Dziękujemy!

Nadszedł koniec naszej afrykańskiej przygody. To jak na razie ostatni wpis. Chcielibyśmy podziękować redakcji „Braci Łowieckiej” za pomoc w prowadzeniu bloga. Dziękujemy też wszystkim, którzy byli z nami przez te 11 miesięcy, czytając nasze relacje i wspierając nas dobrym słowem. Dziękujemy również za słowa krytyki.

Chcielibyśmy jednocześnie przeprosić tych, którzy poczuli się urażeni treściami czy zdjęciami pojawiającymi się na blogu. Zdajemy sobie sprawę, że bardzo dużo wpisów wymaga wyjaśnień i sporego dopowiedzenia. Treść, która trafiała do internetu, często była tworzona w trudnych, niesprzyjających warunkach, uniemożliwiających dokładne przemyślenie i opisanie danego problemu z więcej niż jednego punktu widzenia. Chętnie spotkamy się ze wszystkimi, którzy chcieliby usłyszeć więcej o naszych przygodach. Zainteresowanych polowaniem w Kambaku prosimy o kontakt e-mailowy pod adresem: witamy@kambaku.com.

Chyba nie trzeba się rozwodzić nad tym, jak trudny jest dla nas powrót do Ojczyzny. Osoby, które czytały nasze wpisy, na pewno poczuły towarzyszący nam zachwyt surowym afrykańskim światem mieszający się przywiązaniem do rodzimej przyrody. Z jednej strony – tęsknota za „domem naszych ojców”, z drugiej – wizja bezrobocia.

Nie powiemy, że ten rok był tylko łatwy i kolorowy, bo to nieprawda. Jednak żadne z nas nie zamieniłoby tego czasu spędzonego w Kambaku na nic innego. Każda, nawet najtrudniejsza chwila warta była przeżycia i zostanie przez nas zapamiętana do końca życia. Podczas pakowania towarzyszyło nam przeczucie, że to nie koniec, że jeszcze tu kiedyś wrócimy. W Afryce pożegnała nas słoneczna pogoda z upałami w okolicy 40 stopni oraz uśmiechnięci, szczęśliwi i szczerzy przyjaciele. W Polsce przywitał nas deszczowy dzień z temperaturą ok. 3 stopni, a na chodnikach stolicy – twarze bez wyrazu o smutnych oczach. Moją pierwszą myślą po lądowaniu było wspomnienie piosenki „Ludzie bez twarzy” zespołu KSU.

Przeskok klimatyczny jeszcze daje o sobie znać. Jednak przeskok kulturowy niemal zgniótł nasz wewnętrzny potencjał. Ciągle pytamy się: co my tu właściwie robimy? Komu ufać? Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Chyba tak to już jest, że człowiek z dala od domu tęskni za czymś, co w rzeczywistości okazuje się minionym wspomnieniem. Nasz świat pędzi do przodu, nie zważając na nic. Trudno teraz wskoczyć do tej ciągle przyspieszającej maszyny, kiedy jeszcze kilka dni temu żyło się powoli, innymi priorytetami w mającej czas Afryce.

Chyba najlepszym podsumowaniem naszej przygody będzie stwierdzenie, które wyryło się na naszych sercach definiując jednocześnie to, co było, jest i mamy nadzieję, że będzie.

ONE LIFE – LIVE IT!

Kuba i Paulina Piaseccy

Czytaj więcej

Pożegnanie z polowaniem

Dni do wylotu zbliżają się wielkimi krokami. Nasze projekty przebudowy farmy są praktycznie zakończone. Plany działań na przyszły rok zostały już omówione, a nasze obowiązki – przekazane dalej. Przed nami jeszcze tylko kilka dni na spokojne naładowanie baterii i pożegnanie dzikiego świata, który oboje zaczęliśmy nazywać domem.

To miała być jedna z moich ostatnich łowieckich aktywności. Nie miałem ochoty na jakieś intensywne tropienia, lecz na zwykły spacer ze sztucerem na ramieniu. Potrzebowałem chwili w samotności, by przemyśleć i podsumować nasz pobyt w Kambaku. Ale jak to zawsze bywa w takiej sytuacji: jak myśliwy nie chce, to zawsze spotka coś interesującego. Tak się stało i tym razem. Klikanie elanda niemal natychmiast pogrzebało ideę spokojnego spacerku. Nie planowałem strzelać, jednak usłyszeć w buszu antylopę i się z nią nie zmierzyć to jakby grzech zaniechania.

Teren sprzyjał cichemu podchodowi. Elandy były dwa i przemieszczały się jeden za drugim w bardzo gęstym fragmencie buszu. Podchód wyszedł mi niemal idealnie. Antylopy mnie nie zwietrzyły, po drodze moją obecnością nie spłoszyło się też żadne inne zwierzę. Wysunąłem się na trawiastą lukę, w kierunku której zmierzały dwa olbrzymy, i rozstawiłem podpórkę, by oprzeć na niej lornetkę. Nie musiałem długo czekać. W odległości 60 m dostrzegłem górę mięśni wychodzącą na polanę. Jako pierwszy wyłonił się kilkunastoletni byk o ogromnym, regularnym trofeum. Moja ukryta pozycja gwarantowała mi dokładną obserwację. Do dziś uważam, że samiec, którego wtedy zobaczyłem, ocierał się o rekord regionu (albo lepiej). Symetryczne, grube i niewyobrażalnie długie rogi pięknie komponowały się z umięśnioną sylwetką zwierzęcia. Ucieszyłem się z tego spotkania. Taki byk powinien – jak to się mówi – reprodukować, ile wlezie. Po chwili wysunął się drugi eland. Nie musiałem patrzeć przez lornetkę, by zobaczyć, z czym mam do czynienia. Sztucer nie wiadomo kiedy znalazł się na podpórce, a jedno oko już widziało zwierzę w krzyżu. Byk zauważył ruch za gałęziami i zaciekawiony ustawił się do mnie na kulawy sztych. Musiałem czekać, nie chciałem ryzykować strzału. Pierwszy zwierz ani drgnął, a drugi obszedł mnie dokoła, czekając na mój najmniejszy błąd – jakiś ruch, odgonienie muchy, potknięcie albo zachłyśnięcie. Stałem jak zamurowany. Za wszelką cenę chciałem spróbować swoich sił. Naprzeciw mnie było wychudłe, długie cielsko z grzywą szorującą po ziemi. Jeden króciutki wyświechtany róg, drugiego nie ma w ogóle. Wiedziałem, o co toczy się gra – to zdecydowanie najstarszy eland, jakiego spotkałem. Najstarszy z duchów. Zwierzę sprawiało wrażenie ledwo stojącego na nogach.

W końcu „kulawy sztych” przerodził się bardziej w „prawie komora”. Zmęczony niemal 40-minutowym oparciem na podpórce oddałem strzał. Od razu wiedziałem, że jest źle, bo w trakcie gdy oddawałem strzał, zwierzę zamachnęło się głową, po czym znikło. Pierwsza myśl – eland „złapał” kulę głową, na pewno dostał. Oznaczało to bardzo złą sytuację, ponieważ rany łba należą do takich, które się nie goją, i zwierzę męczy się tygodniami np. z potrzaskanym dziąsłem. Moją diagnozę potwierdziły fragmenty kości oraz spore ilości farby na zestrzale. No tak, już wcześniej wydawało mi się to niebywałe, że przez niespełna rok intensywnego polowania czasem cztery razy dziennie nie narobiłem żadnego bigosu ani nie miałem na swoim koncie żadnego postrzałka.

Wkurzony na siebie wróciłem do domu, bo wieczorne poszukiwania mijały się z celem. Ranny eland znajduje się non stop w ruchu, a w nocy nie ma szans na dostrzelenie go ze względu na ograniczoną widoczność. Jedyną szansą były umiejętności mojego przyjaciela Paulusa. Mój szef okazał się, jak zwykle w takich sytuacjach, przygnębiony, ale zarazem wyrozumiały dla sprawcy. Powiedział: – You are only a human, shit happens all the time. I am sure you will get him tomorow. Paulus, gdy usłyszał o nadchodzącej misji, od razu udał się na spoczynek. Obaj wiedzieliśmy, co oznacza taki strzał – cały dzień tropienia przy piekącym słońcu bez chwili odpoczynku.

Następnego dnia jeszcze pod osłoną nocy dotarliśmy w miejsce mojego „profesjonalnego” strzału. Gdy tylko światła wystarczyło na tyle, by tropić, ruszyliśmy zakrwawioną ścieżką w gęsty busz… Eland ewidentnie miał potrzaskane kości szczęki. Na podstawie śladów Paulus wywnioskował, że zwierzę z trudem utrzymuje równowagę (uszkodzony nerw błędny). Po przejściu ok. kilometra znaleźliśmy miejsce, w którym byk stał dłuższą chwilę, bo krew była świeża. Eland znajdował się tuż-tuż. Trzymając 375 H&H bez lunety w gotowości do strzału, od teraz tropiłem przodem, a Paulus tylko mnie korygował, gdy podążałem w niewłaściwym kierunku. Broń okazała się niepotrzebna, bo po chwili weszliśmy na już nieżywego jednorogiego byka. Radość, niedowierzanie i duma – pominę informację, gdzie trafiła kula. Bardzo żałuje, że nie sfotografowałem żuchwy tego „dziadka”. Pierwszy raz widziałem coś takiego: wszystkie zęby trzonowe zebrane praktycznie do zera na wysokość dziąsła. Profesjonalni myśliwi stwierdzili, że wiek zwierza wahał się wokół 30 lat i nie wiadomo czy kolejny rok nie byłby jego ostatnim. Komisyjnie podjęliśmy decyzję, że jest to najstarszy eland, który został strzelony w Kambaku.

Szczęśliwe zakończenie tej historii było doskonałym ukoronowaniem mojej myśliwskiej przygody na namibijskiej farmie. Polowanie na elanda to dla mnie zaszczyt porównywalny z wizytą w Watykanie. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego zakończenia pobytu w Kambaku. Podjąłem decyzję, że było to moje ostatnie polowanie na Czarnym Lądzie i do wylotu nie wezmę sztucera do ręki.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Nie taki Niemiec straszny…

Zbliża się koniec naszej przygody. Jest to doskonały czas, by po 11 miesiącach przedstawić naszą pracę z zupełnie innej strony. Pisaliśmy o tym, co robimy, i staraliśmy się przybliżyć, jak wygląda nasza codzienność. Z naszych wpisów bez trudu dało się odczytać nasze intencje i towarzyszący nam nastrój – czy to przygnębienia, czy podniecenia. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której musimy wspomnieć: o relacji szef–pracownik. I bynajmniej nie po to, by się komuś podlizać, lecz by podzielić się przemyśleniami i być może obalić historycznie wykreowany mit.

Mówi się, że niełatwo jest mieć za szefa Niemca. Jeszcze przed wylotem, gdy wspominaliśmy, że będziemy pracować „dla Niemca”, często spotykało się to z dezaprobatą, a wręcz pogardą. Niejednokrotnie padały również stwierdzenia, że Niemcy przywłaszczyli sobie Namibię razem z ludnością tam zamieszkującą.

Mój, można już właściwie powiedzieć, były szef nie wpisuje się w żadną z tych ramek. Niby Afryka jest taka zacofana, a o dziwo my z Pauliną mieliśmy do czynienia z bardzo nowoczesnym i wydajnym systemem zależności służbowych. Niełatwo być szefem ludzi pochodzących z różnych kontynentów i reprezentujących skrajnie odmienne kultury. Jak więc osiągnąć efekty i jednocześnie mieć lojalnych pracowników? Każdy w Kambaku – bez względu na to, czy czarny, czy biały, czy z Europy, czy Afryki – na samym starcie zostaje obdarowany ogromnym kredytem zaufania. Podejmując pracę, staje się nie tylko pracownikiem, lecz także kimś w rodzaju członka rodziny. W Kambaku, w przeciwieństwie do przeciętnego miejsca zatrudnienia, musimy bowiem współpracować ze sobą zarówno w pracy, jak i po pracy. W praktyce jest to niesamowicie trudne, bo każdy co chwilę musi hamować swoje ego na korzyść „rodziny”. Klasyczny szef, który zawsze ma bezdyskusyjną rację, nie sprawdza się w tych warunkach.

Rodzina, jak wiadomo, potrzebuje ojca. Na co dzień każdy z nas „znał swoje miejsce w szeregu”, ale po pracy rzeczą normalną było to, że szef dziękował nam za wykonane zadania i godzinami dyskutował na rozmaite tematy, czasem nawet przy piwie. Każdy wiedział, co ma robić, i zdawał sobie sprawę z tego, że w razie niepowodzenia stoi za nim reszta „rodziny”. Zamiast straszenia, kar i represji było zaufanie, równe traktowanie i zrozumienie. Każdy, kto może nazwać swoje miejsce pracy drugim domem, czuje się za ten dom odpowiedzialny, broni go i szanuje. Gdy pracownik otrzymuje zaufanie oraz szacunek swojego szefa, to jakby naturalnie staje się dużo wydajniejszy, bo bardziej niż na pieniądzach zależy mu właśnie na tym zaufaniu i szacunku. Najważniejsza staje się następująca zależność: mój szef może na mnie liczyć, ale i ja mogę liczyć na swojego szefa.

Często obserwowałem sytuacje, kiedy kierownictwo farmy poświęcało godziny w ciągu dnia na to, żeby wytłumaczyć pracownikowi ideę przyświecającą konkretnej pracy. Każdy mógł dorzucić do tematu swoje trzy grosze, które, jeżeli były wystarczająco istotne, modyfikowały cały plan. Każdy wiedział też, dlaczego wykonuje dane zadanie, bo sam był jego współautorem.

Co chwilę dowiadujemy się z Pauliną, że ktoś z naszej załogi wyjeżdża na studia czy praktyki do Europy. Tylko przez ostatnich kilka lat parunastu Namibijczyków pracujących na naszej farmie miało szansę zdobyć fachowe wykształcenie i przy okazji zwiedzić nasz szalony, rzekomo cywilizowany świat. Wielu z nich otworzyło to drogę do prestiżowych miejsc pracy. Na farmie znajduje się dobrze wyposażony pokój komputerowy, gdzie po pracy każdy ma dostęp do internetu czy fachowego oprogramowania do nauki języków. Jest również szkoła w buszu, w której nauczyciele (również z Europy) prowadzą lekcje. W przypadku gdy pracownicy farmy pochodzą z bardzo ubogich rodzin patronatem Kambaku zostaje otoczona nie tylko osoba pracująca, lecz także jej bliscy. Pracownicy dostają ubrania, leki, sprzęt, jedzenie, mieszkanie, ubezpieczenia zdrowotne, szkolenia zawodowe i wiele innych korzyści.

Kiedyś zapytałem szefa, dlaczego wkłada tyle energii i pieniędzy w pracowników, którzy w każdej chwili mogą opuścić farmę i z otrzymanym wykształceniem znaleźć inną pracę. Odpowiedział mi: za każdą osobę, która przepracowała chociaż miesiąc w mojej firmie, czuję się odpowiedzialny. I tym zdaniem chciałbym zakończyć ten wpis, tłumacząc jednocześnie, jak to się stało, że ostatnie 11 miesięcy spędziliśmy właśnie w Kambaku.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Tętniące życiem muzeum

Połowę społeczeństwa Namibii stanowi ludność z plemienia Damara. Pochodzą z górzystej i kamienistej krainy zwanej Damaraland, którą zwiedzaliśmy również podczas naszej ostatniej wyprawy. Tereny te tworzą głównie skały o kulistych kształtach, przypominające trochę krainę pradawnych Wikingów. Stanowią one obowiązkowy punkt każdej wycieczki organizowanej w Namibii.

Ludzie Damara to najstarsze plemię zamieszkujące ten afrykański kraj. Od wieków zajmowali się łowiectwem, hodowlą owiec i kóz. Ich cechą charakterystyczną jest klikający język, którym się ze sobą porozumiewają. Niestety nie ma żadnej książki ani podręcznika, który opisywałby jego naukę krok po kroku. To język przekazywany z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada. Podobno jeżeli ktoś nie opanuje go do piątego roku życia, to później nie ma szans na nadrobienie zaległości, ponieważ aparat mowy zostaje już ukształtowany w taki sposób, że nie jest w stanie naśladować tych specyficznych dźwięków.

Podczas naszej wyprawy odwiedziliśmy tzw. żywe muzeum Damara, gdzie mogliśmy się przyjrzeć, jak wygląda życie tego plemienia od podszewki. Wykupiliśmy spacer po buszu, w trakcie którego dowiedzieliśmy się wielu ciekawostek, m.in. na temat leczniczego wykorzystania wszystkich roślin. Zakładaliśmy pułapki żywołowne na zwierzynę, podglądaliśmy myśliwego w akcji na polowaniu, a także zostaliśmy wprowadzeni w klimat tradycji i obyczajów kultywowanych w wiosce.

Młodych mężczyzn obowiązuje jedna koronna zasada: muszą potrafić upolować zwierzynę i wzniecić ogień, a dopiero wtedy mogą się rozglądać za dziewczynami. Byliśmy świadkami sytuacji, w której wszyscy mężczyźni z plemienia otaczają podrostka i rozmawiają z rozpalanym przez niego ogniem. Podobno kiedy nie mówi się do płomienia, to cała ta czynność nie przyniesie skutku. Ludzie ci wierzą bowiem w takie bóstwa, jak słońce, ogień czy woda, i modlą się do nich. Ze wszystkich zwierząt natomiast najbardziej cenią i szanują żyrafy, ponieważ twierdzą, że dzięki swojej wielkości mają one kontakt z bogami w niebie.

Ludzie Damara są niezwykle pracowici, a w ich rodzinach panuje prosty podział obowiązków. Kobiety dbają pożywienie i dom, a mężczyźni polują oraz uprawiają ziemię i opiekują się bydłem. Wieczory spędzają zaś przy ognisku, popijając słabe piwo własnej roboty uwarzone z nasion traw.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Profesjonalny kłusownik

Od jakiegoś czasu zdarzało się nam strzelić antylopę, która nosiła na sobie resztki „linki” (masywnego wnyka robionego pod duże zwierzęta). Był jeden hartebeest, od lat borykający się z drutem oplecionym wokoło żeber. Było gnu z resztką linki zaciśniętą na rapecie. Był też oryks ze zgangrenowaną raną po drucie. Wydawało nam się, że zwierzęta te wpadły w stare wnyki, których nie udało się znaleźć (ok. pięciu lat temu farma toczyła wojnę kłusowniczą, w wyniku której udało się rozpracować mafię handlującą mięsem lewego pochodzenia). Oczy otworzył nam dopiero młody eland, który świeżo zerwał się z wnyka i z zaduszającą go plecioną pętlą powoli wyszedł myśliwym na strzał.

Od tamtej pory walka z kłusownictwem stała się naszym priorytetem. Zaczęliśmy działania odwetowe. Jednak nigdzie nie widzieliśmy żadnych śladów – ogrodzenie farmy w jak najlepszym porządku, a przecież wnyki gdzieś muszą być. Postanowiłem stworzyć antykłusowniczy zespół składający się z siedmiu osób dobrze orientujących się w buszu. Całymi dniami przeczesywaliśmy powierzchnię farmy kawałek po kawałeczku. Po niemal tygodniu w gęstwinie przykrytej ciernistymi akacjami znaleźliśmy wnyk. Za chwilę drugi, trzeci i czwarty. Wszystkie w miejscu, którego nigdy nie używamy do polowania. Ciężko je opisać, lecz w skrócie powiem, że są to fragmenty buszu, gdzie cierniste gałęzie tworzą ściany nie do przebycia, a samo zbliżenie się do tej przeszkody powoduje poranienie rąk i nóg. Zwierzęta wbrew pozorom lubią takie miejsca i tworzą w nich tunele, w których chowają się przed palącym słońcem. Właśnie tam na wąskich ścieżkach ktoś rozstawił wnyki. Sądząc po wyborze miejsca pod kłusownictwo i konstrukcji pułapek stwierdziłem, że mamy do czynienia z profesjonalistami.

Niecałe 100 m od wnyków znaleźliśmy wielkiego trofealnego byka heartebeesta. A właściwie skórę i łeb zwinięte w kłębek. Obok był dół, który dopiero co zaczęto wykopywać. Kości pozbawione mięsa znaleźliśmy w czterech oddalonych od siebie miejscach ok. kilkudziesięciu metrów od skóry i łba. Opodal na drzewach były porozwieszane druty, na których jeszcze suszyło się mięso. Dostrzegliśmy ślad ludzkiej stopy, świeżo odbity na gruncie. Mężczyzna przed chwilą w pośpiechu opuścił miejsce kaźni. Udaliśmy się jego tropem, lecz nie udało się go dogonić.

Następnego dnia wróciliśmy w to samo miejsce i okazało się, że kłusownik nas wykiwał – zmylił trop i jak lampart na polowaniu obszedł nas dokoła. Przez godzinę podążał moim śladem, chowając się za drzewami. Doświadczony policjant powiedział mi później, że zapewne ten mężczyzna bacznie mi się przyglądał i nie zaatakował mnie tylko dlatego, że przestraszył się niesionej przeze mnie broni oraz radia przypiętego do paska.

Gdybym szczegółowo relacjonował po kolei przebieg zdarzeń, wyszłoby za dużo tekstu, więc napiszę, jak sprawa się zakończyła. Otóż na farmie Kambaku od ok. ośmiu lat mieszkał w buszu kłusownik. Swój prowizoryczny obóz składający się z prostego posłania oraz kłusowniczych narzędzi co roku przenosił w inne miejsce. Po farmie poruszał się w butach ze skóry upolowanych przez siebie zwierząt, które były uszyte w taki sposób, że na gruncie zostawiały ślad przypominający trop strusia. Dlatego dopóki nie znaleźliśmy jego obuwia, nikt nie przypuszczał, że mieszka z nami dodatkowy myśliwy. Samozatrzaskowe sidła na ptactwo, masywne linki na antylopy i inne żywołowne pułapki przygotowywał samotnie przy użyciu najprostszych narzędzi. Do uśmiercania wielkich zwierząt służyła mu natomiast wykuta masywna włócznia, którą również polował z ukrycia. By zminimalizować ryzyko zdemaskowania, kłusownik miał narzędzia pochowane w buszu, mięso suszył z dala od miejsca, w którym spał, całe zajście dokładnie pozorował na atak lamparta, a jego punkt przerzutowy towaru znajdował się poza farmą. Na co dzień mężczyzna ten poruszał się po kępach traw, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Nigdy nie zastawiał więcej niż kilku wnyków w jednym momencie, nigdy też nie przerabiał jednocześnie większej ilości mięsa. Wszystko po to, by pod naszym oknem trzebić stany zwierzyny, o czym nikt latami nie miał pojęcia. W jego obozowisku znaleźliśmy również masę wabików na zwierzynę drobną.

Ostatecznie odkryłem cztery obozowiska użytkowane podczas siedmiu ostatnich lat (tak stwierdziliśmy na podstawie analizy ilości popiołu w paleniskach). Każdy obóz był zbudowany według tego samego schematu i umiejscowiony w sposób praktycznie uniemożliwiający odnalezienie. Wysuszone mięso kłusownik wynosił poza ogrodzenie farmy, gdzie dostarczał je dilerowi. Jak się później okazało, człowiek odpowiedzialny za dystrybucję mięsa lewego pochodzenia był mózgiem całej operacji i poza Kambaku miał swoich profesjonalnych kłusowników na kilku innych farmach.

Naszą akcję odwetową można nazwać pozornie zwycięską, ponieważ nikt nie zwróci nam zakatowanych antylop, a mężczyzna okazał się profesjonalistą do tego stopnia, że na żadnym z przedmiotów nie zostawił odcisków palców. Gdybyśmy na farmie mieli drona, bez problemu zastawilibyśmy zasadzkę. Osobiście cieszę się, że ta historia zakończyła się tak, a nie gorzej. Taki profesjonalny kłusownik jest bowiem w stanie posunąć się do wszystkiego, byle nie zostać złapanym. Niewątpliwie sztuką tropienia i podchodzenia przewyższał nas wszystkich razem wziętych. Na koniec doszliśmy do wniosku, że gdyby ten człowiek był zdeterminowany i nie miał pewności, że zdoła uciec, to ta historia mogłaby się zakończyć tragicznie – byliśmy dla niego w buszu jak owce dla wilka w lesie.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Słoń, skorpiony i biała dama

Od samego początku naszego pobytu w Afryce obowiązkowym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić, było pasmo górskie Brandberg (najwyższe góry Namibii, najwyższy szczyt Königstein 2573 m), położone niedaleko Wybrzeża Szkieletowego. Nie zamierzaliśmy się wspinać, tylko po prostu zależało nam na tym, by podjechać pod te olbrzymy oraz odwiedzić tzw. White Lady. „Biała dama” to zespół malowideł naskalnych pozostawionych przez przodków ludu Damara. Pełniły one funkcje komunikacyjne, coś jak starożytny SMS. Najstarsze malowidła są datowane na 5000 lat, natomiast rysunek białej damy, czyli kobiety o białej karnacji, ubranej w skóry i otoczonej przez kobiety Damara, liczy 2000 lat. Kierując tam samochód, nie przypuszczaliśmy, jakie przygody czekają na nas w tym miejscu…

Sam dojazd robi wielkie wrażenie, bo skaliste szczyty Brandbergu widać już z ok. 150 km. Pruje się przez płaskie pustkowie bardzo dobrą żwirówką, a na horyzoncie cały czas są góry. Kiedy wydaje się, że to już tuż-tuż, okazuje się, że jeszcze 50 km. Dokoła rozpościerają się rozległe pastwiska, na których Damarowie wypasają (na przemian) oryksy i krowy.

Po długiej i wyczerpującej jeździe udało się w końcu skierować land rovera na camping. Na recepcji mieszczącej się ok. 2 km od miejsca, w którym nastąpiła nasza zguba, bardzo miły pan poinformował nas, by zachować szczególną ostrożność, ponieważ na campingu jest jeden słoń, a w tę stronę kieruje się jeszcze grupa mniej więcej ośmiu innych osobników, które najprawdopodobniej dotrą na camping w nocy. Doświadczeni (jak się nam zdawało) w spotkaniach z tymi zwierzętami po wizycie w Caprivi uspokoiliśmy pana recepcjonistę słowami, że słonie nam niestraszne i wiemy, jak się z nimi obchodzić.

Camping jak marzenie. Ulokowaliśmy się z dala od reszty turystów, tuż na brzegu wyschniętej rzeki. Dokoła stare akcje, dające upragniony cień, nieopodal tank z wodą, prysznic, prowizoryczna toaleta i fachowe miejsce na ognisko – jak śpiewają Bracia Figo Fagot, „elegancja Francja”. Popołudnie i wieczór spędziliśmy, patrząc na Brandberg. Gdy słońce już pożegnało wyschniętą ziemię, zaczęliśmy codzienny rytuał pieczenia nad ogniem mięsa z oryksa. Wszystko zapowiadało się idealnie: miał być spokój i pełny relaks.

Nagle ciszę nocy przerwało wycie osłów spacerujących po campingu. Chwilę później rozległ się głośny trzask i rumor spadającego na ziemię masywnego konara akacji, a potem dobiegł nas niski, doniosły pomruk. Oho, słonie już tu są. Teraz mieliśmy pewność, co się dzieje. Zachowaliśmy spokój, bo nie pierwszy raz słyszeliśmy te odgłosy. Należy tutaj dodać, że słonie pod osłoną nocy można zlokalizować jedynie po pomrukach, jakie wydają, bądź po trzasku gałęzi. Zwierzęta te podczas żeru łamią kolosalne konary albo tratują całe drzewa, jednak sam ruch tego kilkutonowego olbrzyma jest bezszelestny. Na nasze nieszczęście zaraz opodal samochodu znajdowała się toaleta i kran z wodą, więc słonie, niczym po sznurku, przyszły do nas. Schowanie się do auta nie miało za bardzo sensu, bo akacja stojąca tuż za nim była okupowana przez orfanty. Zostaliśmy więc przy ognisku pełni nadziei, że może jednak te kolosy będą się bały ognia.

Po chwili zrobiło się bardzo zabawnie. Młode słonie rozwaliły kran i przygotowały sobie bajorko, z którego piły, natomiast matki udały się napoić w toalecie. Te zwierzęta są niesamowicie inteligentne – ponieważ toaleta stanowiła tylko wymurowane pomieszczenie bez dachu, wyposażone w miskę klozetową, samice podeszły pod wychodek i jedna z nich, wsadzając trąbę przez dach, zsunęła wieko miski klozetowej, po czym włożyła trąbę do zbiornika służącego do spuszczania wody. Chlup, pusto, zbiornik zaczął się napełniać, po chwili znowu chlup. Jeden dorosły słoń zaprzestał tej zabawy po ok. 30 napełnieniach zbiornika. A samic było kilka, więc dobre dwie godziny wsłuchiwaliśmy się w napełnianie wody w toalecie. Oczywiście nie mieliśmy szansy nagrania tej sceny ani zrobienia nawet prostego zdjęcia, ponieważ słonie reagują agresywnie na błysk flesza i światło latarki. Pozostało nam siedzieć przy ognisku i cicho śmiać się z tej sceny. Co rusz nasza radość była torpedowana przez trzask konarów akacji, pod którą stał samochód. Z niepewnością spoglądaliśmy, czy to już koniec land rovera, czy nie. Jednak słonie czuły naszą obecność, wiedziały, gdzie stoi auto i starały się nie naruszać naszej prywatności (do czasu – jak się okazało chwilę później). Stado się napiło, pomruki zaczęły się oddalać, a u nas zapanowało rozluźnienie. Przetrwaliśmy ten zmasowany nalot olbrzymów.

Naglę ciszę nocy i nasz spokój przerwał niski, donośny pomruk. Oboje automatycznie powróciliśmy do ogniska, które szybko rozdmuchałem, i zajęliśmy miejsca w fotelach, wpatrując się w nocne kino. Słoń był jeden – za to potężny. Nie pozwolił na siebie długo czekać. Z mroku nocy wychyliły się dwa ogromne ciosy błyszczące w blasku ognia i malutkie lśniące oczy opatulone wielkimi bojowo ustawionymi uchlami. Zwierz wyglądał bardzo groźnie. Był to dorodny samiec ozdobiony ślicznym orężem. Szedł powoli, lecz prosto na ognisko. Paulina ścisnęła mnie za rękę. Mówię: – Spokojnie, zaraz skręci. Niestety nie skręca, lecz idzie wprost na nas. Teraz już i ja nie wiem, co mam zrobić. Oboje nas przeszywa paraliżujący strach, przykuwający do foteli. Przed nami ogień, a tuż za nim po drugiej stronie wielkie ciosy i dokładnie obserwujące nas błyszczące oczy. Słoń zatrzymał się, podniósł trąbę i bojowo ustawił uszy. Nie byliśmy w stanie się ruszyć, bo po co? Nie uciekniemy. Jego trąba znalazła się nad nami. Wystarczyłoby, żeby ją agresywnie opuścił i nasze wątłe ludzkie ciała nie miałyby żadnych szans. Stał tak, trzymając nad nami trąbę i ciosy w pozycji gotowej do ataku, może przez 60 s, jednak my czuliśmy się tak, jakby to trwało co najmniej godzinę. W końcu olbrzym mruknął, odwrócił się i powoli odszedł w ciemność, z której przybył. Dochodziliśmy do siebie dłuższą chwilę. To, jak czuje się człowiek, które staje oko w oko ze słoniem, jest nie do opisania. Końcówkę tej historii możemy opowiedzieć po naszym powrocie.

Następnego dnia, gdy zrelacjonowaliśmy panu na recepcji nasze spotkanie z rosłym samcem, na jego twarzy malowała się mina mówiąca: „A nie mówiłem”. Przerwał ją śmiech, po którym usłyszeliśmy, że jeśli chcemy zostać na jedną noc dłużej, to może być ciekawiej, bo w stronę campingu podąża kilkanaście innych słoni. Podniosłem rękawicę i postanowiliśmy z Pauliną jakoś lepiej się przygotować do następnego spotkania. Po głowie chodziła mi myśl, by nagrać aparatem film. Narąbałem sporo drzewa, dokoła porozstawialiśmy świece, ustawiłem przy ognisku aparat, zjedliśmy i czekaliśmy. Godzina, dwie, trzy, ale nigdzie nie słychać znajomego pomruku. Paulina zaczęła już drzemać w fotelu, więc stwierdziłem, że zwijamy majdan, bo słonie dzisiaj nie przyjdą. Zaczęliśmy szykować samochód do spania. Nagle Paulina podbiega do mnie i mówi, że jak podnosiła fotel, to coś ją ugryzło w palec, który zaczął strasznie pulsować. O cholera!!! Szybko zacząłem oglądać palec, lecz nigdzie śladów po wężu. Trochę się uspokoiłem na myśl, że to zapewne skorpion. Udałem się w miejsce, gdzie tajemniczy stwór zaatakował moją żonę. Węże zazwyczaj zostawiają ślady, ale nic nie znalazłem. W tym momencie Paulina zaczęła płaczliwie wołać mnie, żebym szybko przyszedł. Mdlejąca wybełkotała: – Moje tętno gwałtownie przyspieszyło. Przytykam palce pod krtań. O cholera!!! Wyrzucam wszystkie rzeczy stojące mi na drodze, odpalam samochód i pruję, ile tylko jestem w stanie wycisnąć z samochodu, w stronę stróżówki. Błyskawicznie przyspieszające tętno oraz rozprzestrzeniający się ból to objawy ukąszenia przez najgorsze węże, takie jak: mamba, puff adder i zebra snake. Szybko znalazłem miejscowego znającego się na rzeczy. Chwilę przed tym, jak wielka igła z przeciwtoksynami wystartowała w jej kierunku, Paulina oświadczyła, że ból znowu ograniczył się tylko do palca i tętno się unormowało. Zaczęliśmy wszyscy wspólnie jeszcze raz oglądać miejsce ukąszenia pod dużym oświetleniem. Uffff, nie ma szans, żeby to był nawet najmniejszy wąż. Żadnego rozcięcia, tylko malutkie miejscowe ukłucie. To na pewno skorpion pustynny. Choć moja żona wyła z bólu, cieszyliśmy się, że to tylko skorpion – poboli jedną dobę i po temacie. Szczęśliwi wróciliśmy na camping.

Ułożyliśmy się do snu. Paulina, mimo bólu, zasnęła momentalnie. Jej organizm był totalnie wyczerpany stresem. Byłoby to szczęśliwe zakończenie, gdybym o północy nie poczuł, jak coś z igłami zamiast odnóży wspina się po mojej głowie. Odruchowo zmiotłem skorpiona, wyrzucając go w przestrzeń samochodu, jednak zdążył mnie ukąsić w ucho. Skorpiony pustynne są bowiem szybkie i kąsają znienacka. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi i obolali zaczęliśmy nocną obławę na intruza. Udało nam się zagonić skorupiaka na śpiwór Pauliny, gdzie dokonał żywota opryskany Doomem (silny środek owadobójczy). Rozpylanie tego syfu w aucie nie było rozsądne, ale sytuacja wymagała zastosowania niekonwencjonalnej metody.

Z następnych 24 godzin wycieczki pamiętamy tylko… ból. Tak jakby ktoś trzymał Pauliny palec i moje ucho nad ogniem.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

W drodze

Zanim opowiem, jak to było z tym słoniem i skorpionami, o których wspomniałem we wpisie zatytułowanym „Kanaan – na końcu świata”, wypada w paru słowach przedstawić, jak wygląda samochodowe wędrowanie po Namibii. Wbrew moim oczekiwaniom zachodnia część tego kraju okazała się zdecydowanie bardziej dziewicza niż wschód. Pewnie dlatego, że Caprivi to obowiązkowy turystyczny punkt w Namibii, tak samo jak Park Narodowy Etosha. Drogi mają tam dobre i są jakieś zbiorowiska ludzkie, gdzie można bez problemu kupić artykuły żywnościowe oraz paliwo. Natomiast zachodnia strona to już zupełnie inna bajka. Wymaga od turysty wytrzymałości i gotowości podjęcia ryzyka, ale w zamian obdarowuje ogromem piękna, który trudno udźwignąć na trzeźwo.

Po pierwsze, nie ma żadnych sensownych map tego terenu. Zakupiona przez nas najdroższa i rzekomo najlepsza mapa turystyczna Namibii okazała się niewypałem. Informacje z niej odczytane musieliśmy traktować tylko jak teorię, którą w praktyce weryfikowaliśmy wiedzą autochtonów spotkanych po drodze. Pomocne okazały się natomiast mapy elektroniczne podróżników 4×4, które znaleźliśmy w internecie. Największy problem mieliśmy z wybraniem właściwej trasy, ponieważ znaki czasem były, a czasem nie. Poza tym sporo dróg jest błędnie oznaczonych na mapie, a ponadto – ze względu na zmieniające się warunki klimatyczne – każdego roku powstają nowe szlaki i skróty, część dróg jest w ogóle nieprzejezdna, część zaś prowadzi w nowym, tylko sobie znanym kierunku. I tak to wygląda. Nieraz, gdy byliśmy przekonani, że poruszamy się zgodnie z planem, po kilkudziesięciu kilometrach wspinaczki po górach dojeżdżaliśmy do malutkiej, zapomnianej wioski, gdzie droga się kończyła. Pikanterii dodawało to, że zdarzały się dni, kiedy podczas jazdy nie spotkaliśmy nikogo, a temperatura w kabinie land rovera dochodziła do 60°C.

Po drugie, musieliśmy tęgo główkować z tankowaniem samochodu. Oczywiście woziłem zapasowe 60 l, jednak czasem, mimo tej rezerwy, było ciężko. Wszystko dlatego, że gdy pokonuje się te drogi pierwszy raz, nie sposób przewidzieć dziennego zużycia paliwa. Przejechanie niektórych odcinków o długości 15–20 km, oznaczonych we wszystkich przewodnikach jako dobre drogi gruntowe, zajmowało nam cały dzień. A land rover na blokadzie mostów był, że tak powiem, spragniony… i pił. Oprócz uzupełniania paliwa i zapasów pitnej wody byliśmy na szczęście samowystarczalni.

Każdego dnia budziliśmy się ze wschodzącym słońcem i opatuleni w polary wypełzaliśmy z samochodu na poranną kawę. Po chwili zadumy zbieraliśmy nasz graciarnik do kupy, składaliśmy łóżko, układaliśmy wszystko w kabinie, by nie latało podczas przechyłów, i sprawdzaliśmy stan olejów, a raczej wycieków (czy oleju cieknie tyle co zwykle, czy więcej). Jeszcze chwila zadumy i poranny spokój przerywał ryk rozgrzewanego przeze mnie silnika. Ten moment stał się dla nas prawdziwym obrzędem. Podróżując po Namibii, nauczyliśmy się jednego: nie ma dnia, żeby nie było jakieś przygody i żeby nie pojawiły się wyzwania. To wspaniałe uczucie, kiedy samochód już jest gotowy do drogi, a ciebie zżera ciekawość, co przyniosą najbliższe godziny.

Jak się codziennie okazywało, nie mieliśmy przerwy od momentów duchowych uniesień. Te setki kilometrów bezdroży były usiane niewyobrażalną ilością kontrastujących ze sobą przyrodniczych cudów. No bo gdzie indziej na świecie w ciągu jednego dnia przejeżdża się przez skaliste szczyty, potem – przez kamienistą pustynię, z której dociera się do rzeki pełnej krokodyli, by po chwili znaleźć się pośrodku bezkresu piaszczystych wydm? I to nie koniec. Za którąś z kolei wydmą wyrasta bowiem kontrastujący ze spalonym piaskiem zielony las kilkusetletnich akacji. A jakby tego było mało, to co kawałek naszym oczom ukazywał się jakiś dodatek, np. lepianka stojąca na środku pustyni, nagie dziecko biegnące po kamieniach w stronę samochodu, ludzie zganiający setki krów w jedno miejsce, żyrafy spacerujące po pustyni, słoń maszerujący po skałach lub tropy lwa w wyschniętej dolinie rzecznej. Nie da się tego objąć, nawet jeśli ma się bogatą wyobraźnię. Wiesz, że widok za każdym wzniesieniem na drodze każe zatrzymać samochód, jednak w żaden sposób nie jesteś w stanie przewidzieć, co tam zobaczysz. Kontrasty przyrodnicze bywają tak ekstremalne, że jednego dnia, wyjeżdżając z pustyni, wdrapaliśmy się na góry, między którymi były ciepłe źródła. I tak, pokryci pustynnym pyłem, zapoceni i przegrzani, znaleźliśmy się w naturalnym skalnym basenie z krystalicznie czystą wodą, gdzie spędziliśmy całe popołudnie.

Co prawda wszędzie można nocować na dziko, bo Namibia to tysiące kilometrów nieogrodzonej dziczy, ale przed wieczorem zazwyczaj staraliśmy się dotrzeć na nocleg na jakiś camping. Camping – to za dużo powiedziane. Są to po prostu miejsca zawsze położone w ciekawej przyrodniczo lokalizacji, gdzie wieczorem zjeżdżają wędrowcy i dzielą się wrażeniami oraz radami co do dalszej drogi.

Zdarzyło nam się jednak nocować na dziko. To był jeden z tych dni, kiedy się przeliczyłem, jeśli chodzi o trasę. Ukryliśmy land rovera pośród gór porośniętych wyschniętymi krzewami. Delikatny dym z ogniska błyszczał w świetle księżyca, a dokoła – bezkresna, głucha cisza… Nic się nie poruszyło, nic nie drgnęło. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że do pierwszych napotkanych ludzi mamy cały dzień drogi.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Nagie (choć nie do końca) plemię

Przemierzając bezdroża i pustkowia Kaokolandu, niemal kilkanaście razy dziennie spotykaliśmy ludzi z plemienia Himba. W całej Namibii jest ich od 20 do 50 tys. Stanowią jeden z odłamów plemienia Herero i używają tego samego dialektu – języka otjiherero. Prowadzą koczowniczy tryb życia zależny od dostępności pokarmu i wody dla wypasanego przez nich bydła. Ich czerwony kolor skóry pochodzi od mieszanki, jaką nakładają na swoje ciało, aby chronić je przed ostrym pustynnym klimatem (palące słońce w dzień oraz przymrozki nocą, mnóstwo kurzu i pyłu w powietrzu, a także silny wiatr). Składa się ona z tłuszczu, skruszonej ochry i ziół. Ludzie Himba twierdzą, że czerwień przypomina ziemię i krew, co symbolizuje w ich kulturze życie.

Kobiety wykonują większość prac domowych, takich jak wypasanie i dojenie bydła, donoszenie wody, budowa domu oraz opieka nad dziećmi, podczas gdy mężczyźni zajmują się polowaniem i dyskusjami przy świętym ogniu. Każda wioska tego plemienia wygląda bardzo podobnie: ogrodzenie z gałęzi drzewa mopane, które ma przede wszystkim chronić przed drapieżnikami, a w środku – 1–3-osobowe domki o konstrukcji z liści palmowych, pokryte mieszanką gliny lub odchodów bydlęcych wymieszanych z wodą i piaskiem, co nadaje im dużą wytrzymałość. W najdalszym zakątku od bramy znajduje się dom wodza plemienia, który odpowiada za podtrzymywanie świętego ognia w rodzinie, jest niepodważalnym wymiarem sprawiedliwości i prowadzi wszystkie uroczystości, takie jak śluby czy pogrzeby.

Małżeństwa u Himbów są planowanie przez dorosłych. Zaraz po narodzinach córki jej przyszły mąż zostaje wytypowany przez rodziców, bez możliwości negocjacji. Przed okresem dojrzewania dokonuje się obrzezania zarówno dziewczynek, jak chłopców. Członkowie tego plemienia wierzą bowiem, że czyni ich to gotowym do małżeństwa.

Tym, co mnie najbardziej urzekło i przekonało w Himbach, jest otwartość na drugiego człowieka. Ogromną radość sprawia im, kiedy ktoś zatrzymuje się przy drodze, zagaduje ich oraz pyta o ich tradycje i obyczaje. Chętnie pomagają ludziom w potrzebie. Co prawda jest to naród pogański, ale nie odczuliśmy z ich strony żadnych złych czy nieżyczliwych intencji.

Cechą charakterystyczną dla plemienia Himba jest bogata biżuteria oraz tradycyjny strój, co prawda skąpy, ale wykonany głównie z naturalnych materiałów, przede wszystkim wyprawionej koziej skóry. W zależności od stanu cywilnego przysługują im różne prawa do ubogacania fryzur czy ozdabiania ciała – głównie obrobionymi kośćmi i skórami. Dorosłe kobiety mają na głowie dready pokryte czerwoną miksturą. Myją się raz w życiu, jedynie przed własnym ślubem. Stąd ich charakterystyczny, niezbyt przyjemny zapach, który dawał się we znaki przy każdym naszym kontakcie z nimi. Ciało perfumują przez okadzanie się dymem z palonej mieszanki pustynnych ziół.

Himba to plemię poligamiczne i zwykle wielodzietne. Na swojej trasie niejednokrotnie spotykaliśmy młode kobiety z dziećmi na plecach. Umieralność dzieci w pierwszych latach życia jest wysoka, głównie z powodu chorób, pasożytów czy ukąszeń przez skorpiony i węże. Bardzo wysokie temperatury w dzień i koczowniczy tryb życia zmuszający do przemierzania kilometrów sprawiają, że czasem trudno określić, czy maluch niesiony na plecach Himby jeszcze żyje czy już umarł.

Życie, jakie prowadzą ci ludzie w tak surowym klimacie, często oddaleni o setki kilometrów od jakiejkolwiek osady, sklepu czy ośrodka medycznego, sprawia, że muszą być samowystarczalni, mimo że głód i choroby nieraz zaglądają im w oczy. Dla nas spotkanie z Himbami to niesamowite doświadczenie i powrót do korzeni. Zetknęliśmy się z prostym i niebezpiecznym, a zarazem pięknym i szczęśliwym życiem.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Kanaan – na końcu świata

Wracamy po krótkiej przerwie. Zanim przejdę do meritum, muszę powiedzieć, że biltong wyszedł mi całkiem dobrze. Ale miał jedną wadę ‒ szybko się przejadł. Tak więc nasze podróżne zapasy (które by wystarczyły chyba na rok) skończyły w szkole dla dzieci z plemienia Himba wysoko w górach, niedaleko wioski Puros.

Tego, co widzieliśmy przez ostatnie 11 dni, nie da się opisać słowami. Ciężko było zrobić zdjęcia, by choć w części oddawały ogrom cudu namibijskiej przyrody. Przyznam szczerze: po Caprivi zdawało mi się, że nic już mnie w takim stopniu nie zaskoczy. Namibia to kraj, który udowadnia ci każdym kolejnym dniem podróżowania, że ciągle widziałeś bardzo mało. Gdzieś pośród kamienistych gór, przeciskając się land roverem po stromych urwiskach, natrafiliśmy na wyryty w skale napis „Kanaan”. Chyba nie można znaleźć innego słowa, by opisać naszą wyprawę. Zdjęcia, które dołączymy w kilku następnych wpisach, i historie, które opowiemy, są całkowicie autentyczne. Z 11 dni podróżowania tylko 8 godzin spędziliśmy na asfaltowej drodze. Tak jak ostatnio naszym domem i najlepszym kompanem w podróży był land rover defender 110 w wersji „african fever”, ze starym benzynowym silnikiem V8. Wszystkim wybierającym się w podróż marzeń chętnie z Pauliną udostępnimy dokładną mapę GPS, zaznaczamy tylko, że w niektóre miejsca można się udawać minimum w dwa auta. My jechaliśmy sami na własną odpowiedzialność. W skrócie ‒ zrobiliśmy duże koło po kraju, objeżdżając Etoshę, udaliśmy się w dolinę rzeki Kunene, następnie wzdłuż granicy ‒ do wodospadów Epupa. Kolejnym punktem było zwiedzanie Kaokolandu i rezerwatu dzikiej przyrody Puros. Stamtąd przenieśliśmy się do słynnego Damaralandu, następnie przez pasmo Brandberg (najwyższe góry Namibii) trafiliśmy w okolice Omaruru i z powrotem do Kambaku.

Zaatakował nas słoń, pokąsały pustynne skorpiony, chodziliśmy po górach z Himbami, krzesaliśmy ogień z plemieniem Damara, przejechaliśmy pustynię i skaliste góry, przekroczyliśmy rzeki pełne krokodyli i na koniec z dachu Namibii spojrzeliśmy na ten piękny świat. Tak jak ostatnio naszą podróż opiszemy w częściach, bo sporo przygód wymaga oddzielnego wpisu. 

Na koniec wstępu dodam jeszcze taką myśl: w czasie naszego pobytu w Kambaku spotykaliśmy ludzi, którzy wracali z takiej podróży po Namibii, jaką my odbyliśmy teraz. Traktowali oni nasz hotel po prostu jako ostatni bastion przed wylotem. Większość z nich to podróżnicy w średnim wieku, nie ukrywali, że całe życie odkładali grosz i planowali każdy szczegół trasy. Teraz już wiem dlaczego. Już w trakcie podróży człowiek czuje, że to jego pielgrzymka po Kanaan. Zachwyt miesza się ze strachem, szacunkiem i dziękczynieniem.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Czas na biltong… i kolejną wyprawę!

Namibijczycy kochają mięso i nie uznają potraw bez jego dodatku. Jak to się mówi: „Sałatki to wymysł Europejczyków”. Przeciętny Owambo potrafi zjeść 2 kg mięsa dziennie w każdej możliwej postaci. Natomiast tradycją w tym samym wymiarze co polska kiełbasa na święta jest biltong. Mięso (niezależnie, z której części zwierzęcia) kroi się na długie, wąskie paski, po czym przyprawia się specjalistyczną przyprawą „biltong cure”, a następnie suszy na słońcu, aż będzie twarde jak kamień. Gdy mieszkańcy Kambaku uzbierają trochę grosza, to pierwszym wydatkiem jest właśnie mięso, z którego robią biltong. Wygląda to nieco śmiesznie, kiedy przed domami zamiast prania w pełnym słońcu prażą się takie skrawki. Odkąd przyjechaliśmy do Namibii, mieliśmy z Pauliną spory ubaw z tutejszej tradycji. Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia postanowiłem kupić na stacji benzynowej „pałeczkę” biltongu o nazwie „chili stripes”. W spożywaniu tego wysuszonego na wskroś specjału jest pewna magia. Z jednej strony już po dwóch minutach walki z paskiem mięsa szczęki odmawiają posłuszeństwa, z drugiej jednak – to niesamowicie wciągające… i smaczne.

Nadszedł czas kolejnej wyprawy. Wyruszamy z Pauliną w 10-dniową podróż naszym zaprzyjaźnionym defenderem. Plan wycieczki to zachód Etoshy, Damaraland, wodospady Epupa, wioska plemienia Himba, Wybrzeże Szkieletowe i Kalahari. A więc (pozdrowienia dla mojej nauczycielki języka polskiego, która zawsze powtarzała mi: „Piasecki, nie zaczyna się zdania od «A więc»”), drodzy czytelnicy, czekajcie na kolejne wpisy, bo będzie o czym opowiadać. Tym razem przygotowania trwają znacznie dłużej. Obszar pustyń i skalistych urwisk jest dużo bardziej wymagający niż dzikie rejony Caprivi. Postanowiliśmy nie kupować prowiantu na grilla, tylko przygotować go samemu. W tym celu przerobiliśmy jedną szynkę z niedawno strzelonego oryksa. Z resztek zaplanowałem zrobić na drogę biltong! Zdobyliśmy tajemniczą przyprawę i – jak to mówią żeglarze – „heja!” Nadszedł czas, że również przed naszym mieszkaniem opodal przydomowej preparatorni zamiast skarpetek suszą się skrawki mięsa z przyprawami.

Na koniec muszę dodać, że już kiedyś zabrałem się za tradycyjne wyroby. Efektem miała być kiełbasa z dzika, a wyszła – jak przechrzciła ją moja mama – kiełbasa atomowa. Przesadziłem wtedy z przyprawami i przewędziłem ten „specjał”. Żal było wyrzucać, a jeść się nie dało, bo posmak soli utrzymywał się w ustach jeszcze następnego dnia. Takie były moje kulinarne początki. Kiełbasa oczekuje więc głęboko na dnie zamrażarki na ciężkie, atomowe czasy. Mam nadzieję, że biltong uda mi się mi lepiej.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej