Czy mamy prawo uczyć inne kraje ochrony przyrody?

Tytuł już sugeruje, do czego będę stopniowo zmierzał w tych kilku zdaniach. Jednak chciałbym ten temat nieco bardziej rozwinąć. Zacznę od ciekawej informacji, która później posłuży mi za przykład. Otóż Namibia i Zimbabwe rozszerzają możliwość polowania selekcyjnego na przedstawicieli wielkiej piątki. Od dłuższego czasu odbywają się łowy na słonie, których zagęszczenie w pewnych rejonach obu tych krajów wzrosło kilkudziesięciokrotnie na przestrzeni ostatnich 10 lat (pisałem już o tym na blogu). Niedawno na listę gatunków objętych odstrzałem selekcyjnym trafił bawół afrykański. Otóż okazuje się, że bardzo wiekowe byki, zwane dagga boyami, nie są atrakcyjne dla trofealnych myśliwych. Brak zainteresowania tymi bawołami doprowadził do postarzenia populacji, co przełożyło się także na pogorszenie funkcjonowania stad – stare osobniki są agresywne, zajmują terytorium, a nie spełniają już swojej reprodukcyjnej funkcji.

Motywację myśliwych poniekąd da się zrozumieć, ponieważ płacą fortunę za polowanie np. w Caprivi, więc chcieliby przywieźć okazałe trofeum, a nie stare, zniszczone rogi – ten rodzaj trofeum jest piękny tylko dla części z nas, która traktuje go jako symbol przygody, a nie patrzy pod kątem cali na wycenie medalowej. Właśnie na takie stare byki od niedawna można zapolować za 1/3 ceny. Niska kwota wynika z tego, że odpada nam dokumentacja eksportowa trofeum, które jako pozyskane selekcyjnie zostaje w kraju (na tym to polega – gdybyśmy chcieli zabrać je ze sobą, będzie to już polowanie trofealne. Na dobrą sprawę trzeba by je zakontraktować wcześniej, a jego cena znacząco poszybuje w górę). Przypomnę tylko, że Caprivi to obszar północno-wschodniej Namibii mieszczący się w dolinach rzek Okawango, Kwando i Zambezi, w pełni dziki i podzielony jedynie na obszary koncesyjne, gdzie można polować, oraz wyłączone z łowieckiej aktywności parki narodowe. To miejsce można by nazwać jedną z kilku afrykańskich mekk myśliwych.

Wracając do tematu polowania selekcyjnego na dagga boya – jest to świetne rozwiązanie pozwalające gospodarować populacją w zrównoważony sposób, a jednocześnie oferować komercyjne polowanie grupie koneserów. To kolejny z afrykańskich pomysłów na zarządzanie dzikimi zwierzętami, o którym wspominam na blogu. Przypomnę, że publikowałem już wpisy o polowaniu selekcyjnym na antylopy, o selekcjonowaniu słoni, o odstrzale trofealnym starego nosorożca czarnego za niebotyczną kwotę oraz o tworzeniu obszarów koncesyjnych przy parkach narodowych. O dobrych efektach tych strategii mówią liczby i jakość osobnicza populacji poszczególnych gatunków. To są fakty, na które zwraca uwagę świat nauki. Niedawno w piśmie „Science” ukazał się podpisany przez ponad 100 naukowców artykuł traktujący o pozytywnym wpływie trofealnych polowań komercyjnych na populacje różnych gatunków zwierząt oraz rozwój społeczności lokalnej.

Dla kontrastu weźmy nasze żubry i łosie. Obydwa te gatunki ze względu na przegęszczenie w niektórych obszarach naszego kraju proszą się o redukcję, o czym trąbią naukowcy. Bez problemu dałoby się zorganizować polowania komercyjne, środki z nich mogłyby zaś zostać przeznaczone na gospodarowanie populacją – w przypadku łosi np. na ochronę upraw leśnych przed zgryzaniem, a w przypadku żubrów na dokarmianie zimowe. Niestety realia są takie, że potrafimy jedynie wzmacniać PR instytucji zajmujących się tymi gatunkami, ale nikt nie jest na tyle odważny, aby przyznać, że nadszedł też czas na rozsądną regulację. Konsekwencje powoli się zaczynają: konflikty z rolnikami, kolosalne koszty ochrony drzewostanów i płodów rolnych, grzybica skóry u łosi, gruźlica czy nagłośniona ostatnio telazjoza u żubrów itp. Przykładów zapewne znalazłoby się więcej.

Pójdźmy dalej – co z populacjami głuszców i cietrzewi? Gdy tylko kończy się projekt reintrodukcji, brakuje środków i pomysłu na to, co zrobić dalej, a w rezultacie drapieżniki mają egzotyczny obiad. Można by więc zapytać o funkcjonowanie całej administracji przyrodniczej. Jaki ma sens wydawanie milionów złotych na odtwarzanie gatunków, które naturalnie ustąpiły, skoro brakuje pieniędzy w budżecie, żeby się zająć obecnie zamieszkującymi nasze tereny? Jak sobie radzimy z problemem zagęszczenia wilków? Odpowiedź jest prosta – nie radzimy sobie w ogóle, środowisko naukowe kłóci się o dane inwentaryzacyjne, a osobniki hybrydowe coraz bardziej dają o sobie znać w całym kraju. Zaczynają obowiązywać nowe trendy w behawiorze i diecie tego gatunku, a my zatrzymaliśmy się na etapie wiedzy książkowej o tym, że „wilk robi świetną selekcję, polując na osłabione osobniki”. Historie o nieprzewidywalnych zachowaniach watah czy lokalnej eksterminacji saren, muflonów czy danieli nie budują wizerunku, więc nie ma odważnych, żeby podjąć ten wątek.

Można dyskutować, z której strony spojrzeć na dane zagadnienie, jednak trudno się spierać o to, że w kraju występują problemy dotyczące dzikich populacji zwierząt. W przeciwieństwie do krajów afrykańskich nie podejmujemy działań, tylko mędrkujemy i się kłócimy między sobą. Najgorsze jest to, że próbujemy uczyć inne nacje ochrony przyrody, choć nie radzimy sobie na własnym podwórku. Piszę to w kontekście kampanii antyłowieckich podejmowanych przez polskie instytucje i środowiska naukowe w odniesieniu do gatunków zamieszkujących inne kraje. Czy gdy nie znamy lokalnych realiów i uwarunkowań społecznych, nie powinniśmy pilnować bardziej swego nosa?

Ostatnio zbulwersowały mnie pojawiające się komentarze o tym, jak Białorusini powinni podchodzić do gospodarowania głuszcami i cietrzewiami, a także na które z gatunków afrykańskich powinno się polować, na które zaś nie. Niedawno byliśmy nacją nienawidzącą pouczania, ale szybko przyjęliśmy zachodni styl. Jak pokazują przykład Białorusi, gdzie populacja głuszców ma się bardzo dobrze (w przeciwieństwie do naszej), czy odważne oraz przemyślane działania krajów afrykańskich, czasem lepiej, zamiast pouczać, przyjąć postawę pokory i spojrzeć krytycznie na własny dorobek.

Jakub Piasecki, Fot. arch. Biura Polowań Argali

Czytaj więcej

Safari na horyzoncie

Marzec zwykle żegna nas w Polsce piękną wiosną, świeżym powietrzem oraz nastrojem budzącego się życia i nadziei. Tymczasem po drugiej stronie równika końcówka marca oznacza wyrok – deszcz już raczej nie spadnie… Ten rok okazał się wyjątkowo skąpy w opady i wystawił mieszkańców buszu północno-wschodniej Namibii na kolejną próbę. W październiku w obwodzie łowieckim w Kambaku trzeba będzie na pewno zintensyfikować odstrzał, szczególnie gatunków w pierwszej kolejności reagujących na brak pożywienia, czyli elandów i gnu błękitnych.

Ten sezon zapowiada się bardzo ciekawie. Jeżeli św. Hubert pozwoli, to na blogu pojawią się relacje z Białorusi, ze słoweńskich Alp, z Namibii i miejsca, na które czekam najbardziej – Zimbabwe. Na myśl o bezkresnych przestrzeniach dzikiego buszu okolic Hwange serce wyrywa mi się z piersi.

Koniec zimy sprzyja sentymentalnym nastrojom i wspomnieniom. Pamiętam, jak poznałem mojego afrykańskiego przyjaciela, właściciela farmy Kambaku, na polowaniu na byki na Mazurach. Prawie 10 lat temu po raz pierwszy zabrał mnie w podróż życia. Przed moim inicjalnym wyjazdem na podbój Czarnego Lądu powiedział mi, wówczas jeszcze młodemu studentowi leśnictwa: „Zobaczysz, Afryka uzależnia”. I uzależnienie trwa. Dostrzegam je nie tylko u siebie, lecz także – ze względu na swoją profesję – u wielu kolegów po strzelbie. Czasem jestem świadkiem, jak afrykański bakcyl pojawia się znikąd i całkowicie zmienia łowieckie upodobania któregoś myśliwego. Swoją drogą czerpię ogromną satysfakcję, kiedy udaje mi się kogoś zarazić uzależnieniem od Afryki. Pod odpowiednią kontrolą jest ono bardzo pozytywne i poszerza horyzonty. Mój afrykański nałóg, niestety, wymknął się spod kontroli. Przytępione na co dzień zmysły budzą się, gdy tylko na horyzoncie pojawi się widmo dobrego safari. Zastygnięte mięśnie nagle dostają zastrzyk adrenaliny i chcą znów ruszyć trzycyfrową masę przez gęsty busz. Zszarzała od codzienności sylwetka nagle przybiera jaskrawych barw i pełnego, zdecydowanego wyrazu.

Tak, Afryka uzależnia. Najgorsze i zarazem najlepsze w tym uzależnieniu jest to, że nawet kontrolowane stopniowo postępuje. Gdy tylko podołamy jednemu wyzwaniu, od razu na horyzoncie pojawia się kolejne, które spędza sen z powiek. Konieczność wystawienia naszych łowieckich umiejętności na coraz bardziej zaskakującą próbę pozwala się wspiąć na wyżyny wydolności fizycznej i emocjonalnej. Wszystko okraszone niebezpieczeństwem, nieprzewidywalnością i poczuciem powrotu do korzeni myślistwa, co sprawia, że polowanie w dzikich zakątkach Afryki całkowicie pochłania.

Uczucie towarzyszące myśliwemu stojącemu oko w oko z szarżującym dzikim bawołem oraz podmuch tej siły, która zmiata wszystko przed sobą, zmienia nieodwracalnie. Pragnienie strachu, piękna, potęgi przyrody i adrenaliny co chwilę się budzi, nie daje odpocząć i cały czas ciągnie ku nowemu wyzwaniu. Kieruje na drogę poświęceń i wyrzeczeń. Wszystko po to, żeby w końcu przeżyć kolejną noc pod rozgwieżdżonym afrykańskim niebem.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Newsy z namibijskiego buszu

Końcówka sezonu była bardzo burzliwa dla nas wszystkich. Informacje z łowieckiego świata i pełne zwrotów akcji wydarzenia na myśliwsko-politycznej scenie wywoływały mieszane emocje o takiej sile, że chyba nawet najspokojniejszym puściły nerwy. Trzeba mieć nadzieję – choć, jak mówią, jest ona matką głupich – że kolejny już przewrót i zmiana u sterów naszej władzy okażą się na jakiś czas ostatnie. Czekają nas przedłużenia umów dzierżaw obwodów łowieckich i zapewne przy tym znów nam skoczy adrenalina, bynajmniej nie z przyczyn przyrodniczych. Powiem szczerze, że brakuje mi słów na komentowanie tego wszystkiego, co się wokół naszej pasji dzieje. Lepiej w ramach przerwy od polityki przenieść się na chwilę na Czarny Ląd. Być może te kilka newsów z Afryki kogoś zainteresuje i na chwilę pozwoli wyjść poza nasze pełne niezgody podwórko.

Zmiany klimatyczne dają się we znaki nie tylko nam. W Kambaku ciągle czekają na deszcz z nadzieją, że marzec odmieni sytuację, która wygląda, delikatnie mówiąc, kiepsko. Wszystkie gatunki zamieszkujące sawannę wyjątkowo szybko zaczęły wydawać potomstwo, co przez chwilę wróżyło szybką i obfitą porę deszczową. Niestety, do dziś rejon Waterbergu dostał ok. 150 mm deszczu, co w zestawieniu z wynikami z poprzednich lat, oscylującymi między 550 a 950 mm, jest tragedią. Rozpoczęła się wegetacja, jednak część roślin zaczyna usychać. Wszelka ilość świeżej trawy w zasadzie podlega spożyciu na bieżąco przez pokaźne stada roślinożerców. Jeżeli deszcz pojawi się obficie w marcu, a jesień spóźni się jak pora deszczowa, to sytuacja ma szansę się unormować. Jeśli jednak spóźnionemu deszczowi będzie towarzyszyć załamanie temperatur, to o przyroście masy zielonej możemy zapomnieć.

Sytuacja z nienadchodzącą w terminie porą deszczową przełożyła się na kondycję niektórych antylop. W ostatnich miesiącach nasiliły się zachorowalność na wściekliznę i spowodowane przez nią upadki wśród kudu oraz elandów. Odmiana tej choroby u antylop dotyka szczególnie samotne, dorosłe osobniki. Przenosi się w układzie horyzontalnym bez konieczności ugryzienia. Istnieją różne hipotezy dotyczące transmisji wirusa, ale dochodzi do niej prawdopodobnie przez kontakt ze śliną pozostawianą na zgryzanych pędach akacji (jej kolce mogą naruszać ciągłość błon wewnątrz jamy gębowej, przez co otwierają dostęp chorobotwórczym mikroorganizmom) lub na lizawkach w miejscach dużych koncentracji zwierząt bądź też podczas wzajemnego wylizywania się zwierząt w ramach zachowań socjalnych. Jak mówią Namibijczycy, nie bez znaczenia prawdopodobnie są też osłabiające organizm toksyny wydzielane przez regularnie zgryzane krzewy.

Zarówno myśliwym, jak i wszystkim turystom wybierającym się do Namibii muszę przekazać wiadomość mnie osobiście bulwersującą. Zasady i wymogi odnośnie do wydawania wiz w ambasadzie Namibii w Berlinie, pod którą podlegają turyści z Polski, znowu się zmieniły. To już chyba taka tradycja, że z początkiem nowego sezonu wyjazdowego możemy popaść w kompleksy, patrząc, jak nasi zachodni sąsiedzi bez skrępowania wsiadają w samolot i z automatu dostają wizę na granicy Namibii. W tym roku polski turysta musi nie tylko liczyć się z wysokimi opłatami, kilogramami dokumentów i poświadczeń oraz problemami z obsługą konsularną, lecz także postarać się jeszcze o gwarancję bankową w języku angielskim od swojego prywatnego banku i poświadczyć ją saldami konta z ostatnich trzech miesięcy. To nie żart, takie wytyczne znajdują się na stronie ambasady. Rozsądny człowiek od razu pomyśli: „Chyba nas tam nie lubią”. Z moich informacji wynika, że ten problem już podnosili w Namibii organizatorzy turystyki nastawieni na grupy z Polski, niestety na razie bezskutecznie. Wszystkim wybierającym się tam powiem tylko tyle – trudności kończą się w samolocie, a później zostają wyłącznie radość, gwieździste niebo, stada antylop i piękno tego niepowtarzalnego kraju.

Na koniec wieści o szczególnie poszukiwanej przez miłośników trofeistyki antylopie, czyli antylopowcu szablorogim, zwanym „szablą”. Jestem pełen nadziei, że najdalej w ciągu najbliższych dwóch sezonów łowieckich będziemy mieć możliwość pozyskania tego gatunku na bardzo dobrych warunkach, niespotykanych nigdy dotąd. Powód spadającej ceny tej pięknie urożonej antylopy to duże zainteresowanie myśliwych. Niegdyś ten gatunek należał do bardzo ekskluzywnych i szczególnie drogich w odstrzale, co wynikało, oczywiście, z trudności w hodowli oraz ograniczonej liczby dojrzałych byków do odstrzału. W odpowiedzi na znaczny popyt łowiecki farmerzy w RPA zaczęli masowo hodować te zwierzęta. Jeden za drugim wpuszczali stada rozrodcze, nad którymi roztaczali szczególną pieczę, licząc na dobry zarobek w przyszłości. Założone stada jednocześnie weszły obecnie w taki wiek, że nie opłaca się już trzymać dojrzałych byków, więc ceny poszły w dół i „szabla” pojawiła się jako pakietowy dodatek do bawołu czy lwa. Sytuacja hodowlana na farmach w RPA automatycznie wpłynęła na obniżenie ceny na konkurujących obszarach otwartych z koncesją parków narodowych. Tak więc jeśli któryś z kolegów śni nocami o pięknych karbowanych rogach wygiętych w kształt szabli, to dobry moment, aby podążyć za marzeniami.

Antylopowiec szablorogi w Namibii naturalnie występuje jedynie na obszarze regionu Caprivi na północnym-wschodzie kraju (w 2013 r. nazwę tego charakterystycznego wąskiego pasa zamieniono na Zambezi), ale podobnie jak w RPA został sztucznie wsiedlony na wielu farmach myśliwskich. W Kambaku jednak go nie ma. Naturalnym środowiskiem tego gatunku jest sawanna drzewiasta o bardzo urozmaiconej roślinności, typowa właśnie dla terenów Caprivi, obszaru niemal całej Botswany, północno-wschodniego RPA oraz północno-zachodniego Zimbabwe. Polowanie na bawołu oraz na „szable” w państwach, gdzie oba gatunki występują naturalnie, to iście królewskie połączenie.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Buffalo

„Musimy się przyzwyczaić do tego, że przed najważniejszymi skrzyżowaniami naszego życia nie ma żadnych znaków ostrzegawczych”.

Ernest Hemingway

 

Myśliwy nastawił się już na powrót do obozu z pustymi rękami. Albo raczej z pustą paką terenowego land cruisera. To był wbrew pozorom poranek obfitujący w emocje, choć próżno szukać satysfakcji na młodej brodatej twarzy, przyozdobionej w wymowny grymas. Jeszcze gdy słońce miało kilkadziesiąt minut do wschodu, myśliwi próbowali szczęścia z wielkim stadem bawołów. Najpierw łowcy wyszły na strzał tylko krowy, później po szybkim podchodzie blat wystawił młody byk. Stał idealnie, a krzyż lunety już tańczył na łopatce. Na widok wielkiej bawolej czapy, przypominającej bojowy hełm, myśliwemu z trudem przyszło ustabilizowanie broni, mimo że odgrywało to małą rolę, ponieważ dystans zaledwie kilkunastu metrów był do wzięcia nawet przy tej naturalnej paralaksie. Niestety, nie padła wyczekiwana komenda: „Strzelaj!” – byk, choć piękny i masywny, to ciągle za młody, by rozpatrywać go w łowieckich kategoriach.

Kiedy znowu udało się podejść stado i znowu wprawne afrykańskie oko podprowadzającego nie wyselekcjonowało żadnego osobnika, nasz bohater zdążył się pogodzić z myślą, że jeszcze nie tym razem spełni swoje marzenie. Siedząc zapocony na pace toyoty walczącej w głębokim piachu, sam nie wierzył w to, jakim emocjom się poddaje. Przecież już tyle widział na polowaniach, które trudno nawet zliczyć, więc powinien mieć wykutą jak paciorek zasadę, że nadzieja umiera ostatnia, a łowy są nieprzewidywalne. Mało tego – ile to razy sam stał po drugiej stronie i uspokajał myśliwych, których podprowadzał. Uśmiechnął się do siebie w duchu na myśl o emocjach, którym ulega, a które sam zwalcza u polujących kolegów.

– Spróbujemy jeszcze w jednym miejscu – padła komenda afrykańskiego przyjaciela.

Przy wodopoju znajdowały się wczorajsze tropy stada. Drużyna sprawdziła szczególnie atrakcyjne dla bawołów miejsca, jednak w żadnym z nich nie było wypatrywanych czarnych sylwetek afrykańskich agresorów. Charakterystyczne wzruszenie ramionami trackera dało sygnał całej załodze do odwrotu.

Właściwie tu historia powinna się zakończyć, a łowcy – wrócić do obozu i przy kawie wspominać emocje poranka. Jednak wręcz nadludzkie oczy przysypiającego na pace terenówki trackera zmieniły bieg tego dnia. Raptownie zatrzymał samochód wyraźnie pobudzony i machnął ręką w kierunku zimbabwejskiej dżungli. To, co on zobaczył gołym okiem, myśliwi ledwo dojrzeli w lornetkach. Jakieś 400 m od drogi między gałęziami słońce oświetlało wielkie bawole rogi. Z ułożenia łba przewodnik wywnioskował, że zwierz leży, z kolei urożenie było tak okazałe, że nawet Europejczycy nie musieli pytać, czy to byk czy krowa. Skończyły się żarty i śmiech na cruiserze. Podprowadzający w mgnieniu oka przeszedł metamorfozę. Żadnych słów, tylko wymowna komunikacja wyraźnymi gestami. Nagle się okazało, że kolorowa zbieranina różnych ludzi to doskonała machina myśliwska, w której każdy pracuje niczym przesmarowany tryb. Nie minęła chwila, a ucichł odgłos ładowanej broni i myśliwi ruszyli gęsiego ku przeznaczeniu. Z przodu tracker, za nim podprowadzający, później kolejno nasz bohater, jego kompan i obstawa tyłów. Jednak na polowaniu nigdy nie jest do końca tak, jak sobie zaplanuje łowca. Między pretendentem do strzału a leżącym starym bykiem zgromadziła się reszta stada. Na domiar złego stojące do tej pory powietrze zaczęły nawiedzać podmuchy wiatru zza pleców myśliwskiej drużyny. Po trzecim tragicznym podmuchu znajdujące się z przodu krowy zawróciły całe stado. Podprowadzający od razu odkręcił się do myśliwego i uspokoił go gestem, zapewniając o dalszej próbie podchodu. Jakby przeczuwał, co za dramat rozgrywał się w młodym, choć już bogato doświadczonym łowiecko Europejczyku.

Po 15 minutach znowu ruszyli krok za krokiem, opanowani i pełni spokoju. Nagle tracker padł błyskawicznie na ziemię, a za nim, nie pytając, reszta drużyny. 30 m przed nimi za krzakami ukazała się krępa sylwetka czarnego zwierza czujnie patrolująca okolicę. Myśliwi podczołgali się w cień akacji, gdzie każdy przyjął dogodną pozycję, by wtopić się w tło gałęzi masywnego drzewa. Minuta leciała za minutą, a w afrykańskim skwarze muchy mopani testowały silną wolę białych myśliwych. Nasz bohater zastygł w pozycji klęczącej oparty o swój winchester. Można by napisać oddzielne opowiadanie o tym, co się działo w jego głowie. Czy to już? Czy to właśnie ta chwila, na którą czekał całe życie? Czy za moment wydarzy się coś, o czym marzył, odkąd pierwszy raz postawił stopę na Czarnym Lądzie? Pozycja klęcząca chyba była dla niego nieprzypadkowa, ale o tym wie tylko on sam.

W końcu buffalo odwrócił się do reszty stada i zaczął żerować. Podprowadzający spojrzał na myśliwego i szepnął:

– To teraz. Próbujemy, ale powoli i przy samej ziemi.

Myśliwy przytaknął skinieniem, a jego organizm jakby dostał komendę: „Sezamie, otwórz się”. Nagle cała wielka postać wypełniona adrenaliną zaczęła się przeczołgiwać pod gałęziami, jakby ważyła o 40 kg mniej. Żadna, nawet najdrobniejsza gałąź nie zepsuła tego trudnego podchodu. Podprowadzający zatrzymał się i delikatnie rozstawił podpórkę do strzału z pozycji klęczącej. Myśliwy między gałęziami widział tylko czarną plamę.

– To łopatka, strzelaj! – szepnął mu do ucha podprowadzający.

– Nie jestem pewien – odparł nasz myśliwy. Broń leżała na pastorale, zwierzę znajdowało się maksymalnie 15 m od lufy, jednak prawie całkiem ukryte za gałęziami.

Po chwili bawół napina mięśnie, a przed łowcą malują się charakterystyczne zagięcia umięśnionej łopatki. Byk odwraca łeb, pozwalając słońcu oświetlić swoje potężne urożenie. Tyle było trzeba naszemu bohaterowi. Nagle zauważył wszystko, co tłumaczył mu podprowadzający. – Strzelam – mruknął. Czy wiedział, że za moment zobaczy coś, co na zawsze zmieni jego łowieckie życie? Chyba zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że stoi na rozdrożu i właśnie wybrał kierunek ekstremum. W lunecie nastawionej na 1x widzi lufę i krzyż, który po raz kolejny tańczy na wielkiej łopatce. Nabiera powietrza i mocno przytula broń do siebie. W lunecie widać dym wystrzału, słychać walnięcie pocisku 458 Win. Mag. Z grzbietu czarnego zwierza unosi się kurz. Słychać agresywny ryk, bawół napina mięśnie i obniża łeb, szykując się do szarży. Nasz bohater jest jakby zaczarowany tym, co ukazuje się jego oczom, i całym sobą chłonie to zdarzenie. Na nic krzyki: „Przeładuj! Przeładuj!”. Miał już wiele takich sytuacji, w których dostrzeliwał szarżującego oryksa czy gnu, jednak to coś innego – spotkanie z najpiękniejszą i najniebezpieczniejszą formą polowania, która zahipnotyzowała go na wskroś. Bawół wyskakuje i wali na myśliwego. Ten już wie, że nie zdąży przeładować. Z prawej strony słyszy strzał – zwierz nie reaguje. Podprowadzający chwyta swój ekspres, staje, jakby zasłaniając myśliwego, i posyła szarżującemu zwierzęciu pocisk nitro. Byk nie kładzie się po strzale, jednak odbija ze swojej trasy. Cała drużyna przywiera mocno do podłoża, patrząc, jak reszta byków ze stada otacza śmiertelnie rannego towarzysza. Wszyscy czekają… Żaden nawet nie drgnie… W końcu wielkie cielsko przewala się na czerwoną afrykańską ziemię, a stado odchodzi na dobre.

Myśliwemu trudno dojść do siebie. Chyba już nigdy nie wróci do wcześniejszego stanu. Polowanie na bawołu zmieniło go na zawsze, na nowo określiło jego łowieckie poglądy i cel dalszych podróży. „Chyba tak się poczuł Kolumb, kiedy odkrył Amerykę”, pomyślał. A z brodatej twarzy zniknął wymowny grymas…

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej