Selekcja po polsku – selekcja po namibijsku

Wiosna to czas na podsumowania i plany. W życiu prywatnym, ale nie tylko. Do niedawna marzec w kalendarzu łowieckim nazywany był pustym miesiącem. Dla myśliwego to czas, kiedy może odespać zimowe, mroźne noce spędzone w łowisku. To również intensywny okres dla zarządów okręgowych, ponieważ sprawdzanie i korygowanie rocznych planów łowieckich przeplata się z komisjami oceny prawidłowości odstrzału byków jeleni. I temu zagadnieniu chciałbym poświęcić swój wpis.

Co roku myśliwi jak do prokuratury udają się przed komisję z bykami pozyskanymi w poprzednim sezonie. Czy potwierdzi ona 6 lat czy nie, czy to 11. rok życia czy może „dziwnie wzięty” 10. rok i ciągle II klasa? Na Mazurach dochodzi jeszcze pytanie, czy uzna 8. rok życia. Ten region ma bowiem „specjalne” kryteria oceny, w których II klasa została dodatkowo rozbita na byki w wieku 6–7 lat oraz 8–10 lat. Zgodnie z zasadami można tam prawidłowo strzelić byka obustronnie koronnego o wadze do 3,5 kg w wieku 6–7 lat oraz do 5,5 kg w wieku 8–10 lat. Trochę to zawiłe, jednak najważniejsza jest bariera 7–8 lat, często subiektywnie oceniana przez komisję. Tutaj pomyłka o jeden rok skutkuje uznaniem odstrzału za prawidłowy albo krytycznie nieprawidłowy. Reasumując, o poprawności odstrzału i wypełnieniu bardziej lub mniej skomplikowanych kryteriów decyduje subiektywna ocena starcia czwartego zęba. No bo kwestia koronności, selekcyjności i masy wieńca na koniec rozbija się o starcie zębów oceniane po strzale.

Stańmy z boku i popatrzmy na to jak normalny niepolujący człowiek. Myśliwi mówią o selekcji, o tym, jak trudna jest to sztuka i jak oszczędzają mocny trzon populacji, z tym że wszystkie te zasady weryfikuje starcie pierwszego trzonowca, oceniane na długo po strzale. Nawet ktoś niepolujący stwierdzi, że coś tu nie gra, bo myśliwy – nawet jakby chciał – nie jest w stanie spojrzeć bykowi w zęby przed strzałem. Pominę tutaj rozpoznawanie po typowych cechach, takich jak kąt pyska, linia grzbietu, szerokość karku i inne, bo każdy, kto poluje dłużej, przyzna mi rację, że wygląd sylwetki jest bardzo mylący, zwłaszcza w dobie ton kukurydzy trafiających do łowisk – ale to dłuższa historia. Wracając do komisji – tylko czekać, aż w kwietniu, maju ukażą się publikacje dowodzące słuszności takich czy innych kryteriów selekcji. Powiem szczerze – nie dość, że mnie to nie przekonuje, to jeszcze w wielu przypadkach wiąże się to z naginaniem rzeczywistości i czystą fikcją, podyktowaną protokołami z OHZ-etów, w których byki się starzeją średnio o 5 lat.

Po tegorocznej ocenie prawidłowości naszły mnie przemyślenia. A co, gdyby podejść do sprawy tak jak Afrykańczycy? Gdyby byki dzieliły się po prostu na selekcyjne i trofealne? Żadnego podziału ze względu na masę wieńca i wiek. Odstrzał selekcyjny obejmowałby wszystkie samce niekoronne i jednostronnie koronne. Natomiast odstrzał trofealny – wszystkie, które myśliwy uważa za trofeum, bez względu na wiek i formę wieńca. Oczami wyobraźni widzę czerwieniejące ze złości twarze zwolenników kryteriów selekcji. Bo przecież jak uchronić trzon populacji w sile wieku? Paradoksalnie może właśnie przy takich prostych zasadach byłby bardziej chroniony niż przy skomplikowanych kryteriach łączących wiek, formę i wagę wieńca. Gdyby łowczy sam decydował o tym, ile w roku wydaje odstrzałów trofealnych, miałby dużo większy wpływ na kształt populacji. Myślę, że bardzo szybko zaowocowałoby to zdrową konkurencją między obwodami, tak jak rywalizują ze sobą obwody w Namibii. W rezultacie populacja jeleni w kole łowieckim stanowiłaby odzwierciedlenie podejścia zarządcy, a nie realizację cyferek z tabelki.

To oczywiście utopia, ale wspaniale byłoby po strzale do byka czuć się jak na safari – zew przygody, adrenalina, emocje. A tak trzeba nerwowo rozcinać skórę na policzku i patrzeć na czwarty ząb. Czasem ten strach przed myśliwską prokuraturą zabiera całe pozytywne odczucia, polowanie zaś staje się wypaczone kryteriami, które teoretycznie powinny ułatwić myśliwym podejmowanie decyzji o strzale.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Pancerny oryks

Wiosna już zagościła w Namibii na dobre. Z dnia na dzień jest coraz goręcej, w nocy również nie da się spać. Nagrzane afrykańskim słońcem betonowo-kamienne ściany naszego domu oddają ciepło po zmroku tak, że czujemy się jak w piekarniku.

Myśliwskie serce tym mocniej wyrywało się do buszu na polowanie. Tym bardziej czuło zew przygody w letniej aurze. Postanowiliśmy z Kubą dopiąć wszystkie obowiązki z danego dnia i najpóźniej o 16 ruszyć na łowy (w tym czasie zachód następuje dopiero ok. 19). Tak też zrobiliśmy: o 15.50 byliśmy gotowi do wyjazdu ze sztucerami, podpórką, lornetkami i zapasem wody. Zostawiliśmy samochód w gęstwinie akacji i ruszyliśmy marszem. Lejący się z nieba żar już po pół godzinie naszego podchodzenia zamienił się w strugi potu lejące się po głowie. A dookoła ani jednego świeżego śladu antylop, żadnego ruchu, powietrze także stało. Podeszliśmy jeszcze kawałek do miejsca, gdzie dawniej wykładano sól i minerały, a teraz zwierzyna ciągle lubi tam przychodzić. Postanowiliśmy zostać do wieczora. Korzystając z względnie wczesnej pory, zaczęliśmy budować naszą czatownię. Całą konstrukcję zrobiliśmy z ciernistych akacji, a od zewnętrznej strony uzupełniliśmy ją trawami i gałęziami z bardzo aromatycznego krzewu camphor bush (łac. Tarchonanthus camphoratus), który skutecznie eliminuje zapach człowieka i jest powszechnie wykorzystywany przez tutejszych przy podchodzeniu zwierzyny. Oczyściliśmy wnętrze naszej kryjówki z cierni i przysiedliśmy na ziemi w oczekiwaniu na jakiś ruch. Mija pół godziny i nic, godzina, a tu nadal nawet mucha nie przelatuje. Jako że myśliwska cierpliwość nie ma granic, trwamy w bezruchu i czekamy dalej. Słońce wędruje coraz niżej ku zachodowi, w końcu chowa się za horyzontem, a przy naszej skrytce wciąż żadnego poruszenia. Na farmie rzadko się zdarza, by wyjechać do buszu i nie napotkać żadnych zwierząt, jednak tym razem właśnie tak było. Można by się delektować tą ciszą sawanny bez końca. Ponieważ nie najlepiej widzę po zmroku, a już zaczęła się robić szarówka, uznałam, że poczekamy jeszcze z pół godzinki i się zbieramy. Aż tu nagle słyszymy trzask. Pod spokojnym i ostrożnym krokiem gałęzie łamią się jedna po drugiej. W następnej chwili pojawia się oryks, samiec w średnim wieku. Po ocenie długości obydwu rogów Kuba mówi: „Droga wolna, jest selekcyjny”. Układam się do strzału, ale w lunecie już niewiele widać. Po kilku minutach celowania ostatecznie łapię łopatkę w krzyżu i pociągam za spust. Od samego początku widzę, że jego reakcja jest niestandardowa, tzn. nie taka, z jaką do tej pory się spotykałam. Oryks kładzie się w miejscu strzału, lecz zauważam, że ciągle oddycha. Czekamy chwilę w naszej czatowni, ale sytuacja się nie zmienia. Szybko analizuję, gdzie mogła trafić kula. Płuca? Serce? Nie, po takim strzale oryks na pewno by gwałtownie się zerwał i pognał w busz. Żołądek? Tym bardziej nie – usłyszelibyśmy głośne echo uderzenia pocisku, a zwierz również nie zostałby na miejscu. Jedyne, co zostaje, to strzał na „puste” albo kręgosłup. Samiec nie jest w stanie się podnieść, czyli to na pewno kręgosłup. Podchodzimy spokojnie, krok za krokiem w mroku nocy, by nie zestresować oryksa. Ta antylopa, kiedy jest ranna, potrafi być szalenie niebezpieczna. To bardzo wytrzymałe zwierzę, nawet przy poprawnym strzale wystarczy chwila nieuwagi i dwa ostre jak szpikulce rogi mogą pozbawić łowcę kolejnych myśliwskich przygód. Kuba ostrożnie się zbliża ze sztucerem przygotowanym do strzału i dokładnie ogląda miejsce uderzenia kuli. Po chwili odwraca się do mnie i oddaje broń. Ostrożnie łapie ofiarę za rogi, a następnie jednym pewnym ruchem ręki przecina tętnicę szyjną. Na takie zachowanie można sobie pozwolić, gdy jest się naprawdę doświadczonym myśliwym. Ranne zwierzę powinno się dostrzelić, jednak mój mąż zawsze na wszystko ma swój sposób.

Czekamy jeszcze 20 minut, aż opadnie adrenalina, i ruszamy po samochód. To wydarzenie nauczyło mnie, jak niezwykle niebezpieczne bywa polowanie. W przypadku rannego zwierzęcia łowca musi wiedzieć, jak się zachować. Nagle się okazuje, że jeden nieprzemyślany ruch może pozbawić go życia. Poza tym już wiem, jak ważny jest trening strzelecki.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Słoń, skorpiony i biała dama

Od samego początku naszego pobytu w Afryce obowiązkowym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić, było pasmo górskie Brandberg (najwyższe góry Namibii, najwyższy szczyt Königstein 2573 m), położone niedaleko Wybrzeża Szkieletowego. Nie zamierzaliśmy się wspinać, tylko po prostu zależało nam na tym, by podjechać pod te olbrzymy oraz odwiedzić tzw. White Lady. „Biała dama” to zespół malowideł naskalnych pozostawionych przez przodków ludu Damara. Pełniły one funkcje komunikacyjne, coś jak starożytny SMS. Najstarsze malowidła są datowane na 5000 lat, natomiast rysunek białej damy, czyli kobiety o białej karnacji, ubranej w skóry i otoczonej przez kobiety Damara, liczy 2000 lat. Kierując tam samochód, nie przypuszczaliśmy, jakie przygody czekają na nas w tym miejscu…

Sam dojazd robi wielkie wrażenie, bo skaliste szczyty Brandbergu widać już z ok. 150 km. Pruje się przez płaskie pustkowie bardzo dobrą żwirówką, a na horyzoncie cały czas są góry. Kiedy wydaje się, że to już tuż-tuż, okazuje się, że jeszcze 50 km. Dokoła rozpościerają się rozległe pastwiska, na których Damarowie wypasają (na przemian) oryksy i krowy.

Po długiej i wyczerpującej jeździe udało się w końcu skierować land rovera na camping. Na recepcji mieszczącej się ok. 2 km od miejsca, w którym nastąpiła nasza zguba, bardzo miły pan poinformował nas, by zachować szczególną ostrożność, ponieważ na campingu jest jeden słoń, a w tę stronę kieruje się jeszcze grupa mniej więcej ośmiu innych osobników, które najprawdopodobniej dotrą na camping w nocy. Doświadczeni (jak się nam zdawało) w spotkaniach z tymi zwierzętami po wizycie w Caprivi uspokoiliśmy pana recepcjonistę słowami, że słonie nam niestraszne i wiemy, jak się z nimi obchodzić.

Camping jak marzenie. Ulokowaliśmy się z dala od reszty turystów, tuż na brzegu wyschniętej rzeki. Dokoła stare akcje, dające upragniony cień, nieopodal tank z wodą, prysznic, prowizoryczna toaleta i fachowe miejsce na ognisko – jak śpiewają Bracia Figo Fagot, „elegancja Francja”. Popołudnie i wieczór spędziliśmy, patrząc na Brandberg. Gdy słońce już pożegnało wyschniętą ziemię, zaczęliśmy codzienny rytuał pieczenia nad ogniem mięsa z oryksa. Wszystko zapowiadało się idealnie: miał być spokój i pełny relaks.

Nagle ciszę nocy przerwało wycie osłów spacerujących po campingu. Chwilę później rozległ się głośny trzask i rumor spadającego na ziemię masywnego konara akacji, a potem dobiegł nas niski, doniosły pomruk. Oho, słonie już tu są. Teraz mieliśmy pewność, co się dzieje. Zachowaliśmy spokój, bo nie pierwszy raz słyszeliśmy te odgłosy. Należy tutaj dodać, że słonie pod osłoną nocy można zlokalizować jedynie po pomrukach, jakie wydają, bądź po trzasku gałęzi. Zwierzęta te podczas żeru łamią kolosalne konary albo tratują całe drzewa, jednak sam ruch tego kilkutonowego olbrzyma jest bezszelestny. Na nasze nieszczęście zaraz opodal samochodu znajdowała się toaleta i kran z wodą, więc słonie, niczym po sznurku, przyszły do nas. Schowanie się do auta nie miało za bardzo sensu, bo akacja stojąca tuż za nim była okupowana przez orfanty. Zostaliśmy więc przy ognisku pełni nadziei, że może jednak te kolosy będą się bały ognia.

Po chwili zrobiło się bardzo zabawnie. Młode słonie rozwaliły kran i przygotowały sobie bajorko, z którego piły, natomiast matki udały się napoić w toalecie. Te zwierzęta są niesamowicie inteligentne – ponieważ toaleta stanowiła tylko wymurowane pomieszczenie bez dachu, wyposażone w miskę klozetową, samice podeszły pod wychodek i jedna z nich, wsadzając trąbę przez dach, zsunęła wieko miski klozetowej, po czym włożyła trąbę do zbiornika służącego do spuszczania wody. Chlup, pusto, zbiornik zaczął się napełniać, po chwili znowu chlup. Jeden dorosły słoń zaprzestał tej zabawy po ok. 30 napełnieniach zbiornika. A samic było kilka, więc dobre dwie godziny wsłuchiwaliśmy się w napełnianie wody w toalecie. Oczywiście nie mieliśmy szansy nagrania tej sceny ani zrobienia nawet prostego zdjęcia, ponieważ słonie reagują agresywnie na błysk flesza i światło latarki. Pozostało nam siedzieć przy ognisku i cicho śmiać się z tej sceny. Co rusz nasza radość była torpedowana przez trzask konarów akacji, pod którą stał samochód. Z niepewnością spoglądaliśmy, czy to już koniec land rovera, czy nie. Jednak słonie czuły naszą obecność, wiedziały, gdzie stoi auto i starały się nie naruszać naszej prywatności (do czasu – jak się okazało chwilę później). Stado się napiło, pomruki zaczęły się oddalać, a u nas zapanowało rozluźnienie. Przetrwaliśmy ten zmasowany nalot olbrzymów.

Naglę ciszę nocy i nasz spokój przerwał niski, donośny pomruk. Oboje automatycznie powróciliśmy do ogniska, które szybko rozdmuchałem, i zajęliśmy miejsca w fotelach, wpatrując się w nocne kino. Słoń był jeden – za to potężny. Nie pozwolił na siebie długo czekać. Z mroku nocy wychyliły się dwa ogromne ciosy błyszczące w blasku ognia i malutkie lśniące oczy opatulone wielkimi bojowo ustawionymi uchlami. Zwierz wyglądał bardzo groźnie. Był to dorodny samiec ozdobiony ślicznym orężem. Szedł powoli, lecz prosto na ognisko. Paulina ścisnęła mnie za rękę. Mówię: – Spokojnie, zaraz skręci. Niestety nie skręca, lecz idzie wprost na nas. Teraz już i ja nie wiem, co mam zrobić. Oboje nas przeszywa paraliżujący strach, przykuwający do foteli. Przed nami ogień, a tuż za nim po drugiej stronie wielkie ciosy i dokładnie obserwujące nas błyszczące oczy. Słoń zatrzymał się, podniósł trąbę i bojowo ustawił uszy. Nie byliśmy w stanie się ruszyć, bo po co? Nie uciekniemy. Jego trąba znalazła się nad nami. Wystarczyłoby, żeby ją agresywnie opuścił i nasze wątłe ludzkie ciała nie miałyby żadnych szans. Stał tak, trzymając nad nami trąbę i ciosy w pozycji gotowej do ataku, może przez 60 s, jednak my czuliśmy się tak, jakby to trwało co najmniej godzinę. W końcu olbrzym mruknął, odwrócił się i powoli odszedł w ciemność, z której przybył. Dochodziliśmy do siebie dłuższą chwilę. To, jak czuje się człowiek, które staje oko w oko ze słoniem, jest nie do opisania. Końcówkę tej historii możemy opowiedzieć po naszym powrocie.

Następnego dnia, gdy zrelacjonowaliśmy panu na recepcji nasze spotkanie z rosłym samcem, na jego twarzy malowała się mina mówiąca: „A nie mówiłem”. Przerwał ją śmiech, po którym usłyszeliśmy, że jeśli chcemy zostać na jedną noc dłużej, to może być ciekawiej, bo w stronę campingu podąża kilkanaście innych słoni. Podniosłem rękawicę i postanowiliśmy z Pauliną jakoś lepiej się przygotować do następnego spotkania. Po głowie chodziła mi myśl, by nagrać aparatem film. Narąbałem sporo drzewa, dokoła porozstawialiśmy świece, ustawiłem przy ognisku aparat, zjedliśmy i czekaliśmy. Godzina, dwie, trzy, ale nigdzie nie słychać znajomego pomruku. Paulina zaczęła już drzemać w fotelu, więc stwierdziłem, że zwijamy majdan, bo słonie dzisiaj nie przyjdą. Zaczęliśmy szykować samochód do spania. Nagle Paulina podbiega do mnie i mówi, że jak podnosiła fotel, to coś ją ugryzło w palec, który zaczął strasznie pulsować. O cholera!!! Szybko zacząłem oglądać palec, lecz nigdzie śladów po wężu. Trochę się uspokoiłem na myśl, że to zapewne skorpion. Udałem się w miejsce, gdzie tajemniczy stwór zaatakował moją żonę. Węże zazwyczaj zostawiają ślady, ale nic nie znalazłem. W tym momencie Paulina zaczęła płaczliwie wołać mnie, żebym szybko przyszedł. Mdlejąca wybełkotała: – Moje tętno gwałtownie przyspieszyło. Przytykam palce pod krtań. O cholera!!! Wyrzucam wszystkie rzeczy stojące mi na drodze, odpalam samochód i pruję, ile tylko jestem w stanie wycisnąć z samochodu, w stronę stróżówki. Błyskawicznie przyspieszające tętno oraz rozprzestrzeniający się ból to objawy ukąszenia przez najgorsze węże, takie jak: mamba, puff adder i zebra snake. Szybko znalazłem miejscowego znającego się na rzeczy. Chwilę przed tym, jak wielka igła z przeciwtoksynami wystartowała w jej kierunku, Paulina oświadczyła, że ból znowu ograniczył się tylko do palca i tętno się unormowało. Zaczęliśmy wszyscy wspólnie jeszcze raz oglądać miejsce ukąszenia pod dużym oświetleniem. Uffff, nie ma szans, żeby to był nawet najmniejszy wąż. Żadnego rozcięcia, tylko malutkie miejscowe ukłucie. To na pewno skorpion pustynny. Choć moja żona wyła z bólu, cieszyliśmy się, że to tylko skorpion – poboli jedną dobę i po temacie. Szczęśliwi wróciliśmy na camping.

Ułożyliśmy się do snu. Paulina, mimo bólu, zasnęła momentalnie. Jej organizm był totalnie wyczerpany stresem. Byłoby to szczęśliwe zakończenie, gdybym o północy nie poczuł, jak coś z igłami zamiast odnóży wspina się po mojej głowie. Odruchowo zmiotłem skorpiona, wyrzucając go w przestrzeń samochodu, jednak zdążył mnie ukąsić w ucho. Skorpiony pustynne są bowiem szybkie i kąsają znienacka. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi i obolali zaczęliśmy nocną obławę na intruza. Udało nam się zagonić skorupiaka na śpiwór Pauliny, gdzie dokonał żywota opryskany Doomem (silny środek owadobójczy). Rozpylanie tego syfu w aucie nie było rozsądne, ale sytuacja wymagała zastosowania niekonwencjonalnej metody.

Z następnych 24 godzin wycieczki pamiętamy tylko… ból. Tak jakby ktoś trzymał Pauliny palec i moje ucho nad ogniem.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Czas na biltong… i kolejną wyprawę!

Namibijczycy kochają mięso i nie uznają potraw bez jego dodatku. Jak to się mówi: „Sałatki to wymysł Europejczyków”. Przeciętny Owambo potrafi zjeść 2 kg mięsa dziennie w każdej możliwej postaci. Natomiast tradycją w tym samym wymiarze co polska kiełbasa na święta jest biltong. Mięso (niezależnie, z której części zwierzęcia) kroi się na długie, wąskie paski, po czym przyprawia się specjalistyczną przyprawą „biltong cure”, a następnie suszy na słońcu, aż będzie twarde jak kamień. Gdy mieszkańcy Kambaku uzbierają trochę grosza, to pierwszym wydatkiem jest właśnie mięso, z którego robią biltong. Wygląda to nieco śmiesznie, kiedy przed domami zamiast prania w pełnym słońcu prażą się takie skrawki. Odkąd przyjechaliśmy do Namibii, mieliśmy z Pauliną spory ubaw z tutejszej tradycji. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia postanowiłem kupić na stacji benzynowej „pałeczkę” biltongu o nazwie „chili stripes”. W spożywaniu tego wysuszonego na wskroś specjału jest pewna magia. Z jednej strony już po dwóch minutach walki z paskiem mięsa szczęki odmawiają posłuszeństwa, z drugiej jednak – to niesamowicie wciągające… i smaczne.

Nadszedł czas kolejnej wyprawy. Wyruszamy z Pauliną w 10-dniową podróż naszym zaprzyjaźnionym defenderem. Plan wycieczki to zachód Etoshy, Damaraland, wodospady Epupa, wioska plemienia Himba, Wybrzeże Szkieletowe i Kalahari. A więc (pozdrowienia dla mojej nauczycielki języka polskiego, która zawsze powtarzała mi: „Piasecki, nie zaczyna się zdania od «A więc»”), drodzy czytelnicy, czekajcie na kolejne wpisy, bo będzie o czym opowiadać. Tym razem przygotowania trwają znacznie dłużej. Obszar pustyń i skalistych urwisk jest dużo bardziej wymagający niż dzikie rejony Caprivi. Postanowiliśmy nie kupować prowiantu na grilla, tylko przygotować go samemu. W tym celu przerobiliśmy jedną szynkę z niedawno strzelonego oryksa. Z resztek zaplanowałem zrobić na drogę biltong! Zdobyliśmy tajemniczą przyprawę i – jak to mówią żeglarze – „heja!” Nadszedł czas, że również przed naszym mieszkaniem opodal przydomowej preparatorni zamiast skarpetek suszą się skrawki mięsa z przyprawami.

Na koniec muszę dodać, że już kiedyś zabrałem się za tradycyjne wyroby. Efektem miała być kiełbasa z dzika, a wyszła – jak przechrzciła ją moja mama – kiełbasa atomowa. Przesadziłem wtedy z przyprawami i przewędziłem ten „specjał”. Żal było wyrzucać, a jeść się nie dało, bo posmak soli utrzymywał się w ustach jeszcze następnego dnia. Takie były moje kulinarne początki. Kiełbasa oczekuje więc głęboko na dnie zamrażarki na ciężkie, atomowe czasy. Mam nadzieję, że biltong uda mi się mi lepiej.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Nambwa – zdani na łaskę dzikich zwierząt

To już ostatni wpis z cyklu „wycieczka po Caprivi”. Mniej więcej zrelacjonowaliśmy, jak wyglądał ten długi tydzień. Do napisania pozostało jedynie kilka zdań o trójkącie Kwando. Nazwa pochodzi od położenia geograficznego tego miejsca na mapie – między rzekami i granicą państwa. Przed wyruszeniem usłyszeliśmy od afrykańskich przyjaciół, że to musi być obowiązkowy punkt na naszej liście. „Przygotujcie się na wrażenia” – to jedyne, czego udało nam się dowiedzieć przed wyprawą. Początkowo zamierzaliśmy zostać tam jeden dzień i później ruszyć w kierunku Wodospadów Wiktorii, jednak gdy dotarliśmy na miejsce, plany zmieniły się z automatu.

Jak by to ubrać w słowa? Hmmmm…. Podczas swojego krótkiego życia poszukuję sytuacji i miejsc, w których ogrom oraz piękno dzikiego świata przyrody przyćmiewa zdobycze cywilizacji. Chyba każdy myśliwy uwielbia bicie serca towarzyszące mu, gdy ciszę poranka zagłusza potężny ryk byka jelenia, albo księżycową noc w Bieszczadach, kiedy między górami niesie się wilcze wycie. To są uczucia, które warto kolekcjonować, bo są jak energia niezbędna do myśliwskiej egzystencji. Na koniec tego przydługiego wstępu chcę napisać, że nigdy ani nigdzie nie czułem się tak zdany na łaskę dzikich zwierząt jak podczas naszego pobytu w Nambwa (jednym z dwóch campingów w dolinie rzeki Kwando).

Przed samym wjazdem do parku ujrzeliśmy bardzo widoczne znaki: „only 4×4!!”. No i rzeczywiście, po przekroczeniu bramy skończyła się droga. Do campingu pozostało do przebycia 25 km. Pojawił się pierwszy lęk. Na wjeździe pobrali opłatę, ale nie dostaliśmy żadnej mapy ani nawet numeru telefonu alarmowego. Jedziemy i jedziemy, i nic, zero drogowskazów, a samochód ryje na zblokowanych mostach w piachu po kolana. Nie ma szans na szybszą jazdę, bo po obu stronach drogi słonie agresywnie ustawiają się w naszą stronę. Nie mija nas żadne inne auto, nie mamy zasięgu ani możliwości szybkiego odwrotu. Przed sobą widzimy jedynie słabo wyjeżdżoną piaszczystą drogę prowadzącą do doliny. Po niemal 20 km walki zobaczyliśmy kawał deski z ręcznie namalowanym napisem: „You almost there!”. Co za ulga!

Wjeżdżamy na camping znajdujący się na wyspie otoczonej mokradłami i rzeką. W tym przypadku camping to może za dużo powiedziane, bo nie ma żadnego ogrodzenia ani oznaczenia. Nic, tylko prowizorycznie wyznaczone miejsca przy rzece z placem na ognisko. Przywitał nas bezzębny pan, który nie umiał się porozumiewać w żadnym ze znanych mi języków. Po długich przebojach z użyciem gestykulacji udało nam się rozbić opodal wody. Oczarowani tym miejscem stwierdziliśmy, że zostajemy w tej dziczy do końca naszych wakacji.

Wytłumaczono nam ogólne zasady postępowania w sytuacjach niebezpiecznych. Wszystkie historie, kiedy musieliśmy uciekać przed zwierzętami, wydarzyły się właśnie w Nambwa. Otoczeni przez słonie, lwy, bawoły, hipopotamy i krokodyle spędziliśmy trzy wspaniałe dni w dziczy. Pierwszej nocy między samochodami pod osłoną ciemności przechadzał się lampart. Gdy o poranku wyruszyliśmy na fotograficzne łowy, niedaleko miejsca naszego noclegu spotkaliśmy tropy trzech dorosłych lwów. Drugiej nocy stado ok. 70 słoni przeszło przez camping, wywalając młode drzewa i zżerając, co się da. Co ciekawe, były tak cicho, że nikt z obozujących nawet się nie obudził. Jedynie o poranku trudno było ominąć setki wielkich gówien pokrywających ziemię. Trzeciej nocy „hotel” nawiedziła rodzina pawianów. Dokonały zniszczeń, narobiły rabanu, wyjadły resztki ze śmietników i zwiały.

Przez te trzy dni często miałem włos zjeżony na plecach. Przerażenie mieszało się z zachwytem oraz niedowierzaniem. Wszystkim poszukującym ekstremalnych doznań w Namibii polecam wypożyczyć terenowe auto z namiotem dachowym i udać się do Nambwa.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Wśród pawianów

Podczas całej naszej wyprawy praktycznie na każdym przystanku czy campingu spotykaliśmy kolegów z klasy naczelnych: pawiany (ang. baboons). We mnie budziły one najwięcej emocji oraz wewnętrznego poczucia bliskości i podobieństwa. Mogłabym spędzać godziny na ich podglądaniu. Są to zwierzęta o bardzo rozbudowanym systemie socjalnym, w którym grupie przewodzi starszy samiec i jego najbliższa rodzina. Stada te liczą nawet po 70 osobników. Wykazują aktywność głównie w dzień, noc spędzają zaś na drzewach bądź skalnych wzniesieniach. Młode pawiany są transportowane przez matkę, ściśle przyczepione rękami i nogami do jej brzucha lub pleców. Pod nieobecność matki opieka nad małymi spoczywa na innych samicach z grupy. W swoim języku mają ponad 80 odgłosów oraz co najmniej dwa razy więcej gestów i min. Przed samcem alfa każdy czuje respekt i nikt go nie zaczepia. Wystarczy jego jedno spojrzenie czy ruch i wszyscy się podporządkowują.

Caprivi jest pełne pawianów oraz koczkodanów (ang. vervet monkeys). Na każdym campingu obowiązuje odgórne zarządzenie, aby nie zostawiać nigdzie resztek jedzenia, talerzy i sztućców oraz zamykać po sobie szczelnie kosze na śmieci, a przede wszystkim nie dokarmiać zwierząt bezpośrednio. Pewnego dnia przed popołudniowym wyjazdem do buszu, zaledwie po przekroczeniu bramy campingu, zobaczyliśmy grupę złożoną z ok. 40 pawianów zmierzających żwawym krokiem w stronę naszego turystycznego obozu, zapewne w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. W naturalnym instynkcie małpy te unikają ludzi i raczej boją się do nich zbliżać. Problem pojawia się, kiedy zaczynają je oni dokarmiać i automatycznie są kojarzeni ze źródłem pożywienia. Wtedy pawiany przestają już zważać na obecność ludzi i nawiedzają domy oraz osady, uporczywie poszukując jedzenia.



Wielu myśliwych ma poważny problem z populacją tego szkodnika na farmach. Sytuacja zmusza ich do odstrzałów redukcyjnych, jednak żaden z nich nie pochwala takiego polowania. To niemalże temat tabu, który każdemu kojarzy się tylko z uczuciem niesmaku po strzeleniu małpy człekokształtnej. Kształt głowy, dłoni, stóp, skóry czy włosów jest bowiem niesamowicie podobny do ludzkich części ciała. Do tego obserwacja socjalnych zachowań pawianów przed strzałem, ich troskliwości, opieki nad młodymi czy respektu przed starymi osobnikami sprawia, że polowanie na te małpy nie należy do przyjemnych.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Inne rozumienie słowa camping

Po raz kolejny w nawiązaniu do naszej wyprawy. Przyznam, że do tej pory camping nie budził mojej aprobaty. Kojarzył mi się z ludźmi teoretycznie poszukującymi bliskości z naturą, a w praktyce – nadużywającymi alkoholu i zostawiającymi po sobie tony śmieci.

Nie wszędzie w Namibii jest dozwolone nocowanie „na dziko”. Dodatkowo powiem szczerze, że podczas naszej wycieczki nie odważyłem się tego spróbować. Zdecydowanie bezpieczniej spędzało się noce w wyznaczonych punktach, tym bardziej że afrykański camping nie stanowił wypaczenia tego słowa. Miejsca, w których nocowaliśmy, nie dość, że były bardzo tanie, to jeszcze doskonale wyposażone (oprócz dziczy w Kwando – ale o tym następnym razem). Jako turyści w każdym z nich czuliśmy się traktowani wyjątkowo.

W praktyce wyglądało to w ten sposób, że z trasy zamawialiśmy miejsce na nocleg. Gdy dojeżdżaliśmy, od bramy witał nas przewodnik i zaprowadzał od razu tam, gdzie mieliśmy nocować. Żadnej papierologii czy problemów – tylko profesjonalizm i zrozumienie dla podróżników. Campingi były pełne ludzi takich jak my, którzy upodobali sobie zwiedzanie Namibii w terenowym samochodzie, nocowanie w namiocie dachowym i spędzanie wieczorów przy trzasku płomienia z piwem w ręku. Panowało zrozumienie oraz życzliwość. Każdy sobie pomagał – czy to przy kłopotach z autem, czy przy wyborze najlepszej trasy, by o świcie ruszyć dalej.

Miejsca campingowe powydzielano w gęstym lesie, dzięki czemu czuliśmy obecność ludzi, a jednocześnie mieliśmy własny kawałek ziemi przy rzece. Niemal każdy obóz był wyposażony w prysznic, łazienkę i teren do palenia ogniska. Wieczorami wszystkie ekipy samochodowe albo łączyły się w grupy, albo spędzały czas indywidualnie przy małym ognisku. Wszędzie roznosił się zapach pieczonego mięsa oraz toczyły się ciche, niemal szeptane rozmowy. Nikt nie puszczał żadnej muzyki i nie zagłuszał wieczornego misterium. Mimo że pochodziliśmy z różnych stron świata, to razem i z osobna czerpaliśmy radność ze wsłuchiwania się w odgłosy nocy, bulgoczący śmiech hipopotamów, ryk lwa i chichot hien.

Takie momenty wspomina się do końca życia. Przykładowo, gdy jednej nocy obozowaliśmy nad Okawango, słyszeliśmy stado bawołów, które zeszło do rzeki po drugiej stronie – w obszarze polowań na wielką piątkę. Nagle harmonię przerwał lwi pomruk i przez następne kilkanaście minut dobiegało nas tylko powoli cichnące skomlenie młodego bawołu… Kiedy tak siedzieliśmy na drugim brzegu przy żarzących się węglach, na których leżało owcze żebro, cicho powiedziałem do Pauliny, że nie tylko my się dzisiaj smacznie najemy.

Wczesnym rankiem codziennie ta sama historia – szybka kawka z ogniska, pożegnanie ze znajomymi i ruszamy dalej podbijać kraj czterema kołami.

Tak więc od czasu naszej wycieczki camping kojarzy się nam obojgu z przepięknym tygodniem wakacji pełnym życzliwych ludzi. Nigdzie nie spotkaliśmy turystów, którzy pozostawiliby po sobie bałagan czy jakiekolwiek śmieci.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Słoń – niebezpieczny gigant

To nieprawda, co czasem się słyszy z ust pseudoekologów, że populacja słoni maleje i że polowania doprowadziły do załamania tego gatunku. Podczas całej naszej wyprawy słoń był bowiem najpospolitszym i najniebezpieczniejszym zwierzęciem, z jakim mieliśmy do czynienia.

Zacznę od charakterystyki tego olbrzyma. Średnio słonie osiągają wagę od 2 do 6 t (rekordzista z Angoli ważył 10 t i mierzył 4 m). Dziennie piją ok. 120 l wody i spożywają 150 kg pokarmu roślinnego, z czego wykorzystują jedynie 40%. Jak łatwo przekalkulować, jeden osobnik produkuje dziennie 100 kg odchodów. Stąd też nie dziwota, że obszary, w których słoni jest bardzo dużo, wyglądają jak po katastrofie ekologicznej. Po drzewach zostają objedzone, powyłamywane kikuty, nie ma żadnych traw, a wszędzie na ziemi leżą tony odchodów. Słonie nie przebierają w środkach podczas żerowania – zniszczą wszystko, co stanie im na przeszkodzie do pożywienia czy wodopoju.

Orfanty (tak powszechnie określa się słonie w Kambaku; w jęz. owambo to ondziamba, a w jęz. afrykanerskim  olifant) żyją w bardzo złożonych systemach socjalnych. Śmiało można powiedzieć, że przywiązują się do siebie. Przykładowo, kiedy młody słoń przychodzi na świat, zostaje otoczony troskliwą opieką przez wszystkie samice, do tego stopnia, że obserwując stado, nie da się powiedzieć, które młode jest której samicy. Gdy słoń umiera – czy to ze starości, czy z powodu choroby – reszta osobników dba o niego, odpędzając drapieżniki czy przynosząc jedzenie. Całe stado trwa przy umierającym do końca jego dni, a niekiedy dłużej, bo często po śmierci jednego z osobników reszta słoni roznosi kości zmarłego towarzysza po buszu. To niesamowite zjawisko spotykane zwłaszcza w dużych stadach, w których są stare słonie (liczące powyżej 30 lat).

Te olbrzymie i niesłychanie inteligentne zwierzęta potrafią być też niebezpieczne. Wjeżdżając w głąb Caprivi (przypomnijmy, że choć formalnie od 2013 r. obowiązuje nazwa Zambezi, w powszechnym użyciu wciąż pozostaje stare określenie), na każdej drodze spotyka się znaki ostrzegawcze „Uwaga słonie!”. Z bezwzględności słyną zwłaszcza namibijskie osobniki z północy. Wiąże się to z dwoma czynnikami. Pierwszy z nich to historia kraju. Otóż w latach 80. XX w., w początkach walk o wolność Namibii, w dolinie Kwando i Kawango stacjonowały wojska. Żołnierze często penetrowali busz w poszukiwaniu pożywienia, czasem dla zabawy, a czasem specjalnie irytując słonie pojazdami opancerzonymi oraz helikopterami. Te zwierzęta mają doskonałą pamięć i mimo że wojna dawno się skończyła, to niechęć olbrzymów do pojazdów mechanicznych pozostała. Drugi czynnik to głupota ludzka. Zdarza się spotykać doświadczonych turystów, zwłaszcza z RPA, którzy upodobali sobie specyficzny sposób na poszukiwanie adrenaliny. W niezwykle trudnych warunkach, wyposażeni w wypasiony samochód terenowy podjeżdżają bardzo blisko stad i specjalnie denerwują słonie do momentu, aż te nie zaczną szarżować. No i wtedy uciekają – a słoń, nie dość że potrafi być bardzo szybki, to jeszcze, kiedy jest rozwścieczony, nie odpuszcza, póki widzi cel. Te głupie zabawy kończą się dwojako: albo idiotom udaje się uciec, i wtedy po jakimś czasie wracają z kolegami, albo niestety dochodzi do tragedii… Słoń jednym nadepnięciem jest bowiem w stanie zniszczyć terenowy samochód i zabić pasażerów. Rozwścieczony orfant nie przebiera w środkach – kończy zabawę z pojazdem w chwili gdy już nie da się go bardziej zgnieść. Po drodze do Kongoli widzieliśmy z Pauliną auta, które nie podpasowały słoniom. Przeszły nas ciarki. Wrażenie było tak silne, że żadne z nas nie pomyślało, by zrobić zdjęcie.

Przez właśnie takich turystów raz musieliśmy również uciekać przed słoniami. Na szczęście land rover nie zawiódł. Było to wkrótce po tym, jak znaleźliśmy się w legendarnym trójkącie doliny rzeki Kwando. Pierwsze słonie, jakie zauważyliśmy, były strasznie zdenerwowane. Chwilę później przez liczne stado przejechały dwa auta i zwierzęta zaczęły uciekać. Zza górki ujrzałem wielką samicę rzucającą się w pościg za jednym z pojazdów. My byliśmy w komfortowej sytuacji, bo już wcześniej trochę zlękliśmy się jazgotu słoni i przed całą akcją na wszelki wypadek odwróciłem samochód. Gdy zrobiło się niebezpiecznie, pozostało tylko zapiąć blokady i uciekać.

Kiedy najedzie się znienacka stado słoni, należy zachować całkowity spokój. Zwierzęta te potrafią bowiem odczytać intencje ludzi. Jeżeli zgasi się silnik i nikt nie krzyczy, nie panikuje ani nie trzaska drzwiami, słonie albo zignorują taki pojazd, albo z ciekawości podejdą bliżej, sprawdzą, jaka jest sytuacja, i pójdą w swoją stronę. W tych dzikich terenach czasem nie ma wyjścia – trzeba zaufać Bogu. Gdy piach po kolana, wszędzie nieprzejezdny busz, a akurat za zakrętem wpadnie się na słonia, to trzeba po prostu zatrzymać samochód, przekręcić kluczyk w stacyjce i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Jednego wieczoru niedaleko naszego campingu obserwowaliśmy grupę ok. 70 słoni. Po bardzo obfitej kolacji upieczonej na ognisku udaliśmy się z Pauliną do naszego land rovera na spoczynek. Chcieliśmy wstać jeszcze po ciemku, żeby zdążyć na wschód słońca do malowniczego wodopoju niedaleko granicy z Botswaną. Niestety nam się nie udało. Gdy kładliśmy się spać, słyszeliśmy, że słonie podeszły naprawdę bardzo blisko wjazdu na camping. Kiedy rano wyszedłem zagotować wodę na kawę, przeszył mnie strach i jednocześnie chciało mi się śmiać. Pół metra od naszego auta, które stało niedaleko rzeki, było pełno śladów słonia. Orfant zżarł gałęzie znad samochodu, zostawiając nam część z nich na masce. Później ostrożnie obszedł pojazd, napił się wody z rzeki i odszedł. My nawet nic nie usłyszeliśmy, bo bardzo smacznie nam się spało. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby któreś z nas się obudziło i zapaliło latarkę – przestraszony olbrzym mógłby się zachować różnie. Okazało się, że całe stado słoni przeszło w nocy przez camping. Rano pełno było bowiem powywracanych drzew i połamanych gałęzi.

Pozostaje jeszcze kwestia liczebności. Po kilku dniach w Caprivi widok stada słoni przestał nas napawać zachwytem, a raczej zaczął doskwierać, bo zawsze, gdy spotkaliśmy te zwierzęta, trzeba było na wszelki wypadek przemyśleć drogę ucieczki. Zjedzone tysiące hektarów afrykańskiego lasu towarzyszyły nam non stop, niezależnie od tego, w którą stronę pojechaliśmy. Dodatkowo co jakiś czas widzieliśmy osadę czy wieś, gdzie słonie „włamały się” w poszukiwaniu świeżych liści lub wody.

Słonie są piękne, inteligentne i imponujące. Jednak, jak z każdym gatunkiem, gdy jego populacja staje się zbyt liczna, robi się to problematyczne. Ale, z drugiej strony, to była nasza pierwsza wycieczka w tak głęboką dzicz. Wzięliśmy sobie do serca wszystkie mądre rady doświadczonych znajomych i zwiedzaliśmy z głową. Nic nam się nie stało, a bez słoni byłoby bardzo nudno.

Kuba i Paulina Piaseccy

Czytaj więcej

Wyprawa życia

Ten wyjazd poprzedziły kilkudniowe przygotowania. W przypadku tak dalekiej podróży nie jest to łatwe. Już samo kompletowanie ekwipunku wymaga dokładnego przemyślenia. Tym bardziej że nasz cel stanowiły dalekie zakątki Caprivi (formalnie od 2013 r. obowiązuje nazwa Zambezi, ale w powszechnym użyciu wciąż pozostaje stare określenie) – miejsca nazywane przez niektórych afrykańskim rajem, a przez innych końcem cywilizacji. Najważniejszy w przygotowaniach był samochód – stary land rover, który nie dość, że miał nas bezpiecznie przewieźć przez afrykańską dzicz, to jeszcze przez siedem dni miał być naszym domem.

wyprawa życia

Wyprawę ciężko podsumować. Zaczniemy od liczb: 2945 km, siedem dni mieszkania w defenderze, setki słoni, bawołów i hipopotamów, trzy noce w bezwzględnej i niebezpiecznej dziczy, cztery ucieczki ratujące nas przed stratowaniem oraz tysiące wrażeń i ciekawych przygód.

To, co widzieliśmy i przeżyliśmy w minionym tygodniu, trudno od tak opowiedzieć. Obojgu nam towarzyszy poczucie, że był to nasz najwspanialszy tydzień w życiu. Choć nie brakowało też momentów grozy. W kilku następnych wpisach postaramy się zebrać do kupy co ciekawsze historie i zdjęcia.

Zaczęliśmy spokojnie. Z Kambaku ruszyliśmy na północ, przekroczyliśmy „bramy cywilizacji”, czyli granice regionu Otjozondjupa, i wjechaliśmy do Caprivi. Północna część Namibii jest oddzielona od reszty głównie ze względu na fakt, że występują tu wszelkie możliwe choroby bydła. Choroby chorobami, ale w rzeczywistości granica to strzeżona strefa oddzielająca cywilizowaną część kraju pełną ekskluzywnych domów i samochodów od regionu biedy. Przejazd przez bramy był dla Pauliny dużym szokiem (ja już widziałem to wcześniej). Można się poczuć jak w filmie dokumentalnym z National Geographic: po biednej stronie granicy ludzie żyją bowiem w domkach ulepionych z błota i pokrytych strzechą. Dokoła małych wioseczek pełno jest ostrokołów strzegących mieszkańców i bydło przed drapieżnikami. Żadnych farm ani ogrodzeń. Wszystko otwarte i dzikie.

W okolicy rzeki Okawango zwiedziliśmy miejsca znane mi z mojej wcześniejszej wyprawy. Później ruszyliśmy w głąb Caprivi, przez strefę, w której można polować na bawoły i słonie, w pobliże Kongoli do doliny rzeki Kwando. Tam już skończyła się cywilizacja i bezpieczeństwo. Nad Kwando spędziliśmy trzy dni, ale o tym napiszę oddzielnie.

To tyle na początek.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Afrykańskie żniwa

Wszystko już wyschło dokumentnie. Nadszedł czas na sianokosy. Wzdłuż granicy farmy Kambaku znajduje się ogrodzona strefa nieużytkowana przez antylopy. Rok w rok w czasie afrykańskiej jesieni prowadzi się tu prace rolnicze mające na celu zaopatrzenie stajni w siano.

W tym roku robota na roli spadła na moje barki. Nie ukrywam, że była to dla mnie nowość, ale dzięki temu poznałem swoje farmerskie możliwości. Moja praca została oceniona dobrze, a ja sam uległem permanentnemu „odmóżdżeniu”. Siedząc godzinami w wielkim traktorze, słuchając Johnny’ego Casha i pykając fajkę, rozmyślałem, jak przebiegają polowania na rogacze w Polsce.

Koszenie trawy to tylko jedna z wielu czynności wykonywanych w ramach czyszczenia granicy farmy. Jest to mozolna, ale bardzo ważna praca, szczególnie w batalii z kłusownictwem, które stanowi ogromny problem całej Afryki. Od osób nielegalnie pozyskujących na szeroką skalę cenne rogi nosorożców (od początku tego roku w Etoshy skłusowano w tym celu ok. 45 osobników) aż po lokalnych handlarzy mięsem zastawiających setki wnyków, linek i sideł, gdzie popadnie. Jesień to czas walki z tym procederem. Jeżeli w ogóle można mówić o walce. Prawo namibijskie niezwykle surowo karze kłusowników, dlatego owym niecnym procederem zajmują się tylko „profesjonaliści” – a tych ciężko ująć na gorącym uczynku. Jedną z rzeczy, którą można zrobić, jest regularne patrolowanie farmy, zbieranie sideł i zastawianie zasadzek na kłusowników. Rzadko kiedy w nie wpadają, ale chodzi głównie o to, by przekazać im komunikat: „My wiemy, jesteście na celowniku!”.

Żniwa dobiegły końca, nadszedł czas, by naładować baterie. Ruszamy z Pauliną na długą wycieczkę po Caprivi. Planujemy przejechać wypożyczonym land roverem 2500 km. Gdy wrócimy, to zdamy relację z wyprawy.

Paulina i Kuba

Czytaj więcej