniem trzonu populacji, który zagwarantuje jej rozwój wraz z nastaniem pory deszczowej – przeprowadzą gospodarze farmy Kambaku. Sytuacja nieciekawie odbije się także na bawolcach krowich (ang. hartebeest). Końcówka października oraz listopad to będą prawdziwe żniwa dla lampartów, gepardów i szakali. Można z całą pewnością założyć, że drapieżniki szybciej i intensywniej przystąpią do rozrodu ze względu na większy niż zazwyczaj sukces łowiecki. Zdecydowanie najlepiej w tej sytuacji poradzi sobie populacja oryksa. Te naturalnie zamieszkujące półpustynie antylopy są przyzwyczajone i fizjologicznie przystosowane do trudnych, wręcz ekstremalnych warunków bytowania.

Tak więc można śmiało powiedzieć, że kryzys wynikający z braku opadów w porze deszczowej dotknie wszystkich mieszkańców sawanny, choć nie w takiej samej skali. Hodowcy bydła mają się dużo gorzej. Trzeba pamiętać, że namibijska sawanna to również tradycja wypasu krów, owiec i kóz. Te zwierzęta nie potrafią tak jak antylopy radzić sobie z brakiem pożywienia. Wielu hodowców w tym momencie zostało zmuszonych do likwidacji całych stad, nierzadko stanowiących majątek pokoleniowy. Pogarszająca się sytuacja i olbrzymia podaż oczywiście sprawiły, że cena skupu żywca czy mięsa spadła do tak niskiego poziomu jak nigdy. Dlatego położenie hodowców, którzy w nadziei na deszcz czekali do końca z likwidacją swoich stad, jest dramatyczne. Pozostaje nam współczuć oraz wierzyć, że grudzień przyniesie obfite deszcze (pora deszczowa w Namibii, u podnóża Waterbergu, zaczyna się w listopadzie i trwa do końca marca), a następny sezon pozwoli wrócić do normy.

Na pocieszenie trzeba dodać, że niektórzy wolni mieszkańcy sawanny nic sobie nie robią z dramaturgii sytuacji i bawią się w najlepsze, co widać na poniższym zdjęciu ilustrującym akt płciowy żółwi lamparcich.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Polowanie… na prezent?

Na odległych krańcach białoruskich borów bagiennych jeszcze gdzieniegdzie słychać subtelną pieśń tokową głuszców. Ostatnie grupy myśliwych wracają do kraju z upragnionymi trofeami i wspomnieniami pozwalającymi przetrwać w szarej rzeczywistości do jesiennej wyprawy na łosia. Z kolei Czarny Ląd niebawem przyjmie pierwszych śmiałków, których powita namibijska jesień. Obóz w Kambaku jest już przygotowany, ścieżki do podchodu – poprawione. Słowem: busz czeka na myśliwych. Ciągle coś się kończy i coś się zaczyna. Moim marzeniem (w tej chwili zdecydowanie nieosiągalnym) jest uczestnictwo w kilku z rzędu zupełnie różnych polowaniach organizowanych na innych częściach globu. Zaczynając od zimnego Wschodu, przez Bałkany, nieprzebyte zakątki Kanady i w rozgrzanej Afryce kończąc.

Ale zostawmy marzenia. Dzisiaj chcę napisać o polowaniu z innego punktu widzenia. Wielu z nas często staje przed problemem znalezienia wyjątkowego podarunku dla wytrawnego myśliwego z okazji czy to okrągłego jubileuszu, czy to innej uroczystej okoliczności. Niedawno na łamach ukazał się artykuł o polowaniu na muflona, które było właśnie takim prezentem. Sam również miałem przyjemność rozmawiać z człowiekiem, któremu żona ufundowała wyprawę na głuszca. Zainteresowany został o tym upominku poinformowany dużo wcześniej – w końcu wyjazd musiały poprzedzić przygotowania. Tym bardziej że nasz bohater nigdy wcześniej nie polował za granicą. Jak sam wspomina, to, że polowanie było prezentem od żony, stanowiło dodatkową motywację do tego, by się do niego przygotować zarówno merytorycznie, jak i fizycznie.

Jak wiemy, niejeden nemrod myślał, że strzelenie głuszca to czysta formalność, a później doznał szoku, gdy zobaczył, z jakim wysiłkiem i emocjami wiąże się polowanie z podchodu na tego wspaniałego ptaka. Wspomniany myśliwy na Białorusi nie opuścił żadnego wyjścia, próbował do końca, aż na dwa dni przed powrotem bór podarzył mu pięknym kogutem. Ostatniego poranka strzelił jeszcze cietrzewia. Dziś wspomina, że to pamiętne polowanie było dla niego najważniejsze w życiu. Dlaczego? Po pierwsze, marzył o nim od wielu lat. Po drugie zaś, dała mu je w prezencie żona, co niejako postawiło go w sytuacji, w której musiał dać z siebie wszystko. Gdy inni koledzy z kwatery biesiadowali do późnych godzin porannych, on kładł się spać, ponieważ nie wyobrażał sobie zmarnowania choćby jednego ranka.

Oczywiście trudno opisać w szczegółach radość i znaczenie zdobytych trofeów, jednak słowa myśliwego można streścić tak – dzięki temu, że polowanie było upominkiem, zyskało rodzinny wymiar, zaowocowało wzmocnieniem relacji z bliskimi i zwiększyło akceptację dla łowieckiej pasji niepolującej części krewnych. Wspomnienia z polowania i uzyskane trofea stały się automatycznie elementami rodzinnej historii.

Jak się zatem okazuje, obdarowując kogoś odpowiednio przygotowanym i przeprowadzonym polowaniem, można wpłynąć również na jego najbliższe otoczenie. Tak jak chwalimy się grawerowanym nożem, tak będziemy się dzielić wrażeniami z dobrych łowów, więc informacje o odbytej jubileuszowej czy rocznicowej wyprawie nie tylko dotrą do kolegów po strzelbie i parającej się myślistwem części rodziny, lecz także rozniosą się wśród niepolujących osób z kręgu obdarowanego. Polowanie w ramach prezentu to wobec tego niedoceniany sposób promocji łowiectwa. A ostatecznie co stoi na przeszkodzie, żeby zabrać na nie obdarowującego jako współtowarzysza?

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Safari na horyzoncie

Marzec zwykle żegna nas w Polsce piękną wiosną, świeżym powietrzem oraz nastrojem budzącego się życia i nadziei. Tymczasem po drugiej stronie równika końcówka marca oznacza wyrok – deszcz już raczej nie spadnie… Ten rok okazał się wyjątkowo skąpy w opady i wystawił mieszkańców buszu północno-wschodniej Namibii na kolejną próbę. W październiku w obwodzie łowieckim w Kambaku trzeba będzie na pewno zintensyfikować odstrzał, szczególnie gatunków w pierwszej kolejności reagujących na brak pożywienia, czyli elandów i gnu błękitnych.

Ten sezon zapowiada się bardzo ciekawie. Jeżeli św. Hubert pozwoli, to na blogu pojawią się relacje z Białorusi, ze słoweńskich Alp, z Namibii i miejsca, na które czekam najbardziej – Zimbabwe. Na myśl o bezkresnych przestrzeniach dzikiego buszu okolic Hwange serce wyrywa mi się z piersi.

Koniec zimy sprzyja sentymentalnym nastrojom i wspomnieniom. Pamiętam, jak poznałem mojego afrykańskiego przyjaciela, właściciela farmy Kambaku, na polowaniu na byki na Mazurach. Prawie 10 lat temu po raz pierwszy zabrał mnie w podróż życia. Przed moim inicjalnym wyjazdem na podbój Czarnego Lądu powiedział mi, wówczas jeszcze młodemu studentowi leśnictwa: „Zobaczysz, Afryka uzależnia”. I uzależnienie trwa. Dostrzegam je nie tylko u siebie, lecz także – ze względu na swoją profesję – u wielu kolegów po strzelbie. Czasem jestem świadkiem, jak afrykański bakcyl pojawia się znikąd i całkowicie zmienia łowieckie upodobania któregoś myśliwego. Swoją drogą czerpię ogromną satysfakcję, kiedy udaje mi się kogoś zarazić uzależnieniem od Afryki. Pod odpowiednią kontrolą jest ono bardzo pozytywne i poszerza horyzonty. Mój afrykański nałóg, niestety, wymknął się spod kontroli. Przytępione na co dzień zmysły budzą się, gdy tylko na horyzoncie pojawi się widmo dobrego safari. Zastygnięte mięśnie nagle dostają zastrzyk adrenaliny i chcą znów ruszyć trzycyfrową masę przez gęsty busz. Zszarzała od codzienności sylwetka nagle przybiera jaskrawych barw i pełnego, zdecydowanego wyrazu.

Tak, Afryka uzależnia. Najgorsze i zarazem najlepsze w tym uzależnieniu jest to, że nawet kontrolowane stopniowo postępuje. Gdy tylko podołamy jednemu wyzwaniu, od razu na horyzoncie pojawia się kolejne, które spędza sen z powiek. Konieczność wystawienia naszych łowieckich umiejętności na coraz bardziej zaskakującą próbę pozwala się wspiąć na wyżyny wydolności fizycznej i emocjonalnej. Wszystko okraszone niebezpieczeństwem, nieprzewidywalnością i poczuciem powrotu do korzeni myślistwa, co sprawia, że polowanie w dzikich zakątkach Afryki całkowicie pochłania.

Uczucie towarzyszące myśliwemu stojącemu oko w oko z szarżującym dzikim bawołem oraz podmuch tej siły, która zmiata wszystko przed sobą, zmienia nieodwracalnie. Pragnienie strachu, piękna, potęgi przyrody i adrenaliny co chwilę się budzi, nie daje odpocząć i cały czas ciągnie ku nowemu wyzwaniu. Kieruje na drogę poświęceń i wyrzeczeń. Wszystko po to, żeby w końcu przeżyć kolejną noc pod rozgwieżdżonym afrykańskim niebem.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Newsy z namibijskiego buszu

Końcówka sezonu była bardzo burzliwa dla nas wszystkich. Informacje z łowieckiego świata i pełne zwrotów akcji wydarzenia na myśliwsko-politycznej scenie wywoływały mieszane emocje o takiej sile, że chyba nawet najspokojniejszym puściły nerwy. Trzeba mieć nadzieję – choć, jak mówią, jest ona matką głupich – że kolejny już przewrót i zmiana u sterów naszej władzy okażą się na jakiś czas ostatnie. Czekają nas przedłużenia umów dzierżaw obwodów łowieckich i zapewne przy tym znów nam skoczy adrenalina, bynajmniej nie z przyczyn przyrodniczych. Powiem szczerze, że brakuje mi słów na komentowanie tego wszystkiego, co się wokół naszej pasji dzieje. Lepiej w ramach przerwy od polityki przenieść się na chwilę na Czarny Ląd. Być może te kilka newsów z Afryki kogoś zainteresuje i na chwilę pozwoli wyjść poza nasze pełne niezgody podwórko.

Zmiany klimatyczne dają się we znaki nie tylko nam. W Kambaku ciągle czekają na deszcz z nadzieją, że marzec odmieni sytuację, która wygląda, delikatnie mówiąc, kiepsko. Wszystkie gatunki zamieszkujące sawannę wyjątkowo szybko zaczęły wydawać potomstwo, co przez chwilę wróżyło szybką i obfitą porę deszczową. Niestety, do dziś rejon Waterbergu dostał ok. 150 mm deszczu, co w zestawieniu z wynikami z poprzednich lat, oscylującymi między 550 a 950 mm, jest tragedią. Rozpoczęła się wegetacja, jednak część roślin zaczyna usychać. Wszelka ilość świeżej trawy w zasadzie podlega spożyciu na bieżąco przez pokaźne stada roślinożerców. Jeżeli deszcz pojawi się obficie w marcu, a jesień spóźni się jak pora deszczowa, to sytuacja ma szansę się unormować. Jeśli jednak spóźnionemu deszczowi będzie towarzyszyć załamanie temperatur, to o przyroście masy zielonej możemy zapomnieć.

Sytuacja z nienadchodzącą w terminie porą deszczową przełożyła się na kondycję niektórych antylop. W ostatnich miesiącach nasiliły się zachorowalność na wściekliznę i spowodowane przez nią upadki wśród kudu oraz elandów. Odmiana tej choroby u antylop dotyka szczególnie samotne, dorosłe osobniki. Przenosi się w układzie horyzontalnym bez konieczności ugryzienia. Istnieją różne hipotezy dotyczące transmisji wirusa, ale dochodzi do niej prawdopodobnie przez kontakt ze śliną pozostawianą na zgryzanych pędach akacji (jej kolce mogą naruszać ciągłość błon wewnątrz jamy gębowej, przez co otwierają dostęp chorobotwórczym mikroorganizmom) lub na lizawkach w miejscach dużych koncentracji zwierząt bądź też podczas wzajemnego wylizywania się zwierząt w ramach zachowań socjalnych. Jak mówią Namibijczycy, nie bez znaczenia prawdopodobnie są też osłabiające organizm toksyny wydzielane przez regularnie zgryzane krzewy.

Zarówno myśliwym, jak i wszystkim turystom wybierającym się do Namibii muszę przekazać wiadomość mnie osobiście bulwersującą. Zasady i wymogi odnośnie do wydawania wiz w ambasadzie Namibii w Berlinie, pod którą podlegają turyści z Polski, znowu się zmieniły. To już chyba taka tradycja, że z początkiem nowego sezonu wyjazdowego możemy popaść w kompleksy, patrząc, jak nasi zachodni sąsiedzi bez skrępowania wsiadają w samolot i z automatu dostają wizę na granicy Namibii. W tym roku polski turysta musi nie tylko liczyć się z wysokimi opłatami, kilogramami dokumentów i poświadczeń oraz problemami z obsługą konsularną, lecz także postarać się jeszcze o gwarancję bankową w języku angielskim od swojego prywatnego banku i poświadczyć ją saldami konta z ostatnich trzech miesięcy. To nie żart, takie wytyczne znajdują się na stronie ambasady. Rozsądny człowiek od razu pomyśli: „Chyba nas tam nie lubią”. Z moich informacji wynika, że ten problem już podnosili w Namibii organizatorzy turystyki nastawieni na grupy z Polski, niestety na razie bezskutecznie. Wszystkim wybierającym się tam powiem tylko tyle – trudności kończą się w samolocie, a później zostają wyłącznie radość, gwieździste niebo, stada antylop i piękno tego niepowtarzalnego kraju.

Na koniec wieści o szczególnie poszukiwanej przez miłośników trofeistyki antylopie, czyli antylopowcu szablorogim, zwanym „szablą”. Jestem pełen nadziei, że najdalej w ciągu najbliższych dwóch sezonów łowieckich będziemy mieć możliwość pozyskania tego gatunku na bardzo dobrych warunkach, niespotykanych nigdy dotąd. Powód spadającej ceny tej pięknie urożonej antylopy to duże zainteresowanie myśliwych. Niegdyś ten gatunek należał do bardzo ekskluzywnych i szczególnie drogich w odstrzale, co wynikało, oczywiście, z trudności w hodowli oraz ograniczonej liczby dojrzałych byków do odstrzału. W odpowiedzi na znaczny popyt łowiecki farmerzy w RPA zaczęli masowo hodować te zwierzęta. Jeden za drugim wpuszczali stada rozrodcze, nad którymi roztaczali szczególną pieczę, licząc na dobry zarobek w przyszłości. Założone stada jednocześnie weszły obecnie w taki wiek, że nie opłaca się już trzymać dojrzałych byków, więc ceny poszły w dół i „szabla” pojawiła się jako pakietowy dodatek do bawołu czy lwa. Sytuacja hodowlana na farmach w RPA automatycznie wpłynęła na obniżenie ceny na konkurujących obszarach otwartych z koncesją parków narodowych. Tak więc jeśli któryś z kolegów śni nocami o pięknych karbowanych rogach wygiętych w kształt szabli, to dobry moment, aby podążyć za marzeniami.

Antylopowiec szablorogi w Namibii naturalnie występuje jedynie na obszarze regionu Caprivi na północnym-wschodzie kraju (w 2013 r. nazwę tego charakterystycznego wąskiego pasa zamieniono na Zambezi), ale podobnie jak w RPA został sztucznie wsiedlony na wielu farmach myśliwskich. W Kambaku jednak go nie ma. Naturalnym środowiskiem tego gatunku jest sawanna drzewiasta o bardzo urozmaiconej roślinności, typowa właśnie dla terenów Caprivi, obszaru niemal całej Botswany, północno-wschodniego RPA oraz północno-zachodniego Zimbabwe. Polowanie na bawołu oraz na „szable” w państwach, gdzie oba gatunki występują naturalnie, to iście królewskie połączenie.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Myśliwy – chłopiec do bicia

Polujemy i strzelamy – źle, część społeczeństwa chętnie by nas za to ukamienowała. Nie polujemy i nie strzelamy – źle, bo nie walczymy z ASF-em i nie wypełniamy swoich obowiązków nadanych przez prawo łowieckie. Polujemy i nie strzelamy – też źle, bo uprzywilejowane grupy rolników myślą, że robimy to specjalnie. Chciałoby się krzyknąć: „Jak żyć, panie ministrze?”. Czy spełniać pana oczekiwania i nie móc później spojrzeć na siebie w lustrze? Czy zaryzykować nieprzedłużeniem dzierżawy obwodów i pozostać wiernym przysiędze łowieckiej?

Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, trochę wszystko przerysowałem, choć tym razem wcale nie dużo dołożyłem od siebie. Bo faktem jest pojawianie się groźby odebrania obwodów zarządcy w przypadku niepodporządkowania się decyzji o likwidacji dzików. Osobiście uważam, że los myśliwych postawionych w sytuacji między młotem a kowadłem jest tak tragiczny jak los dziczej populacji. To myśliwski blog, a myśliwi stanowią grupę, której nie trzeba uświadamiać istoty różnorodności gatunkowej i pozytywnej roli dzika w przyrodzie, więc tę kwestię pominę. Nie chcę się też rozwodzić na temat tego, kto przenosi ASF, i tego, że eksterminacja dzików nie wyeliminuje ognisk chorobowych. Jednakowoż do głosów oburzonych myśliwych chcę dodać swój – gdy myśliwi potrzebowali wsparcia ministerstwa rok temu, kiedy organizacje pozarządowe masowo blokowały zbiorówki i społeczeństwo obrzucało polujących błotem, pryncypałowie z góry zdecydowanie odcięli się od łowieckiej braci. Jak to możliwe, że teraz wydają nam oni rozkaz kontrowersyjny prawnie i będący zaprzeczeniem idei, która przez 95 lat przyświecała naszemu zrzeszeniu?

Sporo kół łowieckich zastanawia się, jak teraz postąpić. Oczywiście nikt z nas nie neguje konieczności podjęcia jakichś działań. Cieszy natomiast to, że większość z nas traktuje ten temat poważnie i chce podejść do sprawy z dużym rozsądkiem, czyli wykonywać polowanie zgodnie z do niedawna aktualnym kalendarzem, oszczędzając lochy. Obowiązuje nas etyka, każdy z nas ma sumienie i budujące jest powszechne oburzenie myśliwych na pomysł „likwidacji” jednego z gatunków łownych. Powiem więcej – w erze celowników nokto- i termowizyjnych, moim zdaniem mocno godzących w kwestie etyki łowieckiej, sprzeciw wobec nieuzasadnionej przyrodniczo decyzji wystrzelania dzików jest nawet bardzo budujący.

W moim mniemaniu nastał nasz moment, w którym oczy społeczeństwa są skierowane prosto na nas. Myślę, że dawno nie mieliśmy takiej okazji, aby pokazać po prostu prawdę o naszej pasji i jednocześnie przekonać do nas część społeczeństwa. Jeśli teraz się nie zorganizujemy, to już na zawsze pozostaniemy w roli chłopca do bicia, z którego zdaniem nikt się nie liczy. Czas pokazać, że pomysły typu: chronić bezwzględnie (skomplikowana sytuacja wilka i łosia) albo wystrzelać co do nogi (dzik jako gatunek gorszego sortu), nie wyszły od myśliwych i nie przyniosły nic dobrego ani człowiekowi, ani ojczystej przyrodzie!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej