Zaczęliśmy od elandów

Świt był bardzo zimny. Szron na solarach świadczył o tym, że temperatura spadła poniżej 0°C. Niby Afryka, a o tej porze roku niezwykle surowa i przynosząca olbrzymie dobowe amplitudy temperatur. Chłodne poranki z przymrozkami szybko ustępują jednak wschodzącemu słońcu, bo już o 11 rano słupek rtęci skacze powyżej 27°C. Przy takich wahaniach szczególnie trudno dopasować odzież. Najlepiej ubierać się na cebulkę i wraz ze wzrostem temperatury pozbywać się kolejnych warstw.

Podczas rannego wyjścia Paulus prowadził nas w tę część farmy, gdzie szczególnie lubią przebywać stare byki elandów. Jednak oprócz tropów wielkich racic tej prawie tonowej antylopy nie widzieliśmy nic. Godziny mijały, a słońce zaczęło przypiekać europejską skórę. Myśliwi zrozumieli to, o czym wspominałem im jeszcze w samolocie – że podchód z Paulusem potrafi bardzo wyczerpać. Około godz. 11 zrobiliśmy przerwę i wróciliśmy pieszo do obozu na kawę. Spalone lica towarzyszów łowów i zrezygnowanie na twarzy mówiły wszystko. Myśliwi byli zmęczeni, spaleni słońcem, zrezygnowani i całkiem pozbawieni nadziei, że to, co robimy, ma sens, że ten podchód, choć pozornie bez celu, przybliża nas do ongarangombe. Ogromnym zdziwieniem i grymasem zareagowali na moje słowa, że plan na popołudnie wygląda tak samo – kontynuujemy podchód od miejsca, w którym zostawiliśmy tropy pięciu byków. Na szczęście był to dopiero drugi dzień naszego safari i łowcy zaufali nieomylnemu przeczuciu Paulusa.

Po przerwie zostawiliśmy samochód tam, gdzie zakończyliśmy ranne tropienie. Zaczęliśmy według takiego samego schematu. Po dwóch godzinach pot, wyczerpanie, poczucie bezsensu… A podprowadzający cięgle gna do przodu w coraz to gęstsze fragmenty buszu. Staram się wytłumaczyć myśliwym, że ten człowiek wie, co robi, i jesteśmy skazani na sukces – nie wierzą mi. Dopiero gdy nachodzimy na charakterystyczny klik, na twarzach malują się podniecenie i wojenne emocje. Wszyscy rozglądają się wokoło. Gdzieś zamajaczyło wielkie cielsko. Ale Paulus prowadzi nas w zupełnie innym kierunku. Próbuję polemizować, pokazując, skąd dochodzi klikanie, lecz przewodnik tylko się uśmiecha i dziarskim krokiem wkracza w gąszcz. Wskazuje ręką tylko sobie widoczne tropy. Po chwili wchodzimy na dużego, starego byka. Idealna sytuacja – bach!

To jedyna droga do elanda – jak już ci się wydaje to nierealne, powinieneś próbować dalej, zwłaszcza jeżeli ma się takiego myśliwego jak Paulus na tropie. Oczywiście można zasiadać przy wodopoju oraz soli i czekać, z tym że wymaga to wyjątkowego szczęścia. Powiem szczerze, że gdy Paulus zobaczył świeże tropy, ja już wiedziałem, jak to wszystko się skończy i co nas czeka w tym albo przyszłym dniu. To była kwestia wytrwałości i cierpliwości. Nie dość, że ten człowiek doskonale tropi, to jeszcze w wyjątkowy sposób przewiduje zachowanie zwierząt. Jednak trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Myśliwi, którzy z nami podchodzili elandy, regularnie i aktywnie polują w kraju, ale mimo to – jak sami stwierdzili – dawno nie dostali takiego wycisku.

Ostatnio, gdy czytałem komentarze na forach pod zdjęciami łowców wracających z Czarnego Lądu, naszła mnie myśl trochę w kontrze do naszych przygód w Kambaku. Części z nas się wydaje, że busz to supermarket, a afrykańskie polowanie przypomina wypad do supermarketu. Sprawdzamy ceny, robimy plan i jedziemy z przekonaniem, że wystarczy wziąć towar z półki i włożyć do koszyka. Często irytuje nas podejście zagranicznych myśliwych, którzy w taki sposób myślą o polowaniu w Polsce na byki, ale mamy dokładnie takie samo podejście za granicą. Słowa „powinien”, „musi”, „trzeba” najlepiej przed wyjazdem zostawić w domu. Jak to mawia mój doświadczony znajomy – pewne na 100% jest wtedy, kiedy już znajduje się na rozkładzie. Zastanawiam się czasem, ile jeszcze w myśliwskim świecie będzie pokutować przeświadczenie, że safari w Afryce to banalne polowanie, niczym zakupy w sklepie. Nie da się w tydzień przeżyć wszystkiego, zwłaszcza kiedy mierzymy się z kudu i elandem. Pisałem o tym wiele razy. To nie bułka z masłem, za to satysfakcja po udanym podchodzie jest nie do opisania.

Pożegnam się słowami legendy afrykańskiego łowiectwa: jak przyjmujesz to, czym cię busz obdarza, to obdarzy cię ponad miarę. Gdy sam zaczynasz dyktować naturze warunki, nigdy nie wrócisz z polowania zadowolony.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Krótkie przemyślenie na temat kudu

Kiedy my walczyliśmy z rogaczami na początku sezonu, w Kambaku zdarzyła się niecodzienna rzecz. Padło rekordowe w historii farmy kudu. Co więcej, dumą napawa to, że strzelone przez polskiego myśliwego na emocjonujących łowach. To jest najpiękniejsze w afrykańskim polowaniu – kiedy myśliwy wychodzi bez ciśnienia i bierze, czym go busz obdarzy, ten często obdarza go ponad miarę. Jak powszechnie wiadomo, ten blog nie dotyczy rekordowych trofeów i trofeistyki jako takiej. Jednak serce się raduje, gdy królewskie zwierzęta zostają strzelone w królewskim stylu. Co ciekawe, nikt nie planował przed wyjazdem takiego obrotu spraw. Być może dzięki temu początek sezonu na sawannie przebiega zdecydowanie pod znakiem biało-czerwonej flagi.

Wieści o pokocie na drugim końcu świata wywołały u mnie falę przemyśleń. Pisałem tutaj dawniej o problemie kudu w Namibii. Ten gatunek cierpi na wściekliznę, która dziesiątkuje go podczas suchych lat. Tej niesłychanie majestatycznej, pięknej, pełnej gracji antylopy szczególnie poszukują myśliwi. I to kwestia nie tylko masywnego, niepowtarzalnego urożenia, lecz także łowieckiego wyzwania, ponieważ nazywane królem buszu kudu należy do gatunków trudniejszych w podchodzie. Problemy z wścieklizną sprawiają, że jego pogłowie utrzymuje się na stałym niskim poziomie. Oczywiście pomijając farmy w pogoni za łatwym pieniądzem co roku zasiedlane już dojrzałymi osobnikami, właściwie idącymi prosto pod lufy spragnionych myśliwych. Smutne, ale prawdziwe. Jako dowód tych słów można podać oferty głównie z RPA, w których odstrzał trofealnej sztuki wliczono w i tak zaniżoną cenę. Rzecz jasna nie chcę skreślić łowiecko całego kraju, ponieważ część obwodów – zwłaszcza tych położonych w prowincji Limpopo – jest godna polecenia. Lecz niech cena i gwarancja stanowią przestrogę dla każdego, kto szuka przygody. Po pierwsze, jak ktoś obiecuje kudu na 100%, oznacza to, że ma wydzielony kamp i sukcesywnie uzupełnia tam stan hodowlanych samców. Po drugie, jeżeli polowanie na konkretny gatunek kosztuje taniej o 1/3, to znaczy, że gdzieś tkwi haczyk. Przeważnie niska cena jest podyktowana złą jakością polowania.

Na szczęście daje się zaobserwować koniec pogoni za tanimi ofertami. Myśliwi wolą płacić więcej, ale za porządne polowanie. Tym bardziej że, jak to mówią Namibijczycy, takiego zwierza jak eland czy kudu nie strzela się w byle jaki sposób – królewskie zwierzę wymaga szacunku i królewskiego polowania. Łowca musi pokonać je na gruncie, a okupuje to potem, wytrwałością i mozolną wspinaczką na wyżyny łowieckich możliwości.

Odliczanie dni dobiegło końca – ruszam na kolejne safari do Kambaku! Spragniony buszu i przygód znowu wracam do afrykańskiego domu. Emocje na razie studzą długa, 36-godzinna podróż i przesiadka na lotnisku w Londynie, gdzie obowiązuje alert terrorystyczny. Mam nadzieję, że w Windhuk będzie na nas czekał schłodzony lager, który szybko pozwoli poczuć zew kolejnej przygody.

Trzymajcie za nas kciuki!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Pieśń głuszca – prolog wybuchu wiosny

W oczekiwaniu na czerwiec i powrót do Kambaku poniosło mnie dla odmiany na Wschód, a dokładniej – na pogranicze Białorusi i Rosji. Obwód szumiliński słynie z mocnej populacji głuszca. Wybrałem się tam nie w byle jakim towarzystwie, bo z człowiekiem, który od 25 lat co wiosnę uczestniczy w tokach tych królewskich ptaków. Śmiało można powiedzieć, że zjadł zęby na głuszcach, cietrzewiach i ciągnących słonkach. Już przed wyjazdem wiedziałem, że zapowiada się ciekawa wyprawa. To był mój pierwszy wyjazd myśliwski na Wschód, ponadto z człowiekiem legendą tych dzikich stron.

Przygoda zaczęła się tak naprawdę już na granicy. Przekraczaliśmy ją samochodem. Dopiero wtedy spotkałem się z ustrojem politycznym, który znam tylko z opowiadań. Po wypełnieniu pozwoleń, zaświadczeń i kart informacyjnych oraz pokazaniu legitymacji, zezwoleń, certyfikatów, paszportów, konfirmacji i wielu innych dokumentów zdałem sobie sprawę, że przekraczanie sformalizowanej, według mnie, granicy Namibii to pikuś w porównaniu z naszą wschodnią ścianą. Później w osłupienie wprawił mnie widok morza kanciastych bloków mieszkalnych, wszystkich takich samych, wyrastających z pustkowia na wysokość 40 m i więcej jak jakieś statki kosmiczne. Brześć, później Mińsk, w końcu Witebsk – królestwa płyty żelbetu, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu „zdobiła” Polskę. Z kolei im dalej od wielkich miast, tym mniej ludzi, a coraz więcej pustych domów. Ma się wrażenie, że małe wioski umierają śmiercią naturalną.

Całą drogę Pan Andrzej Zdunek opowiadał, jak wygląda polowanie, które ja znałem tylko ze starych myśliwskich opowiadań. Emocje narastały, adrenalina utrzymywała mnie w skupieniu za kierownicą. Po jakichś 12 godzinach podróży osiągnęliśmy cel! Jednak to nie koniec formalności, ponieważ trzeba jeszcze zarejestrować broń na policji, żeby rano móc polować. Ostatecznie zostało nam 1,5 godziny snu przed pierwszym wyjściem. Ani się obejrzałem, a już w gumowcach wypatrywaliśmy naszych przewodników. Ci po przyjeździe najpierw wyciągnęli plik dokumentów, na których musieliśmy złożyć kilka podpisów.

W końcu upakowani w ładzie nivie jak sardynki w puszce ruszyliśmy na łowy. Polowanie na głuszce zaczyna się kilka godzin przed wschodem słońca. Na tokowisko rozpoznane dużo wcześniej przez miejscowych myśliwych zazwyczaj trzeba podejść jeszcze po ciemku. Potykając się co chwilę, brodząc w bagnie i wodzie po kolana, szliśmy 40 minut w głąb torfowiska. Zatrzymaliśmy się ok. 50 m od miejsca, w którym miały się zacząć toki. Było ciemno i cicho… Przynajmniej tak mi się zdawało. Przewodnik o imieniu Dima oraz Pan Andrzej już pokazywali sobie gestami, skąd dobiega klapanie głuszca. Zostałem przygotowany na taki obrót sprawy, ponieważ nieraz myśliwi wspominali, że na początku nic nie słyszeli i myśleli, że to jakieś gierki przewodników. Widać ucho musi najpierw zarejestrować ten subtelny dźwięk klapnięcia, by zacząć go wyłapywać z otoczenia. Po półgodzinie wreszcie i mnie dobiegł z korony skarłowaciałej, bagiennej sosny odgłos przypominający odkorkowanie butelki wina. Serce szybciej mi zabiło, jednak Pan Andrzej zbliżył się i powiedział: – Spokojnie. Czekamy, aż zacznie dawać pełną pieśń, inaczej nie mamy szans przy podchodzie.

Tak więc staliśmy zanurzeni w bagnie, a głuszec co kilka minut klapał raz czy dwa. O 5 rano przyszedł mróz, który skuł wszystko lodem. Czułem, jak na brodzie zaczęły mi powstawać zmrożone grudki. Z wczorajszych opowiadań wiedziałem, że to fatalny znak, bo wiatr, mróz, skrzypiący śnieg i skoki ciśnienia uciszają całe toki. Koguty siedzą wtedy na drzewach, ale nie wykonują całej pieśni. Wówczas doświadczony myśliwy po wschodzie słońca powinien spokojnie się wycofać, żeby nie płoszyć ptaków, których i tak nie podejdzie na strzał. Właśnie tak zrobiła nasza drużyna. Jednak w drodze powrotnej rozległe na kilka kilometrów torfowisko wysokie odwdzięczyło się czymś wspaniałym. Nad głowami przeleciał nam głuszec i kilkaset metrów dalej rozbrzmiała pełna pieśń, która zakończyła się hukiem, trzaskiem i łopotaniem. Odgłos przypominał ten, gdy dwa byki łosia sczepią się łopatami. Byłem w głębokim szoku, kiedy dowiedziałem się od Pana Zdunka, że to dwa walczące koguty. Dima przypuszczał, że gdzieś tam musiała się znajdować kura, stąd to chwilowe ożywienie toku. Gdy opuszczaliśmy torfowisko, znaleźliśmy świeże tropy rysia, który również polował na koguty tego poranka. Ciekawe, czy miał więcej szczęścia.

Wieczorem polowaliśmy na ciągach słonek – piękne łowy, trochę bardziej na luzie i z humorem. Następnego dnia kolejna próba z królewskim ptakiem. Tym razem ranek wyglądał całkiem inaczej. Co prawda trzymał lekki mróz, ale w powietrzu dało się wyczuć wiosnę. Przewidywałem, że to mój dzień. Wybraliśmy się w zupełnie inne miejsce. Tokowisko znajdowało się w typowym borze sosnowym, niczym nieróżniącym się od tych, które znam z polskich łowisk. Pod osłoną nocy podeszliśmy w miejsce, skąd powinniśmy usłyszeć koguty. Nawet moje jakby wrażliwsze już ucho zarejestrowało ruch w koronach. Jak się później okazało, były to młode osobniki, które nie tokują, ale przylatują i podglądają starsze samce. Trzeba bardzo uważać, by nie spłoszyć takiego obserwatora, bo startujący z drzewa głuszec robi straszny harmider. Co ciekawe, te ptaki mają tak twarde skrzydła, że lecąc przez las, nie omijają gałęzi, lecz po prostu przez nie przelatują. Start albo lądowanie głuszca brzmi tak, jakby ktoś runął całym ciężarem w kupę poskładanych gałęzi. Aż trudno uwierzyć, że ten subtelny i majestatyczny ptak potrafi narobić takiego hałasu.

Nagle nadszedł kluczowy moment rozpoczynający prawdziwe emocje. Przez tok przeleciała kura ze swoim charakterystycznym „koh, koh, koh”. Obecność samicy tak rozgrzała koguty, że musieliśmy tylko chwilę poczekać, a już mieliśmy trzy klapiące ptaki. Na początku klapanie było nieśmiałe. Staliśmy bez ruchu, a Dima wsłuchiwał się dokładnie w każdego samca. Dla podprowadzającego to decydujące kilka minut. Głuszce zaczynają pieśń kwadrans przed resztą ptactwa witającego pierwszą zorzę i wstające słońce. Gdy nadchodzi moment wybuchu wiosennego śpiewu ptaków (które przepowiada głuszec), jest tak głośno, że trudno wyłapać i zlokalizować subtelny śpiew głuszca. Tak więc Dima i Pan Andrzej w głębokim skupieniu analizowali pieśń każdego koguta.

Nagle jeden z osobników, których słuchaliśmy, zaczął regularnie wykonywać pieśń za pieśnią. Doświadczone oczy wymownie na mnie spojrzały, dając znak do rozpoczęcia podchodu. Teraz ruszyliśmy już tylko we dwóch. Klapanie, korek i szybko dwa kroki. Za pierwszym razem zrobiłem nieopatrznie trzy, ale dwa palce uniesione energicznie w górę szybko mnie postawiły do pionu. Do koguta mamy jakieś 150 m, jednak od samego początku musi być synchronizacja. Kolejne metry dzielące nas od głuszca pokonujemy jak sobowtóry. Stoimy bez najmniejszego ruchu w trakcie klapania koguta, a w momencie, kiedy kończy korkować, stawiamy dwa wielkie kroki, by znów zamrzeć w bezruchu. Serce wali coraz szybciej, a trudny podchód uczy pokory wobec tego polowania. Znajdujemy się już w takiej odległości, że wyraźnie słyszę szlif. Teraz rytm naszego podchodu wreszcie układa się mi w jedną całość. Kogut jednak nie należy do najmłodszych i zaczyna nas sprawdzać – robi dłuższe przerwy między klapnięciami, co jakiś czas po korkowaniu nie przechodzi w szlif. Pan Andrzej przygotował mnie wcześniej na taką sytuację, więc na razie skutecznie wyłapujemy, gdy kogut, zamiast szlifować, rozgląda się dokoła, czy nic się nie zmieniło. „Niezły cwaniak – wie o tym, że szlifując, głuchnie”, myślę podczas kolejnej zmyłki.

Dzielą nas ostatnie dziesiątki metrów. Zaczynam się zastanawiać, czy podołam i nie spudłuję. Bo choć to duży ptak, to emocje równie wielkie. Nagle odgłos samca się zmienia i zaczyna dobiegać jakby znad naszych głów. Stoimy bez ruchu i staramy się zorientować w sytuacji. Krótka komunikacja niewerbalna w trakcie szlifu i już rozumiem. Kogut tokował odwrócony do nas tyłem, dlatego zupełnie błędnie go zlokalizowaliśmy. Kiedy zmienił pozycję, okazało się, że siedzi kilkanaście metrów za mną na gałęzi. Przeszliśmy pod nim i go nie zauważyliśmy!

W czasie następnego szlifu robię zwrot i namierzam głuszca tokującego na gałęzi może ze 12 m ode mnie. Jest czysto wystawiony, a przyrządy zgrałem już na jego piersi. W pierwszej chwili chcę pociągnąć spust, ale w głowie brzmi mi krzyk Pana Andrzeja sprzed dwóch dni: – Pamiętaj, cokolwiek by się działo, strzelaj tylko pod szlif!!! Więc czekam. To chyba najdłuższa pieśń. Wreszcie zaczyna szlifować. BACH!!! Kogut runął z drzewa, jakby ważył kilkadziesiąt kilo, i głośnym walnięciem o ziemię upewnił mnie, że już po wszystkim. Zaraz po strzale nie ma czasu na okrzyki i opadnięcie emocji. Podbiegamy do ptaka, bierzemy go ze sobą i spokojnie, acz zdecydowanie, opuszczamy tok, by nie spłoszyć reszty tokujących samców.

Po tym sukcesie został mi jeszcze jeden poranek do wykorzystania i całe szczęście, bo wróciłem do Polski z wielką białoruską trójką – głuszcem, cietrzewiem i słonką.

Może nie napiszę słów: niesamowite, niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju, bo to za mało, a chyba nadużywam tych określeń na blogu. Łowy na głuszca nauczyły mnie wielkiej pokory. Jechałem na Białoruś z przeświadczeniem, że głuszec to głośny, oklepany temat, i myślałem, że polowanie musi być ciekawe, jednak trochę na zasadzie: idę, biorę i wracam. A po wszystkim ugięły się pode mną kolana. Nie mogę wyjść z podziwu dla tego pradawnego ptaka, który z jednej strony jest wielki i głośny, a z drugiej – subtelny i wrażliwy. Emocji towarzyszących myśliwemu na tych łowach nie można z niczym porównać. Koguty tokujące w dzikich ostępach zabagnionych torfowisk, pokrytych rachityczną, prastarą sosną, to obraz, który pozostanie ze mną do końca życia. Cieszę się podwójnie, bo uświadomiłem sobie, że czeka mnie jeszcze wiele zaskoczeń, a myśliwski świat nie kończy się na dzikich stadach antylop.

Zachęcam do przeczytania artykułu w jednym z następnych wydań , w którym już bez emocji, na sucho postaram się przedstawić kwestie związane z użytkowaniem i ochroną głuszca przez białoruskich myśliwych.

Jakub Piasecki
 

PS Istotną kwestię stanowi wybór zewnętrznego koguta na tokowisku oraz takiego, który regularnie daje pieśni kończące się szlifem. Gdy samiec szlifuje, staje się ślepy, głuchy i zupełnie niewrażliwy na bodźce zewnętrzne. To jedyny moment, kiedy można próbować podchodu i strzału. Kluczowe znaczenie w całym polowaniu na głuszce ma świadomość, czym jest szlif, i wyczucie rytmu tokującego koguta. Jeżeli myśliwy tego nie zrozumie, to w ogóle nie powinien podchodzić ptaka. Z tym że na początku trzeba w pełni zaufać podprowadzającemu, który ma bardziej wyczulone ucho na chwilę, w której samiec zaczyna szlif.

 

Czytaj więcej

Brzydkie kaczątko

Jeszcze dwa miesiące i znów wysiądę szczęśliwy na lotnisku w Windhuk. Że nie mogę się doczekać, to mało powiedziane – zaczęło się odliczanie dni. Po nocach już mi się śnią podchód elandów i bezkres sawanny wolnej od cywilizacji.

Jak donoszą afrykańskie źródła, pora deszczowa w tym sezonie była dla Kambaku bardziej niż obfita. Myśliwi, którzy otwierali sezon na farmie, pod koniec marca mieli trudne zadanie. Mierzyli się nie tylko z wysokimi temperaturami i małą widocznością, lecz także z deszczem i gwałtownymi burzami. Jak mówią, polowanie okazało się niezwykle trudne, ale niezapomniane, bo każdy strzał musieli okupić walką z pogodą i samym sobą. Trawa, która już powoli powinna usychać, jeszcze wegetuje i ciągle ma 60–80 cm wysokości. Jak nietrudno się domyślić, nie dość, że ciężko coś dostrzec, to jeszcze zwierzęta nie wykazują zbytniej aktywności, bo pożywienia i wody wszędzie w bród.

Jednak Paulus – tropiciel z farmy – nie ma sobie równych i nawet wbrew wszystkiemu jego oczy i buszmeński szósty zmysł pozwalają znaleźć zwierzynę w buszu. Łowcy przygód wrócili zadowoleni i pełni satysfakcji. W rozmowie nie ukrywali, czyja to zasługa. Ostatnio, kiedy siedziałem gdzieś pośród niczego i patrzyłem w gwiazdy, pomyślałem o tym, ilu to już myśliwych uszczęśliwił Paulus, ile było takich sytuacji, gdy jak czarodziej pomachał tu i tam ręką niczym różdżką, po czym jakby wyczarował tropy, które zawsze się sprawdziły. Ten człowiek jest, odkąd pamiętam, i nie przypominam sobie, by kiedykolwiek mylił się co do zwierzyny. Właściwie śmiało można rzec, że w pewnym sensie farma to Paulus i jego niezastąpiony zmysł tropiciela.

Leżąc tak całą noc pod rozgwieżdżonym niebem, po raz setny z kolei pytałem sam siebie, właściwie dlaczego wróciłem z Afryki. Miejsce, gdzie tak rozmyślałem pod gwiazdami, nie było przypadkowe. Odwiedzam je każdej wiosny (chyba że siedzę w Afryce). No, bo nie ma w moim grafiku wiosny bez Biebrzy i jej rozlewisk pełnych gęsi. Nie zamierzam się szczególnie rozwodzić nad pięknem tego obszaru, bo każdy, kto tam był, to wie, a kto nie był, niech żałuje. Wiosennym wschodom słońca towarzyszą niepowtarzalne w skali kraju migracje ptactwa, a groble na Narwi i Biebrzy zapełniają się lornetkami i aparatami fotograficznymi.

Nie piszę o tym, by rozwijać temat obserwacji przyrodniczej, ale korzystając z okazji, podzielę się ciekawą historią. W miejscu, w którym nocowałem, okoliczni mieszkańcy w miarę regularnie widują rysia. Zimą co kilka dni upoluje sobie kozę albo koźlaka i co jakiś czas pokaże się na rozległych łąkach. Wiosną te tereny na głębokość kilkudziesięciu centymetrów pokrywa woda, tworząc z nich pełne ptactwa rozlewiska płynącej nieopodal Biebrzy.

Wczesnym rankiem, gdy fotografowałem gęsi, zobaczyłem coś, czego jeszcze nigdy nie byłem świadkiem. Wiodąc lornetką po rozlewisku, zauważyłem dziwną kaczkę z rogami na głowie. Otóż okazało się, że to rogacz, który z impetem jął pokonywać nurt Biebrzy. Zaprzyjaźnieni leśnicy potwierdzili hipotezę, że to zapewne skutek uboczny polowania rysia. Pierwszy raz widziałem sarnę płynącą wpław. Gdzieś kiedyś słyszałem opowieść, ale – powiem szczerze – włożyłem ją między bajki, bo to gatunek nieszczególnie lubiący kąpiele wodne. Pamiętam, że pierwsza rada, którą dostałem jako nieopierzony selekcjoner od doświadczonego nemroda, brzmiała: „Na starego capa ruszaj, kiedy zejdzie rosa”. A tu rogacz po parostki zanurzony w rzece. Co ciekawe, kozioł był tak przestraszony i zdezorientowany sytuacją, że pływał z wyspy na wyspę, szukając rozwiązania. Jego intensywny trening pływacki trwał ok. 40 minut, zanim znalazł wyjście z opresji. Chyba najbardziej zdziwione tym wszystkim były kaczki i gęsi. Zobaczcie sami.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Na targach Jagd & Hund w Dortmundzie

W Kambaku trwa okres przygotowań do nowego sezonu myśliwskiego, dzięki czemu z częścią afrykańskich przyjaciół udało mi się spotkać przy okazji targów łowieckich w Dortmundzie. Choć okoliczności były typowo europejskie i nowoczesne, to przez chwilę poczułem się jak w domu, bo pracownicy farmy przywieźli Afrykę ze sobą. W Namibii panuje pora deszczowa. Dla Kambaku to rok wyjątkowo obfity w opady. Deszcz ciągle nawiedza tereny farmy, a świeża, zielona trawa ma już ponad 50 cm. To optymistyczna wiadomość po ostatnich bardzo suchych latach.

Farma nieco się zmienia. Postępują prace nad projektem odsłaniania gęstych fragmentów buszu. Ciągle widać eksplozję liczebną elandów. W styczniu–lutym prawie wszystkie gatunki zwierząt zamieszkujących sawannę mają młode, co sprawia, że drapieżniki stają się bardzo aktywne. Lamparty uczą polować swoje młode i niemal każdego dnia myśliwi znajdują tego dowody. Obecnie pracownicy są zajęci poszerzaniem dróg, które w przyszłości zaczną pełnić funkcję barier dla ognia. Jeżeli wyobrazimy sobie, że po sezonie deszczowym wszystko wyschnie na wiór, to zrozumiemy, że niemal metrowe trawy stanowią poważne niebezpieczeństwo w przypadku pożaru.

Teraz kilka słów o targach. W tym roku Jagd & Hund w Dortmundzie odwiedziło przeszło 80 tys. ludzi. Mieli oni do dyspozycji 800 wystawców 38 narodowości z całego świata. Niezmiernie cieszy liczny udział polskich biur polowań. Jak mówią przedstawiciele firm z Polski, są bardzo pozytywnie zaskoczeni dużym zainteresowaniem łowami w naszym kraju. Niemieccy organizatorzy jak zwykle stanęli na wysokości zadania. Impreza przebiegła w spokojnej atmosferze, choć nieco kłopotów komunikacyjnych przysporzył mecz na stadionie Borussii Dortmund.

Pozdrawiamy wszystkich przyjaciół farmy Kambaku, szczególnie tych, którzy odwiedzili nasze stoisko.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Spotkanie

To był wyczerpujący dzień. Poranne wyjście obdarzyło nas stadem gnu, które zdobywaliśmy w pocie czoła. Omulu [gnu w języku oshiwambo – przyp. aut.] spotkaliśmy, gdy schodziły z żerowisk do ostoi. Podążaliśmy za nimi, jednak na strzał ustawiały się tylko prowadzące krowy. Stado było uformowane w charakterystyczny sposób – z zewnątrz szły czujne i doświadczone samice, a cały środek wypełniała beztroska młodzież. To szyk zapewniający obronę przed drapieżnikami, jak się przekonaliśmy – również przed tymi dwunożnymi. Czujne oczy krów nie wybaczyłyby błędów przy podchodzie. Jednak wszyscy się zawzięliśmy. Paulus krok po kroczku prowadził nas od drzewa do drzewa. Przy gęstych akacjach mieliśmy chwilę na głębszy oddech i wyprostowanie kości. Udało nam się obejść kilka patrolujących teren par oczu i nozdrzy. Cała ta operacja trwała długo, ale udało się tak zaskoczyć stado, że bez większego popłochu wyciągnęliśmy z niego dwa młode byczki jednego po drugim.

Po śniadaniu czekał nas długi podchód. Nie wiem, ile kilometrów nabiliśmy, ale gdy wróciliśmy do samochodu, miałem wrażenie, że nikt nie ma siły ruszyć ręką ani nogą. Nie widzieliśmy zupełnie nic. Nawet steenboka [antylopik zwyczajny – przyp. red.], których zawsze pełno podnosiło się w buszu. Żadnego guźca czy strusia, żadnej żyrafy – istna pustynia. W dodatku słońce i nieludzka temperatura zrobiły swoje. Gdy kończyliśmy podchód, osobiście czułem się jak pieczona w brytfance gęś, z której wytapia się tłuszcz. Nie pamiętam, kiedy wcześniej tak się przegrzałem na polowaniu. W czasie jazdy do obozu pomyślałem, że wszystkie stworzenia sawanny przeczekują skwar gdzieś w gąszczu, tylko my jesteśmy tacy narwani, by się ruszać w tych okolicznościach. Komisyjnie ustaliliśmy, że wieczorne wyjście spędzamy nietypowo dla naszej czwórki, czyli – jak to trafnie określił jeden z nas – „na grzędzie”.

Ambonę wybraliśmy niezłą, bo z widokiem na czerwoną ścianę płaskowyżu Waterberg i szerokim polem do obserwacji pobliskiej sawanny. Rozsiedliśmy się wygodnie i każdy z nas zaczął się oddawać atmosferze niczym nieskrępowanej przestrzeni i poczucia totalnej wolności. Żadnych sztucznych, wytworzonych przez ludzką cywilizację dźwięków, tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Jeszcze zanim wyszły pierwsze guźce, wspólnie oceniliśmy, że z „grzędą” to był dobry pomysł.

Pojawiły się guźce, potem strusie, a w końcu na wolną przestrzeń zawitało stado impali. Zgodnie z naszą świętą zasadą, która brzmiała: „Bierzemy, czym akurat busz obdarzy”, ze stada wybraliśmy młodą antylopę. Dwuletni byk spisał testament 5 m od miejsca strzału. Słońce chyliło się ku zachodowi, zostało nam może 20 minut dnia. Stwierdziliśmy, że poczekamy tę chwilę, a nuż wyjdzie coś jeszcze – i wyszło. W jednym momencie daleko z lewej między drzewami przemknęła sylwetka offino [oryks w języku oshiwambo – przyp. aut.], z prawej zaś pewnym, wręcz dziarskim krokiem z buszu wyskoczył pokaźny guziec. Jak się okazało, trasa jego wędrówki pokrywała się z drogą strzelonej impali. Guziec, gdy zbliżył się do leżącego na wznak zwierzęcia, aż podskoczył ze zdziwienia. Na ten widok Paulus opuścił głowę z wyraźną rezygnacją i powiedział:

O nie, nieznośny wieprzek.

W tym samym czasie szepnąłem do kompanów:

Z lewej idzie do nas oryks. Trzeba się przygotować.

Pech chciał, że była kolej strzelania myśliwego, który siedział najdalej z prawej. Ja z Paulusem znajdowaliśmy się z lewej. Mieliśmy dość niefortunne ustawienie na ambonie, tym bardziej że musieliśmy bacznie obserwować i lewą, i prawą stronę. Złożyliśmy się do oryksa, tymczasem drugi myśliwy pokazał na leżącą impalę i rzucił półgłosem:

– Patrzcie!

Przyłożyłem do oczu lornetkę i zobaczyłem wielkie szable szykujące się do szarży na leżącą sztukę. Guziec wpadł w nią z całym impetem i podrzucił tuszę do góry. Echo łamanych żeber poniosło się po okolicy. Guziec stanął jak wryty. Widzieliśmy, że nie może się doczekać uczty. Cała sytuacja była tak zaskakująca i komiczna, że „grzęda” zaczęła się kiwać od naszych z trudem tłumionych śmiechów. Paulus opanował się jako pierwszy, wskazał na oryksa i powiedział:

Strzelamy albo nie, bo z impali niedługo nic nie zostanie.

Oryks znalazł się na granicy strzału, jednak zaniepokojony całą sytuacją ustawił się do nas tyłem i odwrócił łeb. Myśliwy, ledwo powstrzymując śmiech, trzymał go w lunecie. Czekał na sygnał ode mnie, z kolei ja czekałem, aż oryks pokaże blat. Paulus i drugi myśliwy obserwowali impalę. W razie kolejnego kontaktu szabel z naszą zdobyczą mieli przerwać szturm i ocalić kolację. Każdy z nas liczył sekundy, kiedy guziec poczynał sobie z impalą coraz odważniej, a oryks stał nieruchomo. W końcu młody byk ustawił się blatem. Zaznaczył strzał, jednak uszedł w gąszcz. Wydawało mi się, że został trafiony, ale strzał był trochę spóźniony.

Czekamy tyle, ile potrzeba na wypalenie papierosa, idziemy po latarki i zaczynamy poszukiwania. Zestrzał okazał się pusty. Krążymy wokoło, a Paulus znajduje trop, który jak zawsze dla zwykłych śmiertelników jest mało widoczny. On, ja i strzelec ruszamy tym śladem. Z oryksem nie ma żartów. W blasku latarki dostrzegam błysk oczu. Oświetlam miejsce pod gałęzią. Młody byk leży z łbem przygotowanym do szarży. Drugi strzał kończy jego historię. Zadowoleni, że i oryks leży, i impala cała, wracamy do drogi. A tam spotkanie…

Jeden z nas oświetlał trawy podczas marszu i nagle najechał światłem na dwa błyszczące zielone punkty. Stanęliśmy jak wryci. Paulus rzucił:

Ongue [lampart w języku oshiwambo – przyp. aut.].

Wszyscy przykładamy lornetki do oczu.

Nie, to steenbok, widać całą sylwetkę – komentują myśliwi. Paulus machnął przecząco palcem, ale nie skomentował tego, co usłyszał. Ja nie dostrzegłem żadnej sylwetki, tylko dwoje wpatrzonych w nas zielonożółtych oczu. Co prawda odznaczały się za nisko jak na pokaźnego kota, ale z drugiej strony mógł on po prostu leżeć. Kwituję:

To na pewno jakiś drapieżnik, bo patrzy cały czas prosto na nas. Antylopa po chwili by się ruszyła i obróciła łeb. A te oczy nawet nie drgną.

Postanowiliśmy nie sprawdzać, kto ma rację. Wrzuciliśmy antylopy do auta i ruszyliśmy naszym klekotem w drogę powrotną.

Gdy siedzieliśmy przy ognisku, Paulus powiedział do mnie:

Tylko jedno zwierzę patrzy w taki sposób.

Wzruszyłem ramionami. Nie dawało mi to spokoju przez resztę wieczoru. Emocji i przygód mieliśmy dużo tego dnia, jednak zasypiając, myślałem jedynie o tych zielonożółtych, świecących oczach.

Nazajutrz polowaliśmy niedaleko. Kiedy tamtędy przejeżdżaliśmy, uznaliśmy, że sprawdzimy, co to mogło być. Pozbawiło nas to złudzeń – na śladach ciągnięcia antylopy widniał świeży trop lamparta. Czuł krew i zaciekawiło go, co się dzieje, dlatego poprzedniej nocy, leżąc w trawie, obserwował całą sytuację, a gdy odjechaliśmy, przyszedł to sprawdzić. Jak się okazało w skupie, młody oryks miał starą ranę, która musiała mu się dawać we znaki, bo masą tuszy znacząco odbiegał od normy. Widać lampart miał go na oku…

Takie spotkania zawsze są sporadyczne, przypadkowe i mają zupełnie nieprzewidywalny przebieg. To dobrze, bo są przygodą. Ale też przestrogą. Myśliwy powinien zawsze pamiętać, że czy to w lesie, czy to w buszu nigdy nie poluje sam.

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej

Wielkie stado

Szczęśliwi z porannego wyjścia (pisałem o nim w poprzednim wpisie TUTAJ) wróciliśmy do obozu. Myśliwi zaczęli streszczać reszcie grupy, jaką mieliśmy dawkę emocji. W naszej kuchni zaczęło pachnieć pieczonym mięsem oryksa, co oznaczało, że już niedługo śniadanie. Siedliśmy z Paulusem razem przed węglami dopalającymi się z poprzedniego wieczora.

To było dobre polowanie – powiedziałem.

Tak, choć mam przeczucie, że nie widzieliśmy nawet połowy tego stada – odparł Paulus.

W sumie podeszliśmy je tak, że nie wiedziały, co się dzieje. Może się zbytnio nie oddaliły? Jak myślisz? – zapytałem.

Myślę, że jak spróbujemy z nimi po południu, to mamy duże szanse – rzekł Paulus, jednocześnie wydając bezapelacyjny wyrok co do formy wieczornego wyjścia.

Zostawiliśmy samochód przy najbliższej drodze od miejsca, gdzie rano strzeliliśmy starą krowę. Na początek zrobiliśmy szeroki łuk po buszu, szukając tropów stada. Co chwilę jak spod ziemi tuż przed nami podrywał się to samotny oryks, to steenbok [antylopik zwyczajny – przyp. red.]. W pewnej chwili Paulus złapał świeży trop pojedynczego starego byka. Ruszyliśmy za nim. Ślady mówiły, że ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.] szedł spokojnie, co chwila przystawał, krążył i wybierał co młodsze gałęzie kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.]. Nagle do jednego tropu dołączyły kolejne. Paulus zatrzymał się i powiedział: – Elandy zmierzają w kierunku wodopoju. Ruszamy za nimi, bo słońce idzie ku zachodowi. Przyspieszyliśmy kroku. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż stado antylop wędrowało szeroką wydeptaną ścieżką, na której nic nie szeleściło. Szliśmy bardzo szybko, można by nawet stwierdzić, że prawie truchtaliśmy. Gdzieś w oddali mignęły mi wielkie grzbiety. Machnąłem do kompanów w geście ostrzegawczym. Byliśmy już tak zgrani, że każdy zrozumiał. Podchodziliśmy nisko na nogach. Co jakiś czas przystawaliśmy i patrolowaliśmy otoczenie. Stado znajdowało się 300 m przed nami. Na kolanach skróciliśmy dystans do ok. 100 m.

Naraz wstaję i rozkładam podpórkę. Łowca już jest na trójnogu. Po naszej prawej słychać klikanie i widać wielkie cielsko starego byka, który znika z pola widzenia niczym duch. Naprzeciw nas stoją cztery krowy i patrzą prosto na nas. Widzę kątem oka, że na godz. 14 przesuwają się sylwetki, które zaraz wyjdą na doskonałe pole rażenie. Podnoszę podpórkę i przestawiam razem ze strzelcem w odpowiednią stronę. – Celuj cały czas, ale słuchaj mnie uważnie. Powiem, która sztuka – szepczę. Idzie krowa. Ostrzegam: – Nie strzelaj! Potem druga i trzecia, a za nimi całe mnóstwo cielaków z tego roku. Cielaki idą… Idą… Idą… Wcale nie szły wolno, po prostu było ich grubo ponad 80! Rozważam: „Myśliwy za długo jest złożony. Takie mierzenie przez kilkanaście minut na pewno nie wpływa dobrze na celność strzału, a elanda w nocy na pewno nie chcę szukać”. Radzę cicho: – Poczekaj, odpocznij trochę. Łowca unosi się więc z podpórki. Wtem Paulus szturcha mnie w ramię. Odwracam głowę, a po mojej lewej pełno przesuwających się w naszym kierunku sylwetek młodych, 2-letnich antylop. Odwracam się, żeby znowu przestawić podpórkę, i widzę, że po naszej stronie również zrobiło się mnogo. Doświadczony myśliwy nie musiał czekać na gest – już jest złożony, czeka na osąd mój i Paulusa. Wychodzą krowy. Komenderuję: – Czekamy. Paulus na to: – Idzie młodzież. Rzeczywiście, do linii strzału zbliżają się trzy młode elandy. – Z tych, które wyjadą ci teraz, możesz wybrać każdego, który ustawi się blatem i zatrzyma do strzału – mówię cicho do myśliwego. Przykładam lornetkę do oczu. Widać wszystko jak na patelni: czysta piękna linia strzału, dystans może z 70 m. Rusza pierwszy. Widzę kątem oka, jak wędruje za nim masywna lufa mausera. Zatrzymuje się. Pada strzał! Idealnie środek blatu, pięknie zaznaczony strzał. – Jest dobrze! Wspaniale strzeliłeś! – chwalę myśliwego.

Tymczasem zaraz po wystrzale zaczyna się akcja, której szybko nie zapomni żaden z naszej czwórki. W niebo unosi się tuman kurzu od ucieczki trafionej sztuki. Elandy są zdezorientowane. Stoimy blisko siebie i każdy z nas oddaje się cudownemu widokowi. Dosłownie każda wolna przestrzeń w promieniu 180 stopni wypełnia się wielkimi antylopami. Jedne patrzą, drugie w popłochu biegną w busz, jeszcze inne pędzą na nas i zatrzymują się ze 40 m od nas. Pole widzenia mieliśmy dość dobre, bo dokoła nas rozciągała się otwarta przestrzeń. Liczba osobników była co najmniej imponująca, jeśli nie zwalająca z nóg. Każdy z nas próbował liczyć, ale się nie dało, bo w elandzim stadzie panował chaos i co chwilę nowe podgrupy pojawiały w polu widzenia. W końcu zwierzęta zdecydowały się na ucieczkę w gęstwinę, co sprawiło, że niebo dokoła nas zrobiło się czerwone od pyłu i kurzu. Jakby tego było mało, z gąszczu wybiegły na nas zebry, które tak jak my nie wiedziały, co się dzieje. Stanęły koło nas w szeregu i zaczęły prychać. Otoczeni przez władców buszu czekaliśmy w bezruchu na koniec tego spektaklu.

Gdy wszystko się uspokoiło i już pokonywaliśmy któryś kilometr do samochodu, spytałem Paulusa:

Tate, ile było tych ongarangombe? Według mnie gdzieś ok. 250.

– Nie, według mnie na pewno ponad 350 – odpowiedział Paulus. A on rzadko kiedy się myli… Oczywiście młody eland leżał 50 m od miejsca pięknego komorowego strzału. Nie jest łatwo zachować zimną krew w takich okolicznościach. Dodam, że mieliśmy za sobą cały dzień aktywnego podchodu w upale. 

Takie łowy i emocje są możliwe tylko z podchodu. I tylko wtedy, kiedy myśliwy przeżywa polowanie całym sobą. Całą tę historię skwituję następująco: kilka dni chodziliśmy za elandami bez skutku, nie widzieliśmy żadnego świeżego tropu. Właściwie trudno mi było przekonywać myśliwych, że te zwierzęta naprawdę żyją w Kambaku. Co dnia robiliśmy wiele kilometrów po bardziej lub mniej dostępnych ostojach i nawet nie widzieliśmy tych olbrzymów. Zamiast spotkania oko w oko odciski na stopach, spalona słońcem skóra i wyczerpanie. Klikanie stało się mistycznym dźwiękiem, którego bezskutecznie wysłuchiwaliśmy. Ale cały czas próbowaliśmy, ciesząc się z tego, czym akurat obdarzał nas busz.

Polowanie z podchodu na sawannie polecam wszystkim, którzy myślą, że łowy w Namibii to „strzelanina w ogrodzeniu”.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Rozpracowany eland

Zatrzymaliśmy się na eland post [lokalne określenie miejsca na farmie, gdzie występują elandy – przyp. red.]. Paulus swoim charakterystycznym krokiem (przypominającym chód rapera) podszedł do wodopoju i zaczął uważnie badać grunt. Ja z kolei wykopywałem piasek w powietrze, by sprawdzić wiatr. Myśliwi dziwnie na nas patrzyli, bo w rzeczy samej dla niewtajemniczonych ten widok bardziej przypominał scenę z komedii niż profesjonalne polowanie.

Paulus przystanął, specyficznie machnął ręką i stwierdził: – Młody ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.]. Przesunął się kawałek dalej i znowu machnął ręką: – Następny. O, i jeszcze jeden. Zbliżyłem się do niego i zobaczyłem, że rzeczywiście w miejscach, gdzie Paulus dawał znak dłonią, widniały odciśnięte wielkie racice młodych elandów. Znów kopnąłem nogą piasek. – Dobry wiatr – uznałem. Kątem oka dostrzegłem, że myśliwi wymienili spojrzenia z uśmiechem na ustach. To była nasza kolejna próba z tą największą antylopą świata. Łowcom bardzo zależało na tym, by stanąć z nią oko w oko. Mnie, nie ukrywam, również, bo uwielbiam polowanie na to zwierzę. Od samego początku wierzyłem, że nam się powiedzie, bo myśliwi przejawiali taką determinację, że podchód wychodził nam profesjonalnie. Aż trudno uwierzyć, ile sztuk udało nam się niepostrzeżenie podejść w cztery osoby. Zawsze uważałem, że dobry podchód to klucz do niezapomnianych łowów, i to bez znaczenia, na którym kontynencie. Jeżeli ktoś ma doświadczenie w polowaniach z podchodu, to afrykańska sawanna jest dla niego wymarzonym polem do popisu.

Ruszyliśmy śladem młodych elandów. Powoli, bezszelestnie i z nadzieją pokonywaliśmy kolejne setki metrów, zagłębiając się w gęsty busz. W pewnym momencie Paulus się zatrzymał i zbadał ekskrementy na drodze, którą podążaliśmy. Odwróciłem się do kompanów i przestrzegłem:– Teraz 100% skupienia. Jesteśmy blisko, ten trop to świeżynka. Od tej chwili podchód się zmienił. Szliśmy kroczek za kroczkiem, bardzo uważnie stawiając stopy. Tropy antylop wskazywały, że zwierzęta poruszają się wolniej i co chwila zatrzymują się na żerowanie. My podobnie co kilka kroków przystawaliśmy, dokładnie się rozglądaliśmy i nasłuchiwaliśmy łamanych gałęzi. Wszyscy tak się skupili na tym skradaniu, że nikt nie zauważył, kiedy dystans naszego podchodu można było zacząć mierzyć nie w metrach, ale w kilometrach. Jedną za drugą gałązkę wystającą na naszej drodze ostrożnie rozpracowywał każdy członek eskapady. A to przeciskamy się pod gałęzią, a to delikatnie ją przesuwamy, a zaraz znowu trzeba ostrożnie obejść przeszkodę, by po chwili dać nura i niemal na czworaka prześlizgnąć się pod parasolem pełnym cierni. W końcu wyszliśmy na coś w rodzaju polanki. Paulus od razu padł na ziemię. Błyskawicznie machnąłem ręką do towarzyszy i wszyscy jak jeden mąż znaleźliśmy się na kolanach. – Ongarangombe – Paulus wskazał na przesmyk. Podniosłem się ponad trawy i w szkłach lornetki zobaczyłem przesuwające się stado. Po odgłosach klikania z prawej i lewej strony wnioskowałem, że widzimy tylko część zwierząt. Wysunęliśmy się pod drzewo i zaczęła się długa obserwacja stada. Żaden z nas nie chciał się pomylić, tym bardziej że stado tworzyły głównie krowy i ich potomstwo z ostatnich trzech lat. Elandy rzadko kiedy dają się długo obserwować. Przeważnie decyzja musi być szybka i precyzyjna. Paulus wybrał kilka rocznych byczków, które nadawały się do selekcji. Moją uwagę zwróciła stara krowa przesuwająca się wśród młodych. W tym momencie między nami a elandami przeszedł stary byk oryksa z jednym ułamanym rogiem. Oczywiście nadawał się do odstrzału selekcyjnego, jednak miny łowców mówiły wszystko – dzisiejszym wyzwaniem jest ongarangombe.

Stado się przesunęło, a my za nim. Wychynąłem zza krzaku kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.] i rozstawiłem podpórkę. Myśliwy bez zbędnych rozmów już układa broń na pastorale. Szepczę: – Widzisz grupę czterech elandów stojącą pod drzewem? Przytaknął gestem. – Pierwszy z lewej to młody byk. Jak przesunie się krowa stojąca za nim i będziesz miał czyste pole, to wal z całych sił. Ponownie potwierdził gestem. Przykładam lornetkę i czekam. Niestety, elandy zmieniają konfigurację na równie niekorzystną. Paulus zarządza: – Podchodzimy bliżej. Znów wszyscy czterej jesteśmy na kolanach i powoli jak żołnierze czołgamy się pod następną pokaźną akację między nami a stadem. Paulus wstaje jako pierwszy i od razu z powrotem pada na ziemię. – Cholerne zebry – kwituje. Po prawej stronie ich stado bacznie obserwuje nasze zmagania. – Nikt się nie rusza! Jeżeli zebry się spłoszą, to pozamiatane! – powiedziałem do myśliwych. Zastygliśmy. Gdyby ktoś miał superczuły mikrofon, usłyszałby tylko odgłos kropli potu spadających na ziemię. Sytuację uratował młody ogier, który trochę pogonił klaczki. Korzystając z zamieszania, ustawiamy się pod drzewem. Z dala dostrzegamy grzbiety przesuwających się elandów. Widzę po Paulusie, że zaczyna planować, jak zajść im drogę. Myśliwy puka mnie w ramię, by zwrócić uwagę, że niedaleko nas jest jeszcze jeden ongarangombe. Razem z Paulusem łapiemy lornetki i wymieniamy krótkie zdania:

Stara babcia.

Strzelamy.

Rozstawiam pastorał. Myśliwy ponownie ląduje bronią na nim i czeka na instrukcje. Mówię szeptem: – Z lewej idzie eland. Jak się zatrzyma, to strzelaj. Spokojnie, masz dużo czasu, a dystans to maksymalnie 70 m. Eland wyklikał na linię strzału i stanął. – Wal! – zakomenderowałem, a antylopa uniosła łeb. W tym momencie padł strzał. Zwierzę runęło właściwie w miejscu, w którym stało. Myśliwy błyskawicznie zarepetował. – Spokojnie, jest twój – powiedziałem.

Zużyte w zasadzie na równo z dziąsłem trzonowce, popękane, wyświechtane rogi i ogólne wychudzenie zwierzęcia stanowiły dowód na przynajmniej 25 lat i bardzo dobrą selekcję. Radości nie było końca. Pierwszy eland, i to jeszcze taki stary, upolowany w pięknym stylu. Paulus aż skakał z radości, a ja poczułem, że znów żyję.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Mama Africa!

„Drodzy pasażerowie, za 10 minut podchodzimy do lądowania. Pogoda w Windhuk słoneczna, w tej chwili termometry wskazują 22°C. Dzień zapowiada się bardzo gorący, termometry ok. 14.00 mogą wskazać nawet 39 stopni w cieniu. Dziękujemy za wspólny lot i życzymy miłego pobytu w Namibii”. Za drzwiami samolotu moim oczom ukazał się wytęskniony widok – wielkie czerwone słońce wschodziło nad sawanną. A na małym, przypominającym hangar lotnisku Hosea Kutako pojawiło się pełno uśmiechniętych Namibijczyków. Jeszcze tylko moro-more (pol. ‘dzień dobry’) z kontrolą graniczną i już jedziemy w stronę Kambaku.

Na miejscu potraktowano mnie jak syna marnotrawnego: W końcu jesteś, Jak Paulina się czuje?, Teraz już zostajesz na zawsze, a Paulina dojedzie, prawda?… Sam zacząłem się zastanawiać, czemu ja właściwie wyjechałem. Najlepiej powitał mnie mój przyjaciel i przyrodniczy mentor, Paulus. Zaczął się śmiać z daleka i powiedział coś w stylu: Kuba tate now, kejk daj chrot matako!, co oczywiście było żartem z mojego „kińdziuka” [gwarowo żołądek, tutaj: gruby brzuch – przyp. red.], złapanego przeze mnie w ciągu ostatniego roku. Te same twarze, te same historie, jednak coś się zmieniło. Dla miejscowych byłem już nie „Kubą Polakiem”, tylko jakby członkiem rodziny. Fakt, że lada dzień miałem zostać ojcem, wpłynął na to, że zaczęto mnie traktować trochę jak tate, czyli dorosłego, dojrzałego mężczyznę, który doczekał się potomstwa i może dawać rady innym. Co prawda na każdym kroku chcący i niechcący udowadniałem, że jeszcze nie zasługuje na tę pozycję społeczną. Tak czy inaczej moja relacja z namibijskimi przyjaciółmi wyewoluowała.

W Afryce od razu bardzo rzuciła mi się w oczy susza. I o niej chcę opowiedzieć w tym wpisie. Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski, towarzyszyła nam deszczowa pogoda, a w mediach dawało się zauważyć nasilające się żale społeczne typu: Znowu będzie deszczowo albo Jutro niesprzyjająca dobremu samopoczuciu aura deszczowa. I raptem po kilkudziesięciu godzinach podróży na drugim końcu świata usłyszałem: Modlimy się o deszcz. Sytuacja jest tragiczna, farmerzy likwidują stada bydła, dzikie zwierzęta padają z głodu. W tej części Namibii, gdzie leży Kambaku, zeszłego sezonu spadło trochę deszczu, więc w stosunku do reszty kraju jest dobrze. Jeżeli w Kambaku jest dobrze, to naprawdę działa to na wyobraźnię i może oznaczać, że jest niedobrze. Aby to zobrazować, powybierałem kilka zdjęć tych samych terenów w czasie, kiedy rok wcześniej opuszczałem rezerwat, i takich, na których widać, jak wygląda to dzisiaj. W trakcie rozmowy z kimkolwiek w Namibii słychać w podtekście: Czekam na zbawienny deszcz. Jeżeli ten rok nie będzie obfitować w opady, to sytuacja stanie się krytyczna. W tym roku koszt małej, 7-kilogramowej kostki siana kiepskiej jakości waha się w granicach 15–18 euro. Przy cenach na tym poziomie na dokarmianie mogą sobie pozwolić tylko najbogatsze farmy. Reszta musi stanąć przed dylematem – już teraz likwidować hodowlę i sprzedać zwierzęta za bezcen czy czekać na deszcz?

Jak na tę sytuację reagują zwierzęta sawanny? Przede wszystkim ograniczają straty energetyczne, wędrując na stałych trasach między wodopojem a miejscem, gdzie zostały resztki bazy żerowej. Oczywiście za brakiem pożywienia idzie zwiększony odstrzał, by zapewnić przetrwanie trzonu populacji. Polowanie jest trudne. Cała sawanna zamarła w fazie spoczynku – zwierzęta i rośliny czekają na deszcz. By coś strzelić, trzeba podejść przez gęste fragmenty buszu, gdzie zwierzyna przeczekuje gorąco lejące się z nieba. To emocjonujące łowy, ale nienależące do prostych. Trzeba dać z siebie wszystko i na koniec opanować nerwy.

Tym akcentem zapraszam do przeczytania kolejnego wpisu, który będzie głównie o polowaniu. A na razie cieszmy się, że u nas pada deszcz!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Minął rok…

Minął już prawie rok, odkąd wylądowaliśmy z Pauliną w Polsce. Za nami długi, intensywny sezon łowiecki oraz okres pełen zmian w życiu zawodowym i prywatnym. Chyba obydwoje robiliśmy wszystko, by zapełnić pustkę, która powstała po powrocie z Namibii. Można powiedzieć, że wyjazd z Czarnego Lądu to dla nas jak rozstanie pary kuropatw.

W tym roku udał się sezon na rogacze. Przeżyliśmy wiele pięknych wyjść, rozkoszując się soczystą europejską zielenią i szczekiem kozłów. Chyba nikt nie może narzekać na grzybiarzy (bo nie było grzybów) ani na pogodę, bo wszystko było idealne i byki dały czadu.

Jednak ilekroć przekładałem sztucer przez ramię i dopijałem poranną kawę, myślami byłem gdzie indziej. Na polowaniu starałem się podchodzić zwierzynę tak blisko, jak się da, by poczuć adrenalinę jak w Afryce, wejść w lesie w watahę dzików i położyć się na ziemi, zwabić rogacza na kilka kroków czy zbliżyć się do ryczącego byka. Wtedy przez chwilę czułem się jak na sawannie pośród dzikich stad antylop. Tę tęsknotę, która zżera od środka, można porównać do tęsknoty za domem, bo jeśli ktoś spędził trochę czasu na Czarnym Lądzie, to traktuje to miejsce jak dom. Mimo że w tym domu trudno żyć. Co prawda stary land rover dzielnie przypomina wycieczki w nieznane i ciągle utrzymuje ducha niekończącej się przygody, jednak bez piachu na twarzy, lodówki wypełnionej mięsem z oryksa i butelkami słabego namibijskiego piwka to już nie to samo. I choć to zabrzmi trochę pesymistyczne, stwierdzam, że ostatni rok dla mnie i Pauliny oznaczał szukanie namiastki dzikiego i prawdziwie szczerego życia, jakie mieliśmy w Kambaku.

Niech nikt nie pomyśli, że uważamy polskie okoliczności przyrody za gorsze – nic podobnego. Ci, co byli w Afryce, wiedzą, że całe RPA i spora część Namibii są poprzegradzane płotami wysokimi na 3 metry. Można zapytać: gdzie ta dzikość? Gdzie ta swoboda? Ano każdy dzień w Namibii jest bardziej szczery niż miesiąc przebywania wśród „ludzi bez twarzy”. Co do ogrodzeń, mnie osobiście dużo bardziej doskwierają niewidoczne bariery, jakie sztucznie tworzymy między sobą w Europie, niż afrykańskie płoty. To paradoksalne, ale opuszczając namibijskie ogrodzenia, człowiek zdaje sobie sprawę, że wcale nie czuł się w środku jak w klatce – czego niestety nie mogę powiedzieć o codziennym życiu w naszej nowoczesnej rzeczywistości.

Żeby przetrwać chwile rozłąki, praktycznie co tydzień mamy regularne połączenia internetowe z Namibią. Wiemy, że w Kambaku był słaby okres deszczowy. Właściwie we wszystkich krajach Afryki Południowej sytuacja jest niewesoła – farmerzy likwidują całe stada bydła, a dzikie zwierzęta głodują. Wszyscy mają nadzieję, że z przyszłoroczną zmianą zjawiska El Niño przyjdzie duży deszcz i wszystko wróci do normy. W obwodach myśliwskich w Namibii trwa silna redukcja antylop, zwłaszcza gatunków wrażliwych na niedostatek świeżej trawy, takich jak eland, gnu czy harteebest. W Kambaku bardzo dobrze funkcjonuje założona przez nas nowa infrastruktura drogowa i turystyczna. Idea zagospodarowania obwodów łowieckich jest kontynuowana. Ostatni sezon zakończył się pomyślnie, a nawet pojawiło się młode pokolenie żyraf. Wyzwanie stanowią elandy – Paulus policzył w jednym stadzie ponad 120 młodych z ostatniego roku. To dużo za dużo na tak skąpy deszcz, jaki w tym roku nawiedził region między Otawi a Otjiwarongo.

Okazuje się, że nasze losy będą cały czas związane z farmą Kambaku. W październiku wracam bowiem do afrykańskiego domu. Co prawda już w trochę innym charakterze, jednak ten wyjazd na pewno przyniesie kilka ciekawych wpisów. W końcu trzeba zapanować na tą populacją elandów…

Jakub Piasecki

Czytaj więcej