Duże zwierzę – duży kłopot

Niedawno załoga farmy Kambaku w Namibii miała bardzo ciekawą pobudkę. Myśliwi wracający z buszu przecierali oczy ze zdumienia, ponieważ w obwodzie pojawił się… słoń. Okazało się, że stado tych olbrzymich zwierząt ruszyło z Parku Narodowego Etoszy w kierunku stolicy kraju, Windhuk, nie zwracając uwagi na zurbanizowanie tego terenu. W okolicy Otavi stado uległo rozbiciu i jeden ze słoni zabłąkał się właśnie w Kambaku (niewtajemniczonym zdradzę, że nazwa farmy wzięła się od legendarnego starego samca, którego charakteryzowały rekordowe ciosy). Dla odwiedzających gości była to nie lada atrakcja, jednak dla menedżerów farmy – wręcz przeciwnie. Słoń nie zwracał uwagi na przeszkody na drodze i już na samym początku zniszczył ogrodzenie na granicy obwodu, a następnie zdemolował napotkaną infrastrukturę wodną. Na szczęście była to tylko przelotna wizyta. Swoją drogą w wydaniu innych osobników powtarza się to raz na kilka lat. Na jednego ze słoni z wspomnianego stada została wydana zgoda na odstrzał redukcyjny, jednak do dziś nie wiem, czy dotyczyło to tego z Kambaku.

W tym miejscu przypomnę sprawę medialną, która niedawno była szeroko dyskutowana, a dotyczyła sąsiedniego Zimbabwe. Otóż po raz kolejny mieliśmy do czynienia z próbą zatrzymania polowań na słonie w krajach Afryki Południowej przez środowiska pseudoekologiczne. Ta inicjatywa spaliła jednak na panewce, co wręcz ośmieszyło organizacje prozwierzęce, bijące na alarm, że słoń jest gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Od dawna obserwujemy, jak macki ekoterrorystów z Europy i Stanów Zjednoczonych sięgają coraz głębiej. Coraz bardziej mieszają oni w Afryce Południowej, próbują za wszelką cenę ograniczyć gospodarowanie populacjami zwierząt zamieszkujących tamtejsze tereny.

Na próbę powstrzymania komercyjnych odstrzałów słoni pojawiła się stanowcza odpowiedź Zarządu Parków Narodowych i Dzikiej Przyrody Zimbabwe (Zimbabwe Parks and Wildlife Management Authority) oraz ludzi zaangażowanych w gospodarowanie populacjami dzikich zwierząt w tym kraju. Dobitnie pokazano, że system ochrony nie przetrwa bez racjonalnego zarządzania oraz odstrzałów komercyjnych. Od instytucji prozwierzęcych nie ma natomiast żadnych bezpośrednich wpływów, które pozwoliłyby utrzymać choćby pracowników etatowych parków. Mówiąc bez ogródek, samo fotosafari to za mało, żeby zdobyć fundusze na zorganizowaną ochronę i służącą jej infrastrukturę oraz zwalczanie kłusownictwa. Cytowany przez południowoafrykański portal internetowy BusinessLIVE rzecznik Zarządu Parków Narodowych i Dzikiej Przyrody Zimbabwe Tinashe Farawo stawia pytanie, skąd się wezmą środki na wynagrodzenia pracowników terenowych, którzy spędzają w buszu 20 dni w miesiącu na doglądaniu słoni, jeśli polowania komercyjne ustaną. Dodam, że reprezentowana przez niego rządowa organizacja nie otrzymuje z budżetu żadnych funduszy na działania ochronne.

Warto tutaj przytoczyć bardzo obrazowe dane, które pokażą, z jaką skalą problemu mamy do czynienia. Otóż Zimbabwe zamieszkuje druga pod względem wielkości na świecie (po Botswanie) populacja słoni afrykańskich, której liczebność jest szacowana na niespełna 100 tys. osobników. To dość powszechna informacja, ale przed opinią publiczną skrywa się liczbę zgonów wśród ludności spowodowanych bezpośrednio przez ataki słoni. Jak w kwietniu podała agencja prasowa Bloomberg, w całym 2020 r. liczbę przypadków śmiertelnych wśród ludności zamieszkującej Zimbabwe szacowano na blisko 60, natomiast w tym roku już mamy kolejnych 20. Warto zaznaczyć, że ta wartość dotyczy bezpośrednich interakcji ze zwierzętami, a słonie również pośrednio w znaczący sposób wpływają na jakość życia miejscowej ludności. Tratują uprawy rolne, niszczą infrastrukturę drogową, wodną i energetyczną, a konflikt na linii człowiek – słoń każdego roku narasta. Może o tym świadczyć liczba zgłaszanych oficjalnie szkód, których (podaję znów za Bloombergiem) w 2020 r. było ok. 1500, natomiast w pierwszym kwartale 2021 r. jest ich już 1000.

W Zimbabwe zgodnie z ustaleniami konwencji waszyngtońskiej można pozyskać ok. 500 słoni rocznie, jednak przeważnie liczba upolowanych osobników nie przekracza nawet 350. Nie stanowi to istotnego odsetka średniego rocznego przyrostu populacji, szacowanego na 5–7%. A jak ostatnio alarmowała Międzynarodowa Rada Łowiectwa i Ochrony Zwierzyny (CIC) populacja licząca 85 tys. zwierząt to dla Zimbabwe (powierzchnia kraju wynosi prawie 391 tys. km2) o 40 tys. za dużo! Obecnie władze parków narodowych, zwłaszcza okolic Hwange, są bardzo zdeterminowane, by wykorzystać pełnię możliwości, jeśli chodzi o ograniczanie populacji słoni. Nie dość, że nie wstrzymano pozyskania, to jeszcze publicznie podano jasne stawki za odstrzał komercyjny osobników trofealnych – mają się wahać od 10 do 70 tys. dol., zależnie od wielkości ciosów. Przedstawiciele parków oraz miejscowej ludności jako kolejny argument przemawiający za utrzymaniem obecnego systemu wskazują również konieczność zachowania miejsc pracy związanych z poszczególnymi etapami organizacji polowania. Każdy, kto przeżył takie safari, wie, że w jego przygotowanie i przebieg jest zaangażowany sztab ludzi, nie tylko profesjonalny myśliwy towarzyszący dewizowcowi.

To wszystko dobrze wróży mojej rychłej wyprawie do Zimbabwe, która rysuje się w różowych barwach. Z zazdrością można stwierdzić, że w Afryce ciągle panuje zdrowy rozsądek, a prawda jest ważniejsza od chwytliwych haseł i frazesów wykrzykiwanych przez ludzi bez jakiegokolwiek pojęcia o tym, o czym się wypowiadają.

Alternatywą dla obecnego systemu jest to, co spotkało Botswanę – kraj, który zamieszkuje największa populacja słoni afrykańskich. Pod naporem pseudoekologów oraz instytucji ochroniarskich zniesiono tam polowania i zastąpiono je fotosafari, a przy okazji – nieplanowanym kłusownictwem na potężną skalę. Po pięciu latach Botswana znów przeszła na dobrą stronę mocy i próbuje dzięki wpływom z polowań komercyjnych odbudować system gospodarowania populacją na wzór Zimbabwe. Opiera się on na dwóch głównych założeniach – ochronie i racjonalnym użytkowaniu. Nasuwają mi się skojarzenia z żubrami i wilkami w Polsce, ale to temat na inny czas.  

Tegoroczne perspektywy dotyczące polowań w Afryce są na pewno lepsze niż przed rokiem, kiedy komercyjne wyprawy zostały właściwie zatrzymane. Namibia i Zimbabwe wychodzą naprzeciw turystom i od długiego czasu nie zmieniają zasad przekraczania swoich granic. Ciągle obowiązuje konieczność okazania negatywnego wyniku testu PCR na koronawirusa, zrobionego nie później niż 48 godzin przed przyjazdem. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie myśliwi komercyjni dopiszą. Inaczej sprawy się mają w RPA, gdzie sytuacja pandemiczna jest bardziej napięta, a dodatkowo komplikuje ją wystąpienie w tym kraju po raz kolejny nowej mutacji wirusa SARS-CoV-2. Moja wyprawa do Zimbabwe planowana na koniec maja tego roku wydaje się jednak niczym niezagrożona (odpukuję, bo już wiele razy tak myślałem). Właśnie temu niebawem na pewno poświęcę kolejny wpis.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Sytuacja w Afryce w związku z SARS-CoV-2

Pandemia COVID-19 jest fatalna w skutkach dla całego świata. O tym, co się dzieje w Polsce oraz Europie, codziennie słyszymy w mediach. Poniżej krótkie podsumowanie sytuacji w Namibii oraz Zimbabwe.

W Namibii w tym momencie (30 marca, godz. 12.00) jest potwierdzonych 11 przypadków koronawirusa. Wszystkie zostały zawleczone z Europy, południowej Afryki oraz ze Stanów Zjednoczonych. W piątek namibijski rząd podjął decyzję o zatrzymaniu wszystkich aktywności w kraju związanych z jakimkolwiek przemieszczaniem się (podobnie jak u nas transport żywności i artykułów spożywczych zwolniono z tego zakazu). Granice państwa zamknięto kilka dni później niż w Polsce. Namibia, która w 70% żyje z turystyki, teraz zamarła. Wszystkie ośrodki, parki, hotele czy farmy próbują sobie radzić, jak mogą. Ogólnie daje się wyodrębnić dwie drogi działania. Pierwsza to zwalnianie ludzi z minimalną odprawą, a druga – redukcja pensji i godzin pracy przy jednoczesnym zachowaniu ludzi w miejscu zatrudnienia. Jak mówią tubylcy, w najbliższych miesiącach nie ma groźby głodu nawet na biednych terenach, ponieważ pomoc socjalna na tych obszarach jest bardzo dobrze zorganizowana. Musimy pamiętać, że ludność zamieszkująca Damaraland, Owamboland  czy nawet Caprivi nauczyła się radzić sobie w ekstremalnie złych warunkach (zupełnie inaczej niż Europejczycy, aż chce się krzyknąć: i po to te durne przepisy ograniczające swobodę chowu przydomowego?).

W Kambaku obowiązuje pełna kwarantanna, ponieważ przed zamknięciem granic przyjmowało gości z Europy. Nikomu nie wolno z farmy wyjechać ani do niej przyjechać, a za wszelkie dostawy odpowiada wydelegowany koordynator. Sytuacja zrobiła się trudna, bo ze względu na to, że polowania komercyjne stały się całkowicie niemożliwe, Kambaku musi redukować pogłowie zwierząt we własnym zakresie. Co ciekawe, sezon deszczowy w tym roku okazał się wyjątkowo obfity i jeszcze się nie zakończył. Przyrost masy zielonej jest zaskakująco dobry, zatem w normalnych czasach bez wirusa napisałbym, że szykują się wspaniałe łowy, no, ale…

W Namibii każdy zakłada zamknięcie i stopniowe bankructwo wszystkich ośrodków turystycznych – przynajmniej czasowo. W nieco lepszej sytuacji znalazły się farmy myśliwskie, ponieważ te ośrodki działają trochę jak samowystarczalne komórki. Namibia w porównaniu z Zimbabwe, Angolą, Botswaną i RPA ma o tyle dobrze, że zamieszkuje ją niewiele ludzi (bez turystów liczebność szacuje się na 2,7 mln) i w przeciwieństwie do sąsiadów to kraj poukładany, z dobrze wyposażoną służbą zdrowia. Największym wyzwaniem w najbliższych tygodniach będzie brak produktów sprowadzanych z RPA, ponieważ transport stamtąd stanął przez obowiązek 14-dniowej kwarantanny po przekroczeniu granicy.

W Zimbabwe sytuacja wygląda podobnie pod względem rozwoju choroby, choć nie ma jasności co do liczby zarażonych, których oficjalnie jest tylko siedmioro. Zimbabwe również podjęło decyzję o ograniczeniu ruchu wewnętrznego, choć nie zamknęło całkowicie granic równocześnie z resztą krajów i zrobiło to dopiero 30 marca. Dlatego mieszkańcy zakładają, że przypadków jest dużo więcej, niż oficjalnie wiadomo. Warto tutaj powiedzieć, że jak podaje Africanews, w Zimbabwe do 27 marca zrobiono tylko 165 testów (jeden samolot rejsowy mieści ponad 200 pasażerów). W stolicy kraju, Harare, w szpitalach odbywają się również strajki personelu ze względu na brak środków ochrony do walki z wirusem. Tutaj sytuacja społeczeństwa jest znacznie trudniejsza. Łatwo się domyślić, że w ośrodkach turystycznych, które napędzały gospodarkę, zaczęły się masowe zwolnienia. Nastroje panują, mówiąc delikatnie, niespokojne, lokalne społeczności nie funkcjonują tutaj tak dobrze jak w Namibii. Jedyne pocieszenie w tym, że Robert Mugabe przez wiele lat regularnie i bezwzględnie uczył mieszkańców Zimbabwe, jak mają sobie radzić sami, bez pomocy państwa. I Namibię, i Zimbabwe ratują również duże rozproszenie ludności (poza największymi miastami) i to, że pora deszczowa powoli się kończy. Miejmy nadzieję, że gdy wilgotność powietrza spadnie, a temperatura wzrośnie, warunki atmosferyczne ograniczą rozprzestrzenianie się wirusa, ale to tylko pobożne życzenie, na razie niczym niepoparte.

W tych trudnych chwilach życzę czytelnikom bloga dużo zdrowia, cierpliwości i mimo wszystko pozytywnego myślenia na każdy dzień – to jest w tym momencie na wagę złota. Pamiętajmy również, by naszymi myślami i modlitwą otoczyć też drugą półkulę, która – jak widać – pozostaje niesamowicie zależna od tego, co się dzieje w USA i Europie.

Jakub Piasecki, Fot. Kambaku Safari Lodge, Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Koronawirus zmienia plany wylotu na Czarny Ląd

Tworząc ostatni wpis, niejako trzymałem się nadziei, że jednak granice pozostaną otwarte i niebawem wyruszymy do Zimbabwe. Niestety już chwilę po publikacji okazało się, że widmo zamknięcia granic stało się rzeczywistością. Nie mnie oceniać te surowe środki bezpieczeństwa, trzeba się podporządkować i przetrwać, licząc na to, że niedługo wszystko wróci do normy. Jako rozsądni ludzie zostajemy w domu. Nie dlatego, że nie mamy wyjścia, ale dlatego, że bierzemy odpowiedzialność za nasze rodziny i bliskich.

Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z ostatniego polowania na słonie, które udało się zorganizować na obszarze, dokąd mieliśmy się udać, ale właśnie musieliśmy przełożyć datę przylotu. Myśliwi odbyli wspaniałe łowy z dużą dawką emocji. Jak widać, z pozyskanego słonia nic się nie marnuje i łowiecka adrenalina opada w trakcie posiłku w plenerze, składającego się z właśnie strzelonego zwierza – czy można sobie wyobrazić bardziej naturalne afrykańskie łowy? Aż się łezka w oku kręci, że zaplanowaliśmy termin wyjazdu akurat na wybuch epidemii w Europie, ale któż mógł przewidzieć taką sytuację.

Pamiętajmy, że zamknięcie granic dotyczy nie tylko nas i branży turystycznej w Europie. W chętnie odwiedzanych krajach Czarnego Lądu safari jest, jak wiemy, rezerwowane z przynajmniej siedmiomiesięcznym wyprzedzeniem. Każda umowa na wyjazd pociąga za sobą pewne konsekwencje, bo mamy tu naczynia połączone. Organizatorzy czy to polowań, czy to innego rodzaju safari muszą zapełnić grafik w taki sposób, by zapewnić ciągłość zarobków sobie i swoim wspólnikom. Ci z kolei mają za zadanie utrzymać infrastrukturę i zagwarantować pracę obsłudze. Obecna epidemia dotyka Afrykę równie mocno co nas, mimo że koronawirus nie rozwija się tam w takiej skali. Gospodarka światowa stanęła. Stanął również ruch turystyczny, a niestety w ubogich krajach afrykańskich nie ma co liczyć nawet na najmniejszą pomoc państwa. Warto pomyśleć o tych wszystkich ludziach, którzy przez lata starali się maksymalnie dogodzić nam na naszych wyjazdach – oni tak samo jak my stoją teraz w obliczu wyzwania.

Miejmy nadzieję, że sytuacja szybko się unormuje. Osobiście wierzę, że latem bądź jesienią będziemy mogli się przywitać z przyjaciółmi w Zimbabwe.

W tym trudnym czasie wszystkim czytelnikom „Braci Łowieckiej” oraz tego bloga życzę dużo zdrowia, spokoju, a zwłaszcza ludzkiej twarzy w dobie epidemii. Pokażmy, że tworzymy wspólnotę, za którą bierzemy odpowiedzialność.

Jakub Piasecki, fot. arch. Biura Polowań Argali

Czytaj więcej

Już niebawem Zimbabwe!

Czas leci bardzo szybko. Zaraz czeka mnie wylot do Zimbabwe na kolejną wspaniałą przygodę łowiecką. Nadeszła pora na przygotowania. Trzeba zgubić kilka zbędnych kilogramów, a przede wszystkim odpowiednio się nastroić, tak żeby godnie przeżyć kolejne spotkanie z mieszkańcami sawanny. Niejako od mojej pierwszej wizyty na Czarnym Lądzie za każdym razem, kiedy zbliża się moment powrotu do mojego drugiego domu, odruchowo sięgam po swoje biblie z kategorii afrykańskie polowanie i wertuję je po raz kolejny. Zdecydowanie nie należę do moli książkowych, jednak jak już kiedyś wspominałem na tym blogu, są dwie obowiązkowe pozycje dla miłośników safari – „Róg myśliwego” Roberta C. Ruarka oraz dostępna niestety tylko w wersji angielskiej „The White Bushman” (Biały Buszmen) autorstwa Petera Starka. Z tą drugą książką, wydaną w 2011 r. przez Protea Boekhuis, mam szczególne wspomnienia, ponieważ pierwszy raz czytałem ją w Kambaku, w przerwach w łowach na antylopy. Tym razem chciałbym się z wami podzielić jednym z opisów polowania na słonie, w którym uczestniczył Stark na dzisiejszym terytorium Parku Narodowego Etoszy w północnej części Namibii.

Gdy moja ekipa Buszmenów naprawiała ogrodzenie, postanowiłem razem ze Stefanusem podążać tropem słonia (…) jedynie po to, by go przestraszyć. Na tym etapie cierpiałem już na bóle pleców i miałem problem z lewą nogą, więc mogłem chodzić tylko z pewnym trudem.

Stefanus tropił zwierzę, a ja poszedłem za nim z moją starą trzysta trójką. Nie zaszliśmy daleko, bo zobaczyliśmy, że słoń żeruje przed nami w odległości ok. 50 metrów. Wiatr był dla nas niezbyt korzystny, ale chciałem po prostu wypalić w powietrze nad słoniem, by go przestraszyć. Gdy zagrzmiał strzał, zwierzę stanęło dęba i momentalnie uniosło w górę trąbę, by sprawdzić wiatr. Wiedziałem, że to oznacza kłopoty. Kiedy słoń poczuł nasz zapach, lekko opuścił łeb, rozpostarł uszy wysoko nad głową, zatrąbił ze złością i ruszył prosto w naszym kierunku z wysoko podniesioną trąbą. Zrozumiałem, że to zdecydowana szarża, i krzyknąłem do Stefanusa, by uciekał. Wystartował stamtąd jak wichura. Ja za nim najszybciej, jak tylko mogłem ze swoją przetrąconą nogą, czyli w nieco większym tempie niż marszem. Próbując ujść, przeładowałem moje trzysta trzy. Doszedłem do ślepego zaułka przy wyślizganym od kroków zwierząt błotnym basenie. Słoń był tuż. W ostatniej chwili, gdy dzieliło nas około 15 metrów, odwróciłem się i instynktownie oddałem strzał w głowę słonia, tak naprawdę nie celując. Zwierz upadł na ziemię obok mnie z dźwiękiem przypominającym uderzenie pioruna. Leżał nieruchomo, tylko koniec jego trąby poruszał się w górę i w dół. Przez jakiś czas nie mogłem uwierzyć, że jeszcze żyję. Kiedy patrzyłem na słonia, drżąc ze strachu, mimowolnie bełkotałem modlitwy. Stefanus podszedł ostrożnie. Jego twarz przybrała popielaty kolor, gwizdał przez zęby i ciągle potrząsał głową. Potem długo patrzył na mnie z różnymi pytaniami w oczach, jakby nie pojmował, co się stało. Zdałem sobie sprawę, że sam tego nie zrobiłem, tylko pomoc z góry cudownie mnie uratowała w ostatniej chwili. Przyjrzawszy się bliżej, zobaczyłem, że kula w kal. .303 weszła w czaszkę tuż nad lewym okiem i spowodowała błyskawiczną śmierć zwierzęcia… (tłum. Jakub Piasecki).

Oczywiście to klasyczna opowieść doświadczonego profesjonalnego myśliwego z Afryki. Chyba każdy z nich w ostatniej chwili strzelał do szarżującego słonia i po idealnym strzale w łeb kładł zwierza dosłownie u swoich stóp. Trudno powiedzieć, ile z tych sytuacji jest prawdziwych. Jeśli chodzi o Starka, to śmiem twierdzić, że nie fantazjuje (polecam tutaj całą jego książkę i resztę opowiadań, które w Namibii funkcjonują jak legendy).

Na koniec zostawię cię, drogi czytelniku, z dwiema myślami. Wielokrotnie rozmawiałem z myśliwymi, którzy zawodowo podprowadzają w trakcie polowań na słonie, i nigdy, ale to nigdy nie widzieli, jak ktoś położył słonia strzałem w łeb podczas szarży. Ciekawe zatem, skąd tyle takich przypadków w literaturze. Z drugiej strony osobiście doświadczyłem na swoich plecach potu ze strachu przed szarżującym prosto na mnie bawołem. To tylko dowodzi, że polowanie na przedstawicieli afrykańskiej wielkiej piątki bywa nieobliczalne.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Buffalo

„Musimy się przyzwyczaić do tego, że przed najważniejszymi skrzyżowaniami naszego życia nie ma żadnych znaków ostrzegawczych”.

Ernest Hemingway

 

Myśliwy nastawił się już na powrót do obozu z pustymi rękami. Albo raczej z pustą paką terenowego land cruisera. To był wbrew pozorom poranek obfitujący w emocje, choć próżno szukać satysfakcji na młodej brodatej twarzy, przyozdobionej w wymowny grymas. Jeszcze gdy słońce miało kilkadziesiąt minut do wschodu, myśliwi próbowali szczęścia z wielkim stadem bawołów. Najpierw łowcy wyszły na strzał tylko krowy, później po szybkim podchodzie blat wystawił młody byk. Stał idealnie, a krzyż lunety już tańczył na łopatce. Na widok wielkiej bawolej czapy, przypominającej bojowy hełm, myśliwemu z trudem przyszło ustabilizowanie broni, mimo że odgrywało to małą rolę, ponieważ dystans zaledwie kilkunastu metrów był do wzięcia nawet przy tej naturalnej paralaksie. Niestety, nie padła wyczekiwana komenda: „Strzelaj!” – byk, choć piękny i masywny, to ciągle za młody, by rozpatrywać go w łowieckich kategoriach.

Kiedy znowu udało się podejść stado i znowu wprawne afrykańskie oko podprowadzającego nie wyselekcjonowało żadnego osobnika, nasz bohater zdążył się pogodzić z myślą, że jeszcze nie tym razem spełni swoje marzenie. Siedząc zapocony na pace toyoty walczącej w głębokim piachu, sam nie wierzył w to, jakim emocjom się poddaje. Przecież już tyle widział na polowaniach, które trudno nawet zliczyć, więc powinien mieć wykutą jak paciorek zasadę, że nadzieja umiera ostatnia, a łowy są nieprzewidywalne. Mało tego – ile to razy sam stał po drugiej stronie i uspokajał myśliwych, których podprowadzał. Uśmiechnął się do siebie w duchu na myśl o emocjach, którym ulega, a które sam zwalcza u polujących kolegów.

– Spróbujemy jeszcze w jednym miejscu – padła komenda afrykańskiego przyjaciela.

Przy wodopoju znajdowały się wczorajsze tropy stada. Drużyna sprawdziła szczególnie atrakcyjne dla bawołów miejsca, jednak w żadnym z nich nie było wypatrywanych czarnych sylwetek afrykańskich agresorów. Charakterystyczne wzruszenie ramionami trackera dało sygnał całej załodze do odwrotu.

Właściwie tu historia powinna się zakończyć, a łowcy – wrócić do obozu i przy kawie wspominać emocje poranka. Jednak wręcz nadludzkie oczy przysypiającego na pace terenówki trackera zmieniły bieg tego dnia. Raptownie zatrzymał samochód wyraźnie pobudzony i machnął ręką w kierunku zimbabwejskiej dżungli. To, co on zobaczył gołym okiem, myśliwi ledwo dojrzeli w lornetkach. Jakieś 400 m od drogi między gałęziami słońce oświetlało wielkie bawole rogi. Z ułożenia łba przewodnik wywnioskował, że zwierz leży, z kolei urożenie było tak okazałe, że nawet Europejczycy nie musieli pytać, czy to byk czy krowa. Skończyły się żarty i śmiech na cruiserze. Podprowadzający w mgnieniu oka przeszedł metamorfozę. Żadnych słów, tylko wymowna komunikacja wyraźnymi gestami. Nagle się okazało, że kolorowa zbieranina różnych ludzi to doskonała machina myśliwska, w której każdy pracuje niczym przesmarowany tryb. Nie minęła chwila, a ucichł odgłos ładowanej broni i myśliwi ruszyli gęsiego ku przeznaczeniu. Z przodu tracker, za nim podprowadzający, później kolejno nasz bohater, jego kompan i obstawa tyłów. Jednak na polowaniu nigdy nie jest do końca tak, jak sobie zaplanuje łowca. Między pretendentem do strzału a leżącym starym bykiem zgromadziła się reszta stada. Na domiar złego stojące do tej pory powietrze zaczęły nawiedzać podmuchy wiatru zza pleców myśliwskiej drużyny. Po trzecim tragicznym podmuchu znajdujące się z przodu krowy zawróciły całe stado. Podprowadzający od razu odkręcił się do myśliwego i uspokoił go gestem, zapewniając o dalszej próbie podchodu. Jakby przeczuwał, co za dramat rozgrywał się w młodym, choć już bogato doświadczonym łowiecko Europejczyku.

Po 15 minutach znowu ruszyli krok za krokiem, opanowani i pełni spokoju. Nagle tracker padł błyskawicznie na ziemię, a za nim, nie pytając, reszta drużyny. 30 m przed nimi za krzakami ukazała się krępa sylwetka czarnego zwierza czujnie patrolująca okolicę. Myśliwi podczołgali się w cień akacji, gdzie każdy przyjął dogodną pozycję, by wtopić się w tło gałęzi masywnego drzewa. Minuta leciała za minutą, a w afrykańskim skwarze muchy mopani testowały silną wolę białych myśliwych. Nasz bohater zastygł w pozycji klęczącej oparty o swój winchester. Można by napisać oddzielne opowiadanie o tym, co się działo w jego głowie. Czy to już? Czy to właśnie ta chwila, na którą czekał całe życie? Czy za moment wydarzy się coś, o czym marzył, odkąd pierwszy raz postawił stopę na Czarnym Lądzie? Pozycja klęcząca chyba była dla niego nieprzypadkowa, ale o tym wie tylko on sam.

W końcu buffalo odwrócił się do reszty stada i zaczął żerować. Podprowadzający spojrzał na myśliwego i szepnął:

– To teraz. Próbujemy, ale powoli i przy samej ziemi.

Myśliwy przytaknął skinieniem, a jego organizm jakby dostał komendę: „Sezamie, otwórz się”. Nagle cała wielka postać wypełniona adrenaliną zaczęła się przeczołgiwać pod gałęziami, jakby ważyła o 40 kg mniej. Żadna, nawet najdrobniejsza gałąź nie zepsuła tego trudnego podchodu. Podprowadzający zatrzymał się i delikatnie rozstawił podpórkę do strzału z pozycji klęczącej. Myśliwy między gałęziami widział tylko czarną plamę.

– To łopatka, strzelaj! – szepnął mu do ucha podprowadzający.

– Nie jestem pewien – odparł nasz myśliwy. Broń leżała na pastorale, zwierzę znajdowało się maksymalnie 15 m od lufy, jednak prawie całkiem ukryte za gałęziami.

Po chwili bawół napina mięśnie, a przed łowcą malują się charakterystyczne zagięcia umięśnionej łopatki. Byk odwraca łeb, pozwalając słońcu oświetlić swoje potężne urożenie. Tyle było trzeba naszemu bohaterowi. Nagle zauważył wszystko, co tłumaczył mu podprowadzający. – Strzelam – mruknął. Czy wiedział, że za moment zobaczy coś, co na zawsze zmieni jego łowieckie życie? Chyba zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że stoi na rozdrożu i właśnie wybrał kierunek ekstremum. W lunecie nastawionej na 1x widzi lufę i krzyż, który po raz kolejny tańczy na wielkiej łopatce. Nabiera powietrza i mocno przytula broń do siebie. W lunecie widać dym wystrzału, słychać walnięcie pocisku 458 Win. Mag. Z grzbietu czarnego zwierza unosi się kurz. Słychać agresywny ryk, bawół napina mięśnie i obniża łeb, szykując się do szarży. Nasz bohater jest jakby zaczarowany tym, co ukazuje się jego oczom, i całym sobą chłonie to zdarzenie. Na nic krzyki: „Przeładuj! Przeładuj!”. Miał już wiele takich sytuacji, w których dostrzeliwał szarżującego oryksa czy gnu, jednak to coś innego – spotkanie z najpiękniejszą i najniebezpieczniejszą formą polowania, która zahipnotyzowała go na wskroś. Bawół wyskakuje i wali na myśliwego. Ten już wie, że nie zdąży przeładować. Z prawej strony słyszy strzał – zwierz nie reaguje. Podprowadzający chwyta swój ekspres, staje, jakby zasłaniając myśliwego, i posyła szarżującemu zwierzęciu pocisk nitro. Byk nie kładzie się po strzale, jednak odbija ze swojej trasy. Cała drużyna przywiera mocno do podłoża, patrząc, jak reszta byków ze stada otacza śmiertelnie rannego towarzysza. Wszyscy czekają… Żaden nawet nie drgnie… W końcu wielkie cielsko przewala się na czerwoną afrykańską ziemię, a stado odchodzi na dobre.

Myśliwemu trudno dojść do siebie. Chyba już nigdy nie wróci do wcześniejszego stanu. Polowanie na bawołu zmieniło go na zawsze, na nowo określiło jego łowieckie poglądy i cel dalszych podróży. „Chyba tak się poczuł Kolumb, kiedy odkrył Amerykę”, pomyślał. A z brodatej twarzy zniknął wymowny grymas…

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej

Afrykańska wielka piątka

Nie ukrywam, że gdy byłem w Zimbabwe, bardzo interesowały mnie polowania nie tylko na bawołu, lecz także na wszystkie pozostałe gatunki wchodzące w skład mistycznej afrykańskiej wielkiej piątki. Dzięki współpracy z praktykami tych łowów zrewidowałem swoje poglądy na ten temat. Nie ukrywam, że słowa miejscowego człowieka od 29 lat zajmującego się polowaniami na wielką piątkę znaczą dla mnie więcej niż teorie wysnuwane przez myśliwych, którzy zaledwie liznęli to zagadnienie. Dlatego – żeby była jasność – poniższe informacje są wynikiem zderzenia mojej dotychczasowej wiedzy z wiedzą praktyka. Dla części osób może to nic zaskakującego, ale ja w wielu kwestiach zmieniłem zdanie.

Określenie „afrykańska wielka piątka” powstało, by na swój sposób wyróżnić potęgi afrykańskiego buszu spośród reszty zwierząt. Pierwotnym kryterium tego zaklasyfikowania było olbrzymie niebezpieczeństwo związane z polowaniem na te gatunki, nie zaś rozmiary wyrażone w kilogramach. Wielka piątka początkowo oznaczała coś w stylu: „Gatunki szczególne niebezpieczne – polowanie grozi utratą życia”. Te zwierzęta budziły respekt i strach wśród miejscowych, a polująca brać czuła zew krwi i chęć podjęcia dotąd niesłychanego łowieckiego wyzwania. Jednak w Afryce żyją gatunki, które są niebezpieczne, ale nie znalazły miejsca w tym szeregu, np. krokodyl (te w Afryce niemal regularnie pożerają ludzi), hipopotam (obok słonia powoduje chyba najwięcej ofiar w ludziach) czy hiena cętkowana (zdarzają się ich ataki na ludzi). Pozostaje postawić pytanie, dlaczego akurat lew, lampart, nosorożec, słoń i bawół. Dlaczego nie ma wielkiej siódemki albo wielkiej czwórki? Trudno na to odpowiedzieć, tak samo jak trudno wskazać myśliwego, który użył tego sformułowania jako pierwszy. Co jednak można z pewnością, to przedstawić zwierzęta wchodzące w skład tego najsłynniejszego na świecie przyrodniczego zaszeregowania i opowiedzieć o nich z perspektywy mieszkańców Zimbabwe. Myślę, że odpowiedź, dlaczego ten gatunek, a nie inny, nasunie się sama.

Na początek garść kontrowersji. Okazuje się, że nikt w Zimbabwe w okolicy Parku Narodowego Hwange nie wiedział o istnieniu ponoć najbardziej znanego na Ziemi lwa Cecila, dopóki nie dosięgła go kula pewnego Amerykanina. Hipokryzja ekologicznych środowisk w tym wypadku może być tematem na książkę. Myśliwy musiał zmienić wizerunek i pracę oraz wynająć ochronę dla dzieci, którym grożono śmiercią. Podprowadzający omal nie stracił pracy, a okazuje się, że w tej historii nikt nie złamał prawa! Sprawa odbiła się głośnym echem na całym świecie, a sprzedaż polowań komercyjnych w Zimbabwe powędrowała wykładniczo w dół na korzyść sąsiednich krajów oferujących takie same łowy w innej formie (o czym później). Co więcej, lwy takich rozmiarów nie są rzadkością na tym terenie. Co roku strzela się ich sporo i jakoś dziwnym trafem tylko jeden dostał imię i wywołał medialny skandal… Resztę przemilczę, podtekst odczytajcie sami.

Lwy stanowią ciągle zagrożenie dla miejscowych. Strach budzi nie tyle wielkość tego kota i to, że bez problemu rozrywa ciało człowieka, ile bardziej sprawa jego niebywałej odwagi. Lwy są pewnymi siebie drapieżcami, nie boją się niczego ani nikogo i właściwie nie mają naturalnych wrogów. Tą pewność siebie miejscowi nazywają wręcz butą. Z opowieści wynika, że te koty potrafią być bardzo natrętne, trudno je przepłoszyć, a na podejmowane próby reagują agresją. Te prawdziwie królewskie nawyki sprawiają jednak, że z całej wielkiej piątki to zwierzę najprościej upolować. Lwy pojawiają się momentalnie przy padlinie, przy której przesiadują całymi dniami. Co więcej, bronią swojej zdobyczy, więc nietrudno podejść do nich na kilka kroków. Trzeba jednak zachować żelazne nerwy, bo mrożący krew w żyłach ryk zmiękcza nogi każdemu. Na szczęście ranny kot jest równie głośny. Nie trzeba wszczynać poszukiwań, bo to on szuka myśliwego. Tak więc łowy na lwa to kwestia opanowania i zimnej krwi.

Niestety, w części afrykańskich łowisk spotkamy się z istnym wypaczeniem polowania. Tam lwy się po prostu hoduje na farmach. Podawane są im odżywki do włosów i hormony, dzięki czemu rosną wielkie i mają grzywy jak Simba (czyli główny bohater animowanej produkcji Disneya pt. „Król lew” – chyba jedyny lew słynniejszy od Cecila :P). Dostają mięso ze środkami uspokajającymi i w takim nienaturalnym stanie zostają wystawiane myśliwym do strzału. W moim mniemaniu myśliwi polujący na słynną afrykańską wielką piątkę bez żadnego retuszu dzielą się tylko na dwie grupy – na tych, którzy chcą po prostu odhaczyć gatunek, oraz tych, którzy naczytali się literatury i pragną przeżyć przygodę, ugiąć nogi przed potęgą przyrody. Ostatnia ciekawostka na temat lwa – wielkie, piękne, grzywiaste samce naturalnie występują na granicy Botswany i Zimbabwe, ponieważ tam busz bardziej przypomina las liściasty strefy umiarkowanej. Z kolei lwy namibijskie przez obecność ciernistego, gęstego buszu nie wykształcają bujnych grzyw, co jest naturalnie podyktowane warunkami przyrodniczymi.

Lampart to zdecydowane przeciwieństwo lwa – cichy, przyczajony, opanowany, przebiegły i skuteczny. Wzrok lamparta przeszywa na wylot i nie wyraża żadnych emocji. O przebiegłości i inteligencji tego kota pisałem już wiele na blogu – zachęcam do powrotu do wpisów o ongue. To jedyne zwierzę z wielkiej piątki, które bardzo powszechnie występuje we wszystkich krajach Afryki Południowej, ale gdy poddamy analizie efektywność polowania, okaże się, że to jedne z trudniejszych łowów. Najgorzej wypadają pod tym względem polowania w Namibii, głównie ze względu na bardzo rygorystyczne prawo zakazujące używania światła i polowania w nocy. Powiem szczerze, że takie reguły w zasadzie pozbawiają szansy pozyskania starego, dużego kota, który w 90% przypadków przychodzi do padliny w nocy. Jeśli chodzi o Zimbabwe, to można tam polować przy użyciu światła, a nawet z psami. Bez względu na to, jak polujemy na lamparta, zawsze oznacza to śmiertelnie niebezpieczne przedsięwzięcie, zwłaszcza gdy oddamy mało precyzyjny strzał. Wówczas to my stajemy się zwierzyną, a lampart – myśliwym. Różnica tylko w tym, że nasz grzmiący kij jest niczym w porównaniu ze zmysłami tego kota. Tak więc nie ma myśliwego, który podprowadzając do ongue, choć raz nie spojrzał śmierci w oczy bądź nie dostał ozdoby w postaci szerokiej blizny po pazurach. Do tego polowania trzeba się przygotować przede wszystkim pod kątem strzeleckim.

O nosorożcu krótko, ponieważ ze względu na podyktowany kłusownictwem regres populacji ten gatunek właściwie wypadł z rynku polowań. Ktoś może zarzucić mi nieprawdę, ponieważ bez trudu znajdziemy oferty polowań na nosorożce w RPA. Tkwi w tym mały haczyk – pierwotnie w wielkiej piątce znajdował się nosorożec czarny, który trafił na listę przez swoją niepohamowaną agresję. Dziś polowania odbywają się już właściwie tylko na nosorożca białego, który jest łagodny i bardzo spokojny, a dzięki temu prosty w hodowli i – jak się możemy domyślić – oferty myśliwskie dotyczą tylko farm. Ostatniego nosorożca czarnego dwa lata temu Namibia wystawiła na aukcję za 2 mln dolarów. Amerykanin, który szczęśliwie wylicytował zwierzę, najprawdopodobniej zostanie ostatnim myśliwym, któremu udało się pozyskać oryginalną afrykańską wielką piątkę.

O słoniu przygotowałem poprzedni wpis. Natomiast bawół to dla mnie wyjątkowa sprawa. Być może dlatego, że na razie z całej piątki to z nim jestem związany najbardziej. Tak więc do bawołu wrócimy już niedługo w oddzielnym wpisie.

Kiedy pierwszy raz leciałem do Afryki, określenie „wielka piątka” kojarzyło mi się ze snobizmem i jakimś odległym pułapem, którego nigdy nie sięgnę. Życie bywa jednak przewrotne i zaskakujące. Teraz te pięć gatunków stanowi dla mnie synonim potęgi afrykańskiej przyrody, niesamowitego i zarazem strasznego piękna. Na Afrykę i polowanie na tym kontynencie nie można patrzeć jedynie przez pryzmat tych kilku gatunków, jednak symbolizują one ryzykowne, niebezpieczne wyzwanie, które na zawsze zmienia myśliwskie życie. Nie trzeba być kolekcjonerem trofeów, wystarczy stanąć oko w oko z jednym z tych niebezpiecznych zwierząt, by uzależnić się od wyzwalanych przez nie emocji.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Słoń – złożony temat…

Wróciliśmy z Zimbabwe. Tradycyjnie zaczynając od pogody – temperatura spadła o jakieś 40 stopni. Przygód i emocji co niemiara, bo tak jak podejrzewałem, było to do tej pory moje największe i najwspanialsze przedsięwzięcie łowieckie. Tak naprawdę bardzo trudno zacząć, bo nie wiadomo, od czego, mnóstwo emocji naraz chce się wydostać na zewnątrz. Serce wciąż wali w piersiach, a gdy zamknę oczy, widzę kurz unoszący się z bawołu po strzale – ale o tym kiedy indziej. Żeby przekazać maksymalnie dużo, postaram się dodać kilka wpisów utrzymanych w konkretnej tematyce. Na pierwszy ogień idą słonie, tak jak obiecałem, gdy jeszcze byłem w dżungli.

Na blogu temat tego gatunku już się pojawił. Pisałem o słoniach w Caprivi, o tym, w jak złożonych socjalnie grupach żyją, jakie są inteligentne i że to jedno ze zwierząt, na które nie potrafiłbym zapolować. Wyjazd do Zimbabwe nieco zmienił mój światopogląd i pozwolił spojrzeć na ten problem z perspektywy nie człowieka odwiedzającego Czarny Ląd, ale raczej mieszkańca tych dzikich terenów. Liczebność słoni w krajach Afryki Południowej to bardzo kontrowersyjne zagadnienie. Rzecz w tym, że dane z inwentaryzacji populacji słoni można interpretować zupełnie inaczej w zależności od tego, kto nam je przedstawi. Organizacje ekologiczne biją na alarm, że liczebność tych zwierząt na przestrzeni lat znacznie spadła. Choć trudno to rzetelnie sprawdzić, to uważam, że mają rację… aczkolwiek jest tu mały haczyk. Być może liczebność słoni w skali kontynentu spadła, ale zagęszczenie populacji tego gatunku na części terenów wzrosło kilkukrotnie! Słoń, jak już kiedyś pisałem, ma naturalny „szwędacz”, który każe mu wędrować za wodą i pożywieniem. Nieunikniony rozwój infrastruktury drogowej i miast krajów południowej Afryki sprawił, że słonie, zamiast migrować, kumulują się liczebnie w miejscach, gdzie mają spokój, dostatek żeru i źródło wody. Te warunki spełniają głównie wielkoobszarowe, zwarte fragmenty parków narodowych i ich obrzeża. Na klasycznym obszarze tego typu byliśmy w Zimbabwe.

Jak można się domyślać, tam, gdzie słoni występuje tyle, ile u nas dzików, o nietrudno problematyczne interakcje. Najmniejsze są kłopoty komunikacyjne, choć czasem kończą się tragicznie. Większemu zawsze trzeba ustąpić na leśnym dukcie. Jeśli zrobi się to nie w porę, to można poczuć potęgę rozpędzonego do 50 km/h, kilkutonowego olbrzyma, który wściekły taranuje wszystko, co napotka. Mam wrażenie, że obraz słonia, jaki buduje się w nas od dziecka, to ospały słonik wesoło machający trąbą. W rzeczywistości jest to niebezpieczne, potężne zwierzę, które nie lubi, gdy coś staje mu na drodze. Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy, kiedy stado kilkudziesięciu słoni, w którym są młode samce pełne agresji, nawiedzi obszar, gdzie miejscowi próbują coś uprawiać. Wyobraźmy sobie jakieś przydomowe ogródki czy większe uprawy, na które zawita jeden słoń… A teraz 65 słoni, które wędrują przez wioskę w poszukiwaniu pożywienia. My widzieliśmy podczas polowania, jak wygląda las po przejściu takiego stada, i mocno podziałało to na moją wyobraźnię.

Po powrocie do Polski nie opuszcza mnie myśl, że miejscowi ludzie, choć pogodni i gotowi uchylić nam nieba, jednak cierpią z naszego powodu. Bo to my ciągle wpychamy tam swoje europejskie teorie, nieustanie czegoś im zabraniając i mówiąc, że tak będzie lepiej. Uwierzcie mi, chciałbym zobaczyć ekologa, który ogłasza tubylcowi w okolicy Hwange, że od dzisiaj obowiązuje zakaz polowania na słonie. Myślę, że szpadel – albo w afrykańskich warunkach knopkierie – poleciałby w jego kierunku szybciej niż z rąk naszego rolnika, gdyby usłyszał, że dziki są od teraz pod ochroną i za szkody nikt mu nie zapłaci.

Jest jeszcze jedna sprawa, której nam obecnie wygodnie unikać – mięso. Z każdego polowania na obszarze koncesyjnym (niczym nieograniczonym obwodzie łowieckim) całe mięso z pozyskanej antylopy, bawołu czy słonia zostaje dla lokalnej społeczności. Myśliwi mają prawo do jednej polędwicy oraz połowy wątróbki i trzeba bezwzględnie przestrzegać tej zasady. (Swoją drogą o zasadach polowania na obszarze koncesyjnym przygotuję oddzielny wpis).

Tak więc przegęszczenie słoni zostaje zrekompensowane miejscowej ludności pysznym, dzikim i zdrowym mięsem. Ktoś powie – to niedopuszczalne, to barbarzyństwo, a dla mnie to kwintesencja myśliwskiej idei, która przetrwała w jeszcze dzikiej Afryce. Myśliwy tam jest cenioną personą, kojarzy się z odwagą, pasją i mięsem, w które zaopatruje społeczeństwo. Aż trudno mi opisać, jakie to wspaniałe uczucie, kiedy w trakcie jazdy na polowanie ludzie spotkani po drodze robią wszystko, by ci pomóc i okazać swój szacunek. Na tym wyjeździe po raz kolejny poczułem, że znalazłem się w odpowiednim miejscu ze swoją łowiecką pasją.

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej