Nigdy nie uciekaj przed słoniem!

Kilka dni temu wróciliśmy z kolejnej udanej wyprawy myśliwskiej do Zimbabwe. Tym razem podróż obyła się bez niespodzianek, wszystkie samoloty startowały i lądowały o czasie. Zauważyliśmy również, że świat przyzwyczaił się do procedur związanych z COVID-19, dzięki czemu poszczególne przesiadki przebiegły bardzo sprawnie. Na lotniskach stanowiących główne węzły komunikacyjne zaczęło tętnić życie. Widać też gołym okiem, że podróżuje znacznie więcej ludzi niż jeszcze kilka miesięcy temu.

W Zimbabwe spotkało nas wiele przygód, którym poświęcę najbliższych kilka wpisów na blogu. Na początek chciałbym opatrzyć komentarzem film ilustrujący bliskie spotkanie ze słoniem, który pojawił się na moim prywatnym profilu na Facebooku. Otóż to moje selfie nie było przejawem ryzykanctwa czy brawury, jak wielu mogłoby pomyśleć. Po prostu skorzystałem z chwili, kiedy i tak nie mogłem się ruszyć. Ale po kolei.

Podchód słoni to wbrew pozorom skomplikowana sprawa. Przede wszystkim trzeba mieć sporą wiedzę o behawiorze tych potężnych ssaków. Przy dobrym wietrze problemu nie stanowi podejście na bliską odległość. Wyzwaniem jest natomiast zachowywanie się przy słoniu w sposób, który go nie sprowokuje. Słonie mają bardzo słaby wzrok, rekompensowany świetnym słuchem i doskonałym zmysłem powonienia. Od razu dodam, że o wiele bardziej komfortowo jest podczas celowego podchodu słoni, ponieważ wtedy zawsze idziemy pod wiatr i kontrolujemy sytuację, gdyż widzimy zachowanie osobnika, do którego się zbliżamy. Pamiętajmy jednak, że słonie, dopóki nie zatrzymają się na żer, poruszają się szybko i, wbrew pozorom, niemal bezszelestnie. W związku z tym bardzo często pojawiają się znikąd. A wówczas niewiele można już zrobić. Pozostaje się odnaleźć w tej sytuacji.

Jak więc się zachować, gdy w trakcie wędrówki przez busz nagle zobaczymy cztery tony zmierzające prosto w naszą stronę? Przede wszystkim nie wolno wykonać w panice żadnego gwałtownego ruchu i choć może się to wydawać nierealne, to trzeba zachować spokój. Słoń i tak czuje naszą obecność, ale dopóki nie naruszymy jego – nazwijmy to – strefy bezpieczeństwa, rzadko kiedy zaatakuje. W bezpośrednim kontakcie z tym zwierzęciem instynkt wspierany wydzielaniem adrenaliny podpowiada nam ucieczkę, jednak to najgorsza możliwa opcja. Raptowny ruch, bieg czy szelest w bezpośredniej bliskości słonia wzbudza w nim agresję. A jak już nieraz pisałem na tym blogu, to zwierzę rozpędza się do 50 km/h bez względu na drzewa i przeszkody terenowe. Dlatego ucieczka zupełnie mija się z celem. Znacznie większe szanse na brak konfrontacji trzeciego stopnia daje zachowanie spokoju. Najniebezpieczniejsza sytuacja to taka, kiedy podchodzimy słonie grupą, a w bezpośrednim sąsiedztwie zwierząt któryś z uczestników podchodu zmięknie i weźmie nogi za pas. Wówczas ci, którzy są najbliżej stada, między słoniem a denerwującym go uciekinierem, znajdą się w wielkim niebezpieczeństwie.

Po tym, co napisałem, można by pomyśleć, że podchód słoni to za duże ryzyko. Gdy robi to laik, rzeczywiście jest niebezpiecznie. Jednak pod okiem doświadczonego przewodnika myśliwemu nic nie grozi, dopóki słucha poleceń i je wykonuje.

Jak się okazuje, podprowadzający w chwilach zagrożenia przy podchodzie słoni stosują też kilka trików. Pierwszy i według mnie najskuteczniejszy to generowanie krótkich, szybkich metalicznych dźwięków, bardzo nielubianych przez słonie. Taki odgłos wydaje np. uderzanie łuskami o siebie albo łuską o lufę sztucera. Słoń, który zabiera się do szarży i zaczyna straszyć, czyli podbiega, a następnie zatrzymuje się gwałtownie, by zaprezentować ciosy, na ten metaliczny dźwięk potrafi odpuścić i niezwłocznie oddalić się w busz.

Kolejny sposób to krzyk, tak jakby się było naganiaczem podczas polowania zbiorowego. Jednak znów trzeba wiedzieć, kiedy i jak krzyknąć, żeby przypadkiem jeszcze bardziej nie rozwścieczyć zwierza. Byłem też świadkiem, jak podprowadzający znienacka rzucił w słonia małym kamieniem, co wystarczyło, żeby zwierzę momentalnie poczuło się zdezorientowane i się odsunęło. W ostateczności, jeżeli nie ma innego wyjścia, podprowadzający może zawsze oddać strzał bezpieczeństwa. Najważniejsze jednak, że żaden ze znanych mi trików nigdy nie jest stosowany przez osobę inną niż tropiciel bądź podprowadzający.

Każda sytuacja jest bardzo indywidualna i zależy od zachowania zwierząt, wielkości stada czy stopnia zagrożenia. Trzeba też pamiętać, że słonie to długowieczne zwierzęta, które różnią się charakterami i wyłącznie doświadczony człowiek może przewidywać, czego należy się spodziewać po danym osobniku. Dlatego nieobyty w afrykańskich łowach myśliwy z Europy powinien tylko zachować spokój i zaufać swojemu podprowadzającemu.

Podobnie jest podczas przemieszczania się samochodem. Czasem przez przypadek zdarza się wręcz najechać na wędrujące słonie. W trakcie ostatniej wyprawy przydarzyło się nam to wielokrotnie. Za każdym razem nasz podprowadzający gasił silnik i tak bez hałasu czekaliśmy, aż stado przejdzie obok nas. Niekiedy samochód był dla słoni na tyle interesujący, że podchodziły bardzo blisko. Często nas przy tym straszyły, udając szarżę, jednak spokój i opanowanie ani razu nas nie zawiodły. Co więcej, dzięki temu mamy wiele nagrań słoni z naprawdę bliska. Muszę powiedzieć, że widok słonia na wyciągnięcie ręki, i to stojącego w pozycji bojowej, czyli wypiętego na przednich nogach, z wysoko uniesionymi ciosami i nastawionymi bojowo słuchami, jest dosłownie strasznie piękny. Taki obraz budzi lęk, ale zarazem respekt. I to właśnie szacunek do słoni będzie tematem kolejnego wpisu.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Rykowisko za pasem!

Warto w kilku słowach podsumować sezon tegorocznych polowań podczas rui saren. Mówiąc krótko: była dziwna. Przede wszystkim dlatego, że w wielu rejonach kraju żniwa przyszły później niż zazwyczaj ze względu na warunki pogodowe. Na przełomie lipca i sierpnia zboża niejednokrotnie jeszcze stały i nawet jeżeli sarny były aktywne, to poza zasięgiem wzroku. Jednak mimo wszystko udało się pozyskać sporo naprawdę ciekawych rogaczy, co tylko potwierdza niedawne spostrzeżenia o tym, że ogólnie w skali kraju jakość parostków nieustannie rośnie. Mam również wrażenie, że coraz więcej obwodów zaczyna szanować sarny, jeśli chodzi zarówno o plany odstrzału, jak i o zasady selekcji. Do wielu myśliwych w końcu dotarło, że znacznie lepiej sprzedać komercyjnie jednego starego rogacza, niż czyścić młodzież jak popadnie. Uważam te zmiany, które obserwuję osobiście, za bardzo pozytywne. Zwłaszcza że sarny wbrew pozorom nie mają teraz łatwo. Rozbudowa sieci drogowej przełożyła się na liczbę wypadków i kolizji z udziałem tych zwierząt. Do tego na sile przybiera wpływ gatunków będących tabu – wilka i rysia.

Wróćmy jednak do polowania. Podsumowując mijający sezon na rogacze, chciałbym zwrócić uwagę na ciekawą kwestię. Otóż w tym i ubiegłym roku pandemia niejako zmusiła nas do wykonywania polowania nie tylko wtedy, kiedy chcemy, lecz także wtedy, kiedy po prostu się da. Okazuje się, że niedocenianą, choć bardzo ciekawą formą polowania na rogacze są łowy czerwcowe. Oczywiście zaraz wielu powie, że to bez sensu, bo kozły już nie znaczą terytoriów i nie wykazują takiej aktywności jak na początku sezonu, a poza tym obfita wegetacja uniemożliwia zdobycie trofeum. To wszystko po części prawda, czerwiec to trudny miesiąc dla myśliwego. Wyrośnięte zboża i trawy znacznie ograniczają widoczność, natomiast aktywność saren często przejawia się jedynie w krótkich wyjściach na otwarty teren. Jednak trudny nie oznacza niemożliwy. Jeżeli mamy zlokalizowanego rogacza, to kwestią cierpliwości i wytrwałości jest spotkanie z nim. W nagrodę pozyskujemy osobnika o najładniejszym wyglądzie parostków w całym sezonie. Największy atut trofeum pozyskanego w czerwcu stanowi już pełne jego wybarwienie. Końcówki parostków i perły są wyświechtane, ale jeszcze nieposzczerbione i niepołamane, co się często zdarza w okresie rujowych walk rogaczy. Zachęcam więc, by nie ograniczać łowów na kozły jedynie do maja i później polowania w ruję. Jeżeli mamy odstrzał i chęci, to warto wykorzystać czas między tymi okresami na znalezienie ciekawego osobnika.

Można żartobliwie stwierdzić, że dla bardzo dużej części polującej braci sezon myśliwski dzieli się na dwa zasadnicze momenty: rykowisko oraz czas między kolejnymi jelenimi godami. Ruja saren wypada blado przy atrakcjach wrześniowej kniei. Znam wielu – zresztą sam się do nich się zaliczam – którzy cały sezon łowiecki próbują wypełnić pustkę w oczekiwaniu na następne rykowisko. Gdy już się rozpocznie ten największy spektakl naszej przyrody, rodziny widzą ojców, mężów, dziadków (a niekiedy zapewne matki, żony czy babcie) bardzo krótko w ciągu doby. My, myśliwi, zaś niemal jak te byki jeleni śpimy mało i nie dojadamy, bo spędzamy czas w łowisku. Ten okres ogromnych emocji już za pasem. Niebawem ryk byków zacznie spędzać nam sen z powiek. W wielu miejscach już się niesie po kniei, a emocje sięgają zenitu. Jeszcze chwila, jeszcze kilka dni i choć na trochę wszelkie spory toczone w naszym zrzeszeniu zejdą na dalszy plan. Lada chwila wszyscy z tej czy innej opcji ruszą do łowisk, aby polować, nagrywać, fotografować, wabić, słowem: w jakikolwiek sposób uczestniczyć w rykowisku.

W związku ze zbliżającym się tym szczególnym czasem życzę udanego rykowiska zarówno myśliwym, jak i miłośnikom przyrody polującym z obiektywem aparatu czy tylko upajającym się dźwiękami jesiennej kniei. Niech wszystkie konflikty zejdą teraz na dalszy plan, a rykowiskowa gorączka wiąże się dla nas wyłącznie z pozytywnymi emocjami. Nie dajmy się ponieść zazdrości i cieszmy się z cudzych sukcesów. Życzę, by dla polujących przygoda w postaci polowania w rykowisko była ważniejsza od wagi zdobytego trofeum, a dla fotografujących każde ujęcie było ostre i dobrze doświetlone!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Zaraz rykowisko

Czytaj więcej

Europa znowu próbuje mieszać w Afryce

Czytaj więcej

Europa znowu próbuje mieszać w Afryce

Zaczyna się kolejna batalia o polowania na słonie w Afryce. Poprzednia, zaledwie sprzed kilku miesięcy, zakończyła się zdecydowanym buntem parków narodowych w Zimbabwe. Zwrócono wówczas uwagę, że bez polowań nie ma pieniędzy na ochronę gatunku. W rezultacie sytuacja odwróciła się o 180 stopni i ustalono jasne zasady polowań komercyjnych na słonie, dzięki czemu odstrzałów trofealnych pojawiło się na rynku więcej. Wiadomo było jednak, że wpływowa grupa ludzi składająca się z celebrytów i przeciwników polowań, choć nie ma żadnej sensownej odpowiedzi na rzeczowe argumenty praktyków z Afryki, to nie ustanie w próbach ograniczenia komercyjnych polowań na słonie. Tym razem atak jest bardziej przemyślany. Otóż na poziomie UE pod płaszczykiem europejskiej strategii na rzecz bioróżnorodności do 2030 r. próbowano uniemożliwić spedycję legalnie pozyskanych trofeów ze słoni. Na szczęście i tym razem się to nie powiodło. Temat jest dla mnie bardzo emocjonujący, ponieważ dopiero co wróciłem z długiego wyjazdu myśliwskiego do Zimbabwe, gdzie na własne oczy widziałem, z czym się wiążą takie bezmyślne, nieprzewidujące skutków pomysły. Ale po kolei.

Zimbabwe zamieszkuje druga pod względem liczebności po Botswanie populacja słoni afrykańskich. Sytuacji tego emblematycznego gatunku poświęciłem przed rokiem artykuł w „Braci Łowieckiej” („Czy powinno się polować na słonie?”, 3/2020), jednak na potrzeby obecnej sytuacji przytoczę z niego kilka faktów.

Po pierwsze, to prawda, że liczebność słoni w całej Afryce maleje, ale – na litość boską! – nie może być inaczej, ponieważ przez rozwój miast i infrastruktury siłą rzeczy zostają ograniczone ich naturalny habitat oraz liczba szlaków migracyjnych. Czy to źle? Kto ma na tyle odwagi i bezczelności zarazem, żeby siedząc w wygodnym fotelu i popijając kawkę z ekspresu przed pójściem do dobrze płatnej pracy, zabronić ludziom w Afryce dążenia do uzyskania statusu, który Europa już dawno osiągnęła? Wydaje mi się, że nie ma takich osób. My, Polacy, obarczeni piętnem konieczności gonienia świata po upadku komunizmu, powinniśmy rozumieć to szczególnie dobrze.

Po drugie, chociaż liczba słoni maleje w skali kontynentu, to zagęszczenie wykładniczo rośnie na terenach, gdzie te zwierzęta znajdują dogodną bazę żerową, schronienie i możliwość swobodnego przemieszczania się. Przykładem takich miejsc jest obszar wschodniej Botswany oraz zachodniego Zimbabwe – nie bacząc na granicę dzielącą oba państwa, żyje tam najwięcej słoni w Afryce. Ostatnie rzetelne badania nad liczebnością tego gatunku w samym tylko Parku Narodowym Hwange i terenie do niego przyległym, w tym pogranicza, wykazały przegęszczenie na poziomie pięciokrotnie przewyższającym pojemność tego rejonu (ocenia się, że obszar Hwange może wyżywić 15 000 słoni, natomiast szacunki sprzed dwóch lat mówią o zinwentaryzowaniu prawie 75 000 osobników!). Jak wiadomo, gdzie dużo słoni, tam dużo konfliktów na linii człowiek–zwierzę. W zeszłym roku w Zimbabwe ponad 60 osób zginęło po atakach tych olbrzymów, a od stycznia do początku maja 2021 r. – już ponad 30 osób. Mówimy tu o bezpośredniej przyczynie śmierci, a warto pamiętać, że problem z populacją słoni polega głównie na niszczeniu infrastruktury oraz olbrzymich szkodach w uprawach lokalnych społeczności.

Postaram się to zobrazować nieco dokładniej. Wyobraźmy sobie afrykańską małą miejscowość, liczącą około 300 osób. Zazwyczaj takie osady są zlokalizowane przy głównych szlakach komunikacyjnych oraz niedaleko naturalnych cieków wodnych, co umożliwia wypas bydła i uprawę zboża. W warunkach Zimbabwe uprawy mają bardzo prymitywny charakter, ponieważ rolnictwo nie jest zmechanizowane. Przykładowa uprawa kukurydzy zajmuje kilka arów. Teraz wyobraźmy sobie ilość pracy włożoną w ręczną uprawę, która zostaje całkowicie zaprzepaszczona przez jedną noc po wizycie słoni. Nikt nie mówi tutaj o stadzie 100 osobników – a takich stad jest bardzo dużo. Mowa zaledwie o kilku słoniach, które pojawią się na niewielkim poletku. Nic dziwnego, że nikomu nie zależy na mechanizacji rolnictwa – przy takich stanach słoni wielkopowierzchniowa uprawa oznacza tylko większą szkodę, a nie realny plon.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież te słonie płoszy się z upraw. Tak, rzeczywiście tak się robi. Ale jeżeli ktoś widział zdeterminowanego słonia, który rozpędza się do 50 km/h bez względu na rosnącą na jego drodze roślinność buszu, to rozumie, że skutki płoszenia mogą być odwrotne do zamierzonych. Taki sam los spotyka infrastrukturę wodną w okresie przedwiośnia, czyli w momencie, kiedy wody w buszu już znacznie brakuje. Słonie to bardzo inteligentne zwierzęta i zawsze korzystają z najlepszej jakościowo wody dostępnej na danym terenie. Jako ciekawostkę dodam, że część wodopojów, które powstały na obszarze dawnej Rodezji przy ekskluzywnych, jak na tamte lata, obozach myśliwskich, jest ciągle użytkowana właśnie z tego powodu – aby odciągnąć słonie od zbiorników z wodą pitną zlokalizowanych we wsi.

I tak dochodzimy do kuriozalnego punktu spornego – my krzyczymy w Europie: „Chcemy chronić słonie za wszelką cenę!”, tymczasem miejscowi, zaciskając zęby, odpowiadają: „A my chcemy po prostu móc żyć…”. Nikt nie lubi, gdy ktoś się miesza w jego sprawy. Nie wiem więc, dlaczego Europejczycy próbują zawsze układać świat na swoją modłę, bez względu na to, czy mają rację czy nie.

Teraz najważniejsza kwestia, czyli zagadnienie, z którego nikt nigdy sobie nie zda sprawy, dopóki nie zobaczy tego na własne oczy. Wiele razy na łamach oraz swojego mniej lub bardziej poczytnego bloga wypowiadałem się na temat powiązania komercyjnego myślistwa z ochroną przed kłusownictwem w Afryce. Wydaje mi się, że nawet ci z czytelników, którzy nigdy nie byli na Czarnym Lądzie, rozumieją, że środki na ochronę słoni, nosorożców, bawołów czy lwów nie biorą się z subwencji organizacji ochroniarskich ani z urządzania fotosafari. Realne wpływy, z których opłacane są służby parków narodowych oraz formacje prowadzące walkę z kłusownictwem, pochodzą z polowań komercyjnych (właśnie dlatego polowania na otwartych obszarach koncesyjnych są takie drogie). Warto sobie zadać pytanie, kto się zajmie ochroną i będzie spędzał całe doby w buszu dla czystej idei. Prześmiewczo powiem, że afrykański busz to nie Podkarpacie i głębokich teoretyków ochrony przyrody, takich jak Kolektyw Wilczyce okupujący Puszczę Karpacką, lepiej nie wysyłać tam na misję, bo szybko staliby się karmą dla lwów.

W tym miejscu wręcz obowiązkowo trzeba przytoczyć przykład Botswany, która zrezygnowała z polowań komercyjnych i bardzo szybko się okazało, że przyniosło to olbrzymią szkodę lokalnej ludności i przyrodzie. Niestety powrót tego kraju do komercyjnych polowań trwa i nie jest taki prosty, jak by się mogło wydawać.

My, nowocześni ludzie, gdy czytamy o dzikiej Afryce, często myślimy o niej w kategorii pierwotnego, samoregulującego się organizmu, a całkiem pomijamy aspekt ludzki. Niestety, taka idylla nie istnieje! Dzika część Afryki jest uboga i determinowana w pełni przez aktywność człowieka, który może działać w sposób uregulowany i przynosić korzyści społeczeństwu oraz przyrodzie, bądź w sposób nieuregulowany. Wówczas przyroda poniesie niewspółmierne straty. Trzeciej drogi zwyczajnie nie ma.

Dlaczego jestem tak pewny tego, o czym piszę? Otóż dlatego, że wystarczył tylko jeden rok bez myśliwych komercyjnych w Zimbabwe, by poziom kłusownictwa sięgnął szczytowych, dawno nienotowanych wartości. Zaledwie kilka dni temu widzieliśmy dziesiątki ściąganych wnyków zastawionych na bawoły i słonie (jedno z poniższych zdjęć ilustruje rezultat raptem siedmiodniowej akcji zbierania sideł). Parę dni temu rozmawiałem z pracownikiem Parku Narodowego Hwange, który odpowiada za walkę z kłusownikami. Choć miałem trudności z wyciągnięciem od niego szczegółów operacji, to stwierdził, że dawno nie było tak otwartego skonfrontowania się w terenie. Pandemia COVID-19 zmieniła oblicze ludzi. Nagle znikły pieniądze z komercyjnych polowań, pojawił się głód, a w buszu zabrakło myśliwych, którzy kontrolowaliby sytuację. Resztę proszę sobie dopowiedzieć.  

Pamiętajmy, że poza mięsem również pieniądze z komercyjnych łowów trafiają do lokalnej ludności, do sztabu ludzi zajmujących się przeprowadzeniem polowania, bezpośrednio do organów państwowych. Można by powiedzieć, że komercjalizacja systemu polowań zapewnia w wielu miejscach przetrwanie Afryki, jaką znamy.

Jako myśliwi odwiedzający w czerwcu tego roku Zimbabwe zostaliśmy przyjęci przez miejscowych z otwartymi ramionami. Wszyscy robili, ile tylko mogli, aby łowy zakończyły się sukcesem. W tej symbiozie myśliwski sukces oznacza sukces całej lokalnej społeczności. Czy gdzieś istnieje prawdziwszy system polowań? Żeby była jasność – nikogo nie zmuszam ani nie przekonuję do polowań na słonie. Domagam się tylko sprawiedliwości dla ludzi, którzy chcą żyć w swoim kraju na swoich zasadach. Choć może to powiedziane na wyrost, ponieważ konwencja waszyngtońska (CITES) narzuciła Zimbabwe maksymalne pozyskanie słoni, które, przypomnijmy, wynosi około 500 osobników rocznie (zachęcam do sięgnięcia po kalkulator i wyliczenia, jak znikomy jest to procent przyrostu naturalnego populacji).

Chciałoby się powiedzieć: jak żyć? Z bezradności wobec tego, co się dzieje wokół nas, narasta frustracja. Ile jeszcze czasu ekspertów będą zastępowali celebryci i głośno krzyczący teoretycy? Ile jeszcze czasu będziemy się poddawali modnym trendom i jak te barany szli jeden za drugim? Jak długo będziemy mówili ludziom w Afryce, co jest dla nich dobre i jak mają żyć?

Czy ktoś pomyślał, jaki będzie skutek zablokowania przez UE importu kości słoniowej? Na rynku zostanie reszta graczy – USA, Kanada, Australia i Chiny – którzy zbiją cenę. W efekcie słoni padnie dokładnie tyle samo, ale miejscowi będą z nich mieli mniej. Ten pomysł jest tak samo trafiony jak koncepcja spalenia 105 ton kości słoniowej w Kenii. Piękny gest, który służył pokazaniu pogardy dla nielegalnego pozyskania, a w rezultacie wyeliminował z czarnego rynku olbrzymią ilość surowca. Tym samym naraził populację słoni na wzmożoną eksploatację, napędzaną koniecznością odrobienia przez kłusowników strat. Dlaczego nikt się nie przychylił do propozycji, aby zrobić pożytek z tej kości? Pewnie z tego samego powodu, który stoi za próbą zatrzymania legalnych polowań na słonie, utrzymujących ich ochronę. Z podobnych względów pracownicy Lasów Państwowych eliminują dziś chore żubry w ramach obowiązków służbowych, zamiast urządzić polowania komercyjne i zarobić na zimową karmę, co pozwoliłoby zachować dobrostan całej populacji.

Zakończę dwiema myślami. Po pierwsze, polowania w Zimbabwe to ciągle największa przygoda łowiecka, z jaką miałem do czynienia w swoim życiu (i to bez znaczenia, za którym razem odwiedzam ten kraj). Po drugie, tak jak na zwycięstwo polskiej reprezentacji czekam na europejski autorytet z siłą przebicia, który wprowadzi równowagę i wpłynie na nieprzemyślane decyzje dotyczące łowiectwa.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Zimbabwe czekało na myśliwych

Czytaj więcej

Zimbabwe czekało na myśliwych

Jesteśmy jedną z pierwszych grup myśliwskich w Zimbabwe od zniesienia obostrzeń. Daje się odczuć radość wśród naszych gospodarzy, ale widać też wyraźnie, że pandemia mocno dotknęła miejscowych materialnie. Nasi przewodnicy oraz tubylcy są bardzo przyjaźnie do nas nastawieni i pomagają jak tylko się da. Mięso z upolowanych bawołów i słoni w większości trafia właśnie do nich. Część wykorzystujemy również w naszej kuchni.

W trakcie lockdownu, gdy nie było tutaj komercyjnych myśliwych, mocno wzrosło kłusownictwo, czego dowodem są widoczne na jednym z filmików wnyki zebrane przez miejscowych profesjonalnych myśliwych.

Polowanie jest wyjątkowo trudne. Pora deszczowa w Zimbabwe była najobfitsza od dekady. W buszu nadal jest sporo wody, a trawy porosły wyjątkowo wysokie. Każdy strzelony zwierz jest wypracowany i okupiony litrami potu. W teren wychodzimy rankiem przy 0°C. Już w południe praży słońce, a słupek rtęci wskazuje 30°C.

Na rozkładzie jak dotąd znalazły się m.in. dwa bawoły. Przed nami ostatnie wyjścia w busz i powrót do Polski.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Głuszce na Białorusi po przerwie

Po dwóch latach przerwy udało się zorganizować w pandemicznym reżimie sanitarnym polowanie podczas toków głuszcowych na Białorusi. Było to możliwe właściwie tylko dlatego, że Białoruś zdecydowanie wyszła myśliwym naprzeciw, ograniczyła bowiem dla nich restrykcje i zniosła obowiązek kwarantanny. (Sytuację polityczną za naszą wschodnią granicą zostawmy całkowicie na boku). W praktyce myśliwy, który leciał na Białoruś na zaproszenie legalnego, zarejestrowanego organizatora polowań, mógł się tam udać bez kwarantanny oraz bez testu na COVID-19. Zgodnie z ostatnią nowelizacją obostrzeń każdy myśliwy wracający do Polski spoza strefy Schengen musiał się poddać obowiązkowej 10-dniowej kwarantannie. Zwalniało z niej zaświadczenie o szczepieniu bądź niedawnym przebyciu choroby. Bardzo dużym udogodnieniem okazała się możliwość wykonania błyskawicznego testu na lotnisku zaraz po powrocie, którego negatywny wynik również zwalniał z kwarantanny.

Jak łatwo się domyślić, na wyjazd tej wiosny zdecydowało się niewielu myśliwych z Polski. Były to głównie osoby, które bądź przechorowały COVID-19, bądź się zaszczepiły (oczywiście znaleźli się też miłośnicy wiosennych polowań podczas toków – dla nich łowy okazały się ważniejsze od konieczności kwarantanny i robienia testów). Podsumowując tegoroczne polowania od strony organizacyjnej, mogę powiedzieć, że dwa lata przerwy oraz pandemia niewiele zmieniły. Rzecz jasna pojawiły się pewne dodatkowe utrudnienia, jednak utarty mechanizm działania nie zdążył jeszcze zardzewieć.

Tak jak przypuszczaliśmy, ze względu na terminową zimę toki w tym roku były bardzo intensywne i nierozwleczone w czasie. Na dzień pisania tego wpisu każdy myśliwy wrócił z Białorusi z głuszcem, a większość – z białoruską wielką trójką, czyli z głuszcem, cietrzewiem i słonką. W tym wpisie chciałbym się jednak skupić na innym aspekcie tego polowania.

Po dwóch latach przerwy, po miesiącach samych złych informacji, po tragediach rodzinnych, społecznych i zawodowych, po tym całym spustoszeniu fizycznym i psychicznym, jakie pozostawiła pandemia, udało się nam wybrać na zagraniczne łowy, które jak nigdy tchnęły w nas na nowo pasję łowiecką. Toki głuszców, toki cietrzewi oraz ciągi słonek oznaczają polowania, które nawet bez pandemii mają szczególny wymiar. Ja nazywam takie łowy swoistym powiewem wiosny. Kończy się zima, przyroda budzi się do życia, wieczory są coraz dłuższe, myśliwski sezon zmartwychwstaje i zaczyna się na nowo. Poranne polowanie podczas toków ma dla wrażliwego myśliwego niepowtarzalny charakter, który trudno nazwać słowami – po prostu trzeba to choć raz przeżyć. Myślę, że każdy, kto choć raz tego spróbował, przyzna mi rację.

W sumie jestem pewien powyższego stwierdzenia. O tej wyjątkowości świadczyć może chociażby to, że polowanie podczas toków to jedyne łowy, które myśliwi powtarzają rokrocznie. Według moich obserwacji organizatora polowań to istny ewenement. Mówi się, że Afryka uzależnia (znam to z autopsji), jednak obiektywnie muszę powiedzieć, że polowanie podczas toków uzależnia jeszcze bardziej! Różnica polega jedynie na tym, że do Afryki na łowy możemy polecieć nawet kilka razy w roku, a toki są tylko na wiosnę. To trochę tak jak z rykowiskiem – kiedy się kończy, zaczynamy odliczać miesiące do następnego.

Sytuacja rodzinna i skutki pandemii sprawiły, że w tym roku byłem na Białorusi jedynie obserwacyjnie, jednak myślę, że tyle nadziei, ile znalazłem w białoruskiej kniei, wystarczy, by doczekać następnych toków. Gdy, jak wspomniałem wcześniej, po wielu miesiącach beznadziei nareszcie udało mi się ponownie czynnie uczestniczyć w tokach, rzeczywistość zaczęła się malować w innych barwach. Teraz jestem pewien, że istnieje świat po pandemii i jeszcze wiele przed nami.

Korzystając z okazji, chciałbym wszystkim czytelnikom bloga życzyć wspaniałego sezonu łowieckiego! Nie dajmy się podzielić, działajmy wspólnie, nie zazdrośćmy, nie ulegajmy zawiści, ale raczej z pokorą i radością korzystajmy z tego, czym nas bór obdarzy w tym sezonie.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej