Wspomnienia wróciły

Niedawno odebrałem od preparatora moje trofea z Białorusi. Muszę przyznać, że wspomnienia wróciły z całą mocą. Aż nie chce się wierzyć, że minął już rok od tego wspaniałego polowania. Teraz mogę potwierdzić to, co mówią myśliwi starsi ode mnie stażem – podchód głuszca na tokowisku to coś, czym nie da się nasycić podczas jednego wyjazdu. Chodzi tu nie tylko o trofeum, lecz także o atmosferę i wielką satysfakcję, jaką przynosi to polowanie. Ale nie powiem, dzięki profesjonalnej robocie Artura mam dwa śliczne trofea, które każdego dnia przypominają mi, co przeżyłem za wschodnią granicą. Jestem pewien, że powtórzę te łowy, może już w przyszłym sezonie, bo – szczerze mówiąc – taka przygoda na wiosnę daje kopa i energię na cały myśliwski sezon.

Kibicuję mocno wszystkim, którzy w tym roku wybierają się z nami na głuszce. Właściwie najbardziej trzymam kciuki za dobrą, bezwietrzną pogodę, ponieważ ona stanowi klucz do sukcesu na tym polowaniu. Głuszec, mimo że to wielki ptak, w okresie toków wykazuje dużą wrażliwość na zmiany pogodowe. Na szczęście, gdy ciśnienie się waha i wieje wiatr, nadchodzi czas na integrację myśliwych, która też jest nieodzownym elementem łowów na Białorusi.

Niech białoruski bór darzy wszystkim uczestnikom tego pięknego polowania!

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Pieśń głuszca – prolog wybuchu wiosny

W oczekiwaniu na czerwiec i powrót do Kambaku poniosło mnie dla odmiany na Wschód, a dokładniej – na pogranicze Białorusi i Rosji. Obwód szumiliński słynie z mocnej populacji głuszca. Wybrałem się tam nie w byle jakim towarzystwie, bo z człowiekiem, który od 25 lat co wiosnę uczestniczy w tokach tych królewskich ptaków. Śmiało można powiedzieć, że zjadł zęby na głuszcach, cietrzewiach i ciągnących słonkach. Już przed wyjazdem wiedziałem, że zapowiada się ciekawa wyprawa. To był mój pierwszy wyjazd myśliwski na Wschód, ponadto z człowiekiem legendą tych dzikich stron.

Przygoda zaczęła się tak naprawdę już na granicy. Przekraczaliśmy ją samochodem. Dopiero wtedy spotkałem się z ustrojem politycznym, który znam tylko z opowiadań. Po wypełnieniu pozwoleń, zaświadczeń i kart informacyjnych oraz pokazaniu legitymacji, zezwoleń, certyfikatów, paszportów, konfirmacji i wielu innych dokumentów zdałem sobie sprawę, że przekraczanie sformalizowanej, według mnie, granicy Namibii to pikuś w porównaniu z naszą wschodnią ścianą. Później w osłupienie wprawił mnie widok morza kanciastych bloków mieszkalnych, wszystkich takich samych, wyrastających z pustkowia na wysokość 40 m i więcej jak jakieś statki kosmiczne. Brześć, później Mińsk, w końcu Witebsk – królestwa płyty żelbetu, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu „zdobiła” Polskę. Z kolei im dalej od wielkich miast, tym mniej ludzi, a coraz więcej pustych domów. Ma się wrażenie, że małe wioski umierają śmiercią naturalną.

Całą drogę Pan Andrzej Zdunek opowiadał, jak wygląda polowanie, które ja znałem tylko ze starych myśliwskich opowiadań. Emocje narastały, adrenalina utrzymywała mnie w skupieniu za kierownicą. Po jakichś 12 godzinach podróży osiągnęliśmy cel! Jednak to nie koniec formalności, ponieważ trzeba jeszcze zarejestrować broń na policji, żeby rano móc polować. Ostatecznie zostało nam 1,5 godziny snu przed pierwszym wyjściem. Ani się obejrzałem, a już w gumowcach wypatrywaliśmy naszych przewodników. Ci po przyjeździe najpierw wyciągnęli plik dokumentów, na których musieliśmy złożyć kilka podpisów.

W końcu upakowani w ładzie nivie jak sardynki w puszce ruszyliśmy na łowy. Polowanie na głuszce zaczyna się kilka godzin przed wschodem słońca. Na tokowisko rozpoznane dużo wcześniej przez miejscowych myśliwych zazwyczaj trzeba podejść jeszcze po ciemku. Potykając się co chwilę, brodząc w bagnie i wodzie po kolana, szliśmy 40 minut w głąb torfowiska. Zatrzymaliśmy się ok. 50 m od miejsca, w którym miały się zacząć toki. Było ciemno i cicho… Przynajmniej tak mi się zdawało. Przewodnik o imieniu Dima oraz Pan Andrzej już pokazywali sobie gestami, skąd dobiega klapanie głuszca. Zostałem przygotowany na taki obrót sprawy, ponieważ nieraz myśliwi wspominali, że na początku nic nie słyszeli i myśleli, że to jakieś gierki przewodników. Widać ucho musi najpierw zarejestrować ten subtelny dźwięk klapnięcia, by zacząć go wyłapywać z otoczenia. Po półgodzinie wreszcie i mnie dobiegł z korony skarłowaciałej, bagiennej sosny odgłos przypominający odkorkowanie butelki wina. Serce szybciej mi zabiło, jednak Pan Andrzej zbliżył się i powiedział: – Spokojnie. Czekamy, aż zacznie dawać pełną pieśń, inaczej nie mamy szans przy podchodzie.

Tak więc staliśmy zanurzeni w bagnie, a głuszec co kilka minut klapał raz czy dwa. O 5 rano przyszedł mróz, który skuł wszystko lodem. Czułem, jak na brodzie zaczęły mi powstawać zmrożone grudki. Z wczorajszych opowiadań wiedziałem, że to fatalny znak, bo wiatr, mróz, skrzypiący śnieg i skoki ciśnienia uciszają całe toki. Koguty siedzą wtedy na drzewach, ale nie wykonują całej pieśni. Wówczas doświadczony myśliwy po wschodzie słońca powinien spokojnie się wycofać, żeby nie płoszyć ptaków, których i tak nie podejdzie na strzał. Właśnie tak zrobiła nasza drużyna. Jednak w drodze powrotnej rozległe na kilka kilometrów torfowisko wysokie odwdzięczyło się czymś wspaniałym. Nad głowami przeleciał nam głuszec i kilkaset metrów dalej rozbrzmiała pełna pieśń, która zakończyła się hukiem, trzaskiem i łopotaniem. Odgłos przypominał ten, gdy dwa byki łosia sczepią się łopatami. Byłem w głębokim szoku, kiedy dowiedziałem się od Pana Zdunka, że to dwa walczące koguty. Dima przypuszczał, że gdzieś tam musiała się znajdować kura, stąd to chwilowe ożywienie toku. Gdy opuszczaliśmy torfowisko, znaleźliśmy świeże tropy rysia, który również polował na koguty tego poranka. Ciekawe, czy miał więcej szczęścia.

Wieczorem polowaliśmy na ciągach słonek – piękne łowy, trochę bardziej na luzie i z humorem. Następnego dnia kolejna próba z królewskim ptakiem. Tym razem ranek wyglądał całkiem inaczej. Co prawda trzymał lekki mróz, ale w powietrzu dało się wyczuć wiosnę. Przewidywałem, że to mój dzień. Wybraliśmy się w zupełnie inne miejsce. Tokowisko znajdowało się w typowym borze sosnowym, niczym nieróżniącym się od tych, które znam z polskich łowisk. Pod osłoną nocy podeszliśmy w miejsce, skąd powinniśmy usłyszeć koguty. Nawet moje jakby wrażliwsze już ucho zarejestrowało ruch w koronach. Jak się później okazało, były to młode osobniki, które nie tokują, ale przylatują i podglądają starsze samce. Trzeba bardzo uważać, by nie spłoszyć takiego obserwatora, bo startujący z drzewa głuszec robi straszny harmider. Co ciekawe, te ptaki mają tak twarde skrzydła, że lecąc przez las, nie omijają gałęzi, lecz po prostu przez nie przelatują. Start albo lądowanie głuszca brzmi tak, jakby ktoś runął całym ciężarem w kupę poskładanych gałęzi. Aż trudno uwierzyć, że ten subtelny i majestatyczny ptak potrafi narobić takiego hałasu.

Nagle nadszedł kluczowy moment rozpoczynający prawdziwe emocje. Przez tok przeleciała kura ze swoim charakterystycznym „koh, koh, koh”. Obecność samicy tak rozgrzała koguty, że musieliśmy tylko chwilę poczekać, a już mieliśmy trzy klapiące ptaki. Na początku klapanie było nieśmiałe. Staliśmy bez ruchu, a Dima wsłuchiwał się dokładnie w każdego samca. Dla podprowadzającego to decydujące kilka minut. Głuszce zaczynają pieśń kwadrans przed resztą ptactwa witającego pierwszą zorzę i wstające słońce. Gdy nadchodzi moment wybuchu wiosennego śpiewu ptaków (które przepowiada głuszec), jest tak głośno, że trudno wyłapać i zlokalizować subtelny śpiew głuszca. Tak więc Dima i Pan Andrzej w głębokim skupieniu analizowali pieśń każdego koguta.

Nagle jeden z osobników, których słuchaliśmy, zaczął regularnie wykonywać pieśń za pieśnią. Doświadczone oczy wymownie na mnie spojrzały, dając znak do rozpoczęcia podchodu. Teraz ruszyliśmy już tylko we dwóch. Klapanie, korek i szybko dwa kroki. Za pierwszym razem zrobiłem nieopatrznie trzy, ale dwa palce uniesione energicznie w górę szybko mnie postawiły do pionu. Do koguta mamy jakieś 150 m, jednak od samego początku musi być synchronizacja. Kolejne metry dzielące nas od głuszca pokonujemy jak sobowtóry. Stoimy bez najmniejszego ruchu w trakcie klapania koguta, a w momencie, kiedy kończy korkować, stawiamy dwa wielkie kroki, by znów zamrzeć w bezruchu. Serce wali coraz szybciej, a trudny podchód uczy pokory wobec tego polowania. Znajdujemy się już w takiej odległości, że wyraźnie słyszę szlif. Teraz rytm naszego podchodu wreszcie układa się mi w jedną całość. Kogut jednak nie należy do najmłodszych i zaczyna nas sprawdzać – robi dłuższe przerwy między klapnięciami, co jakiś czas po korkowaniu nie przechodzi w szlif. Pan Andrzej przygotował mnie wcześniej na taką sytuację, więc na razie skutecznie wyłapujemy, gdy kogut, zamiast szlifować, rozgląda się dokoła, czy nic się nie zmieniło. „Niezły cwaniak – wie o tym, że szlifując, głuchnie”, myślę podczas kolejnej zmyłki.

Dzielą nas ostatnie dziesiątki metrów. Zaczynam się zastanawiać, czy podołam i nie spudłuję. Bo choć to duży ptak, to emocje równie wielkie. Nagle odgłos samca się zmienia i zaczyna dobiegać jakby znad naszych głów. Stoimy bez ruchu i staramy się zorientować w sytuacji. Krótka komunikacja niewerbalna w trakcie szlifu i już rozumiem. Kogut tokował odwrócony do nas tyłem, dlatego zupełnie błędnie go zlokalizowaliśmy. Kiedy zmienił pozycję, okazało się, że siedzi kilkanaście metrów za mną na gałęzi. Przeszliśmy pod nim i go nie zauważyliśmy!

W czasie następnego szlifu robię zwrot i namierzam głuszca tokującego na gałęzi może ze 12 m ode mnie. Jest czysto wystawiony, a przyrządy zgrałem już na jego piersi. W pierwszej chwili chcę pociągnąć spust, ale w głowie brzmi mi krzyk Pana Andrzeja sprzed dwóch dni: – Pamiętaj, cokolwiek by się działo, strzelaj tylko pod szlif!!! Więc czekam. To chyba najdłuższa pieśń. Wreszcie zaczyna szlifować. BACH!!! Kogut runął z drzewa, jakby ważył kilkadziesiąt kilo, i głośnym walnięciem o ziemię upewnił mnie, że już po wszystkim. Zaraz po strzale nie ma czasu na okrzyki i opadnięcie emocji. Podbiegamy do ptaka, bierzemy go ze sobą i spokojnie, acz zdecydowanie, opuszczamy tok, by nie spłoszyć reszty tokujących samców.

Po tym sukcesie został mi jeszcze jeden poranek do wykorzystania i całe szczęście, bo wróciłem do Polski z wielką białoruską trójką – głuszcem, cietrzewiem i słonką.

Może nie napiszę słów: niesamowite, niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju, bo to za mało, a chyba nadużywam tych określeń na blogu. Łowy na głuszca nauczyły mnie wielkiej pokory. Jechałem na Białoruś z przeświadczeniem, że głuszec to głośny, oklepany temat, i myślałem, że polowanie musi być ciekawe, jednak trochę na zasadzie: idę, biorę i wracam. A po wszystkim ugięły się pode mną kolana. Nie mogę wyjść z podziwu dla tego pradawnego ptaka, który z jednej strony jest wielki i głośny, a z drugiej – subtelny i wrażliwy. Emocji towarzyszących myśliwemu na tych łowach nie można z niczym porównać. Koguty tokujące w dzikich ostępach zabagnionych torfowisk, pokrytych rachityczną, prastarą sosną, to obraz, który pozostanie ze mną do końca życia. Cieszę się podwójnie, bo uświadomiłem sobie, że czeka mnie jeszcze wiele zaskoczeń, a myśliwski świat nie kończy się na dzikich stadach antylop.

Zachęcam do przeczytania artykułu w jednym z następnych wydań , w którym już bez emocji, na sucho postaram się przedstawić kwestie związane z użytkowaniem i ochroną głuszca przez białoruskich myśliwych.

Jakub Piasecki
 

PS Istotną kwestię stanowi wybór zewnętrznego koguta na tokowisku oraz takiego, który regularnie daje pieśni kończące się szlifem. Gdy samiec szlifuje, staje się ślepy, głuchy i zupełnie niewrażliwy na bodźce zewnętrzne. To jedyny moment, kiedy można próbować podchodu i strzału. Kluczowe znaczenie w całym polowaniu na głuszce ma świadomość, czym jest szlif, i wyczucie rytmu tokującego koguta. Jeżeli myśliwy tego nie zrozumie, to w ogóle nie powinien podchodzić ptaka. Z tym że na początku trzeba w pełni zaufać podprowadzającemu, który ma bardziej wyczulone ucho na chwilę, w której samiec zaczyna szlif.

 

Czytaj więcej