Czy mamy prawo uczyć inne kraje ochrony przyrody?

Tytuł już sugeruje, do czego będę stopniowo zmierzał w tych kilku zdaniach. Jednak chciałbym ten temat nieco bardziej rozwinąć. Zacznę od ciekawej informacji, która później posłuży mi za przykład. Otóż Namibia i Zimbabwe rozszerzają możliwość polowania selekcyjnego na przedstawicieli wielkiej piątki. Od dłuższego czasu odbywają się łowy na słonie, których zagęszczenie w pewnych rejonach obu tych krajów wzrosło kilkudziesięciokrotnie na przestrzeni ostatnich 10 lat (pisałem już o tym na blogu). Niedawno na listę gatunków objętych odstrzałem selekcyjnym trafił bawół afrykański. Otóż okazuje się, że bardzo wiekowe byki, zwane dagga boyami, nie są atrakcyjne dla trofealnych myśliwych. Brak zainteresowania tymi bawołami doprowadził do postarzenia populacji, co przełożyło się także na pogorszenie funkcjonowania stad – stare osobniki są agresywne, zajmują terytorium, a nie spełniają już swojej reprodukcyjnej funkcji.

Motywację myśliwych poniekąd da się zrozumieć, ponieważ płacą fortunę za polowanie np. w Caprivi, więc chcieliby przywieźć okazałe trofeum, a nie stare, zniszczone rogi – ten rodzaj trofeum jest piękny tylko dla części z nas, która traktuje go jako symbol przygody, a nie patrzy pod kątem cali na wycenie medalowej. Właśnie na takie stare byki od niedawna można zapolować za 1/3 ceny. Niska kwota wynika z tego, że odpada nam dokumentacja eksportowa trofeum, które jako pozyskane selekcyjnie zostaje w kraju (na tym to polega – gdybyśmy chcieli zabrać je ze sobą, będzie to już polowanie trofealne. Na dobrą sprawę trzeba by je zakontraktować wcześniej, a jego cena znacząco poszybuje w górę). Przypomnę tylko, że Caprivi to obszar północno-wschodniej Namibii mieszczący się w dolinach rzek Okawango, Kwando i Zambezi, w pełni dziki i podzielony jedynie na obszary koncesyjne, gdzie można polować, oraz wyłączone z łowieckiej aktywności parki narodowe. To miejsce można by nazwać jedną z kilku afrykańskich mekk myśliwych.

Wracając do tematu polowania selekcyjnego na dagga boya – jest to świetne rozwiązanie pozwalające gospodarować populacją w zrównoważony sposób, a jednocześnie oferować komercyjne polowanie grupie koneserów. To kolejny z afrykańskich pomysłów na zarządzanie dzikimi zwierzętami, o którym wspominam na blogu. Przypomnę, że publikowałem już wpisy o polowaniu selekcyjnym na antylopy, o selekcjonowaniu słoni, o odstrzale trofealnym starego nosorożca czarnego za niebotyczną kwotę oraz o tworzeniu obszarów koncesyjnych przy parkach narodowych. O dobrych efektach tych strategii mówią liczby i jakość osobnicza populacji poszczególnych gatunków. To są fakty, na które zwraca uwagę świat nauki. Niedawno w piśmie „Science” ukazał się podpisany przez ponad 100 naukowców artykuł traktujący o pozytywnym wpływie trofealnych polowań komercyjnych na populacje różnych gatunków zwierząt oraz rozwój społeczności lokalnej.

Dla kontrastu weźmy nasze żubry i łosie. Obydwa te gatunki ze względu na przegęszczenie w niektórych obszarach naszego kraju proszą się o redukcję, o czym trąbią naukowcy. Bez problemu dałoby się zorganizować polowania komercyjne, środki z nich mogłyby zaś zostać przeznaczone na gospodarowanie populacją – w przypadku łosi np. na ochronę upraw leśnych przed zgryzaniem, a w przypadku żubrów na dokarmianie zimowe. Niestety realia są takie, że potrafimy jedynie wzmacniać PR instytucji zajmujących się tymi gatunkami, ale nikt nie jest na tyle odważny, aby przyznać, że nadszedł też czas na rozsądną regulację. Konsekwencje powoli się zaczynają: konflikty z rolnikami, kolosalne koszty ochrony drzewostanów i płodów rolnych, grzybica skóry u łosi, gruźlica czy nagłośniona ostatnio telazjoza u żubrów itp. Przykładów zapewne znalazłoby się więcej.

Pójdźmy dalej – co z populacjami głuszców i cietrzewi? Gdy tylko kończy się projekt reintrodukcji, brakuje środków i pomysłu na to, co zrobić dalej, a w rezultacie drapieżniki mają egzotyczny obiad. Można by więc zapytać o funkcjonowanie całej administracji przyrodniczej. Jaki ma sens wydawanie milionów złotych na odtwarzanie gatunków, które naturalnie ustąpiły, skoro brakuje pieniędzy w budżecie, żeby się zająć obecnie zamieszkującymi nasze tereny? Jak sobie radzimy z problemem zagęszczenia wilków? Odpowiedź jest prosta – nie radzimy sobie w ogóle, środowisko naukowe kłóci się o dane inwentaryzacyjne, a osobniki hybrydowe coraz bardziej dają o sobie znać w całym kraju. Zaczynają obowiązywać nowe trendy w behawiorze i diecie tego gatunku, a my zatrzymaliśmy się na etapie wiedzy książkowej o tym, że „wilk robi świetną selekcję, polując na osłabione osobniki”. Historie o nieprzewidywalnych zachowaniach watah czy lokalnej eksterminacji saren, muflonów czy danieli nie budują wizerunku, więc nie ma odważnych, żeby podjąć ten wątek.

Można dyskutować, z której strony spojrzeć na dane zagadnienie, jednak trudno się spierać o to, że w kraju występują problemy dotyczące dzikich populacji zwierząt. W przeciwieństwie do krajów afrykańskich nie podejmujemy działań, tylko mędrkujemy i się kłócimy między sobą. Najgorsze jest to, że próbujemy uczyć inne nacje ochrony przyrody, choć nie radzimy sobie na własnym podwórku. Piszę to w kontekście kampanii antyłowieckich podejmowanych przez polskie instytucje i środowiska naukowe w odniesieniu do gatunków zamieszkujących inne kraje. Czy gdy nie znamy lokalnych realiów i uwarunkowań społecznych, nie powinniśmy pilnować bardziej swego nosa?

Ostatnio zbulwersowały mnie pojawiające się komentarze o tym, jak Białorusini powinni podchodzić do gospodarowania głuszcami i cietrzewiami, a także na które z gatunków afrykańskich powinno się polować, na które zaś nie. Niedawno byliśmy nacją nienawidzącą pouczania, ale szybko przyjęliśmy zachodni styl. Jak pokazują przykład Białorusi, gdzie populacja głuszców ma się bardzo dobrze (w przeciwieństwie do naszej), czy odważne oraz przemyślane działania krajów afrykańskich, czasem lepiej, zamiast pouczać, przyjąć postawę pokory i spojrzeć krytycznie na własny dorobek.

Jakub Piasecki, Fot. arch. Biura Polowań Argali

Czytaj więcej

Kambaku w filmowym kadrze

Rykowisko za pasem. Chłodne, mgliste poranki, wychlapane przez jelenie kałuże, ślady jeleniej agresji na śródleśnych zakrzaczeniach. Emocje sięgają zenitu nie tylko w byczych chmarach, lecz także wśród polującej braci. Tak, drodzy koleżanki i koledzy, niejako jak byki w rykowisko wchodzimy w czas nieprzespanych poranków, zarwanych nocy i najpiękniejszych łowieckich przeżyć. Życzę wszystkim tylko tych pozytywnych emocji, przede wszystkim koleżeńskiego podejścia oraz braku zazdrości. Niech rykowisko będzie prawdziwym świętem myśliwych!

W wolnej chwili zachęcam do obejrzenia krótkiej produkcji o obwodzie łowieckim Kambaku w Namibii. To w trakcie mojego pobytu tam i pracy na jego terenie zrodził się pomysł utworzenia tego bloga. Film, choć krótki, to w pełni oddaje ducha tego miejsca – dzikość sawanny pomieszaną z rodzinną i nastrojową atmosferą. W pierwszych kadrach pojawia się Stefan, główny profesjonalny myśliwy w Kambaku, którego część polskich myśliwych miała okazję poznać osobiście. O namibijskiej przyrodzie opowiadają również Larisa oraz Jim – przewodnicy związani z aktywnościami jeździeckimi. Widzimy, jak konno zbliżają się na małe odległości do przedstawicieli namibijskiej fauny. Z jednej strony, jak już kiedyś pisałem, zwierzyna na sawannie reaguje spokojem na wszystko, co się porusza na czterech nogach (nawet jeśli jest to człowiek na koniu). Z drugiej zaś obszar 2,5 tys. ha wokół hotelu i stadniny koni został wyłączony z użytkowania łowieckiego – stanowi swoisty matecznik dla zwierzyny, która oswaja się z obecnością człowieka i pozwala mu skrócić dystans. Dzięki temu, że wciąż kręcą się tam ludzie, w obrębie tej strefy występuje mniej drapieżników. Niezależnie od tego cały obszar farmy (10 tys. ha w ubiegłym roku powiększone o 4,5 tys. ha gruntów dzierżawionych od sąsiada) podzielono na sektory będące samodzielnymi łowiskami, co daje możliwość bezkolizyjnej organizacji polowań i innych aktywności.

Wracając do filmu, polecam zwrócić szczególną uwagę na sceny z myśliwskiego obozu oraz moment podchodu antylop – na chwilę pojawia się tam Paulus, mój mistrz i mentor, jeśli chodzi o tropienie oraz podchód zwierząt zamieszkujących sawannę, o którym niejednokrotnie wspominałem na blogu.

Życzę przyjemnego kilkuminutowego seansu, a wszystkich zainteresowanych wyprawą do tego urokliwego zakątka Czarnego Lądu zapraszam do kontaktu!

Jakub Piasecki

 

Czytaj więcej

Za miesiąc ruszamy!

Nadszedł długo wyczekiwany moment – przyszły wizy do Namibii. Za miesiąc ruszamy do Kambaku! Po raz kolejny przestrzenie sawanny staną otworem przed spragnionymi przygód myśliwymi z Polski. Po raz kolejny poranek przywita wielkie czerwone słońce i przestanie się liczyć cokolwiek oprócz polowania. Po raz kolejny rozgrzaną ziemię zbroczą krople potu, a paka cruisera ugnie się pod tym, co pokonamy na gruncie. Choć tym razem droga do mojego drugiego domu była usłana gwoździami, o czym w niniejszym wpisie.

Przestrzegam wszystkich w najbliższym czasie wybierających się do Namibii bądź planujących taką podróż – nie lekceważcie procedury wizowej. Ten standardowy punkt każdego wyjazdu, opanowany przeze mnie na przestrzeni lat niemal do perfekcji, w tym roku stał się gehenną. W ambasadzie Namibii w Berlinie, w której musimy się ubiegać o wizy, zmienili się pracownicy odpowiedzialni za ten proces. Przyznam, że zawsze był problem, aby się tam dodzwonić czy załatwić coś konkretnego bez konieczności podróży do stolicy Niemiec, jednak teraz uzyskanie wizy to droga przez mękę. Jakie zaszły zmiany? Po pierwsze, procedura dotąd trwająca nie więcej niż tydzień wydłużyła się do tygodni. Po drugie, pracownicy wymagają dokumentów, o jakich nie ma mowy we wniosku wizowym. Po trzecie, życzą sobie dwóch wypisanych ręcznie egzemplarzy podania wizowego (o czym również nie znajdziemy wzmianki na stronie, tak jak o tym, że dokument potwierdzający ubezpieczenie musi zostać przetłumaczony na język angielski i zatwierdzony przez tłumacza przysięgłego). Opłata konsularna za otrzymanie jednokrotnej wizy wzrosła z 50 do 80 euro, natomiast wizy wielokrotnej Polacy w ogóle nie mogą uzyskać. Powiem szczerze, że jak na kraj, którego budżet mocno się opiera na turystyce, jego ambasada skutecznie zniechęca do wyjazdu. Wydaje mi się, że przyczyn tej sytuacji znalazłoby się kilka – nowi pracownicy, strach Namibii przed nielegalną imigracją, obecna przepychanka tego kraju z Niemcami o reparacje wojenne za zbrodnie na ludności Damara i Nama czy chociażby wzrost wykładniczy turystów odwiedzających to afrykańskie państwo. Jedno jest pewne – nas, Polaków, każdego roku dociera do Namibii bardzo wielu. Wystarczy popytać wśród znajomych myśliwych lub podróżników, by uświadomić sobie, że to jeden z głównych celów w Afryce. Szkoda, że obietnice stworzenia ambasady Namibii w Polsce pozostały tylko obietnicami. Osobiście wolałbym ambasadę Namibii w Polsce niż program 500+, ale nie mieszajmy w to polityki.

Podsumowując, jeśli wybierasz się do Namibii, to co do wizy mogę dać dwie rady. Przede wszystkim nie rezygnuj z wyjazdu do tego niepowtarzalnego kraju tylko dlatego, że teraz trudniej uzyskać zezwolenie – Namibia wynagrodzi Ci to wspomnieniami na lata. Ponadto zleć uzyskanie dokumentu firmie, która zajmuje się tym zawodowo (to dużo droższa opcja, bo prowizje pośredników konsularnych potrafią być zabójcze) albo zajmij się tym sam odpowiednio wcześniej, nie zostawiaj tej sprawy na sam koniec. Jeżeli potrzebujesz w tej kwestii wskazówki czy pomocy, to napisz – zawsze niezobowiązująco i chętnie pomogę, jak tylko będę potrafił.

Już niedługo kolejne przygody na Czarnym Lądzie. Od polowania na bawołu czuję nieustanny głód Afryki. Na myśl o tym, że wkrótce usłyszę klikanie ongarangombe, nie potrafię wysiedzieć w miejscu. Mama Namibia wzywa mnie kolejny raz, a ja już nie mogę się doczekać! Zapraszam do śledzenia naszego wyjazdu na blogu i YouTubie. Tym razem chcę pokazać Afrykę z innej perspektywy.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Nowe podejście do polowania na kudu

Ostatnie sezony potwierdzają tezę, że byk kudu to antylopa najbardziej poszukiwana przez myśliwych. Wdzięk, gracja i naturalne piękno zwierzęcia spędzają sen z powiek polującym, którzy choć raz spotkali je w buszu. Przedstawiciele tego gatunku, a zwłaszcza stare samce, są niesłychanie czujne i prowadzą samotny tryb życia w gęstych ostępach sawanny. Do wodopojów przychodzą nieregularnie o nieprzewidywalnych porach. Ta antylopa bez żadnych problemów forsuje wysokie na ponad 2,5 m ogrodzenia farm. Dzięki temu można śmiało powiedzieć, że populacja zamieszkująca Namibię jest dzika.

Jak pokazują minione sezony łowieckie, trudno łączyć polowanie na kudu z łowami na inne gatunki. Przede wszystkim dlatego, że aby pozyskać starego samca, często potrzeba czasu i myśliwskiej cierpliwości. Ponadto długie tropienia zazwyczaj odbywają się w gęstych ostępach buszu, gdzie strzelenie jakiegoś innego gatunku całkowicie przekreśla dalszy podchód. Na podstawie doświadczeń z poprzednich sezonów na farmie Kambaku zmieniliśmy podejście do polowania na kudu.

Prawdopodobieństwo pozyskania starego byka rośnie w okresie godowym, przypadającym na maj (a czasem przeciągającym się do połowy czerwca). Wówczas stare byki tracą czujność i przebywają zawsze w pobliżu samic, co daje możliwość podchodu. Zasiadki w tym terminie również przynoszą dobry rezultat, jednak kluczowe okazuje się oznaczenie terenu, na którym znajdują się stada samic z młodymi. Aby zwiększyć szanse myśliwego, zdecydowaliśmy o organizacji specjalnych polowań w tym czasie głównie pod kątem kudu. Ich największym atutem jest to, że nie odbywają się one tylko na jednym obszarze. Główne miejsce zakwaterowania stanowi obóz Kambaku, jednak w rzeczywistości polujemy w zespole farm, użytkując wielki, różnorodny obszar tej części Namibii. Dzięki zaangażowaniu kilku sąsiednich farm w ten myśliwski projekt możemy szybko reagować na przemieszczanie się stad, z którymi jak satelity krążą stare byki. Ponadto nowe podejście nieco dynamizuje łowy. Zazwyczaj długim tropieniom towarzyszy zmęczenie, a po kilku dniach – monotonia. Założeniem właśnie wchodzącego w życie pomysłu jest ciekawe, zróżnicowane polowanie. Chcemy, żeby myśliwy poznał łowy w różnych warunkach – od podchodu na sawannie krzewiastej, przez zasiadkę na rozległych obszarach trawiastych, aż po typowe polowanie górskie w najstarszym na świecie pasmie Otavi. Takie łowy mają szczególny wymiar i będziemy je organizować tylko w systemie 1:1 (jeden podprowadzający na jednego myśliwego), by stworzyć jak największe szanse pozyskania starego byka, a także by polowanie miało maksymalnie indywidualny charakter.

Prawdopodobieństwo pozyskania kudu przy takim podejściu jest bardzo duże. Mnie najbardziej cieszy jednak wyjątkowy, wręcz królewski wymiar tego polowania. Można wiele pisać, próbować przekazać emocje, ale to na nic. Trzeba samemu zobaczyć wielkie kudu w buszu, poczuć, jak włosy jeżą się przy podchodzie, i doznać dreszczu podniecenia. Moje łowy na to zwierzę miały niepowtarzalny charakter i dzięki temu będę je pamiętał do końca życia. Emocje, które towarzyszą łowom na tę antylopę, można przyrównać do tych przy podchodzie elanda, głuszca czy starego byka na rykowisku.

Nasz pomysł to alternatywa dla masowego podejścia do tego pięknego – przez niektórych Namibijczyków nazywanego wręcz „świętym” – polowania.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

To jest Namibia – tu się poluje!

Chyba każdego z nas doprowadza do irytacji wszędzie widoczna nagonka medialna na myśliwych oraz wydarzenia związane ze zmianami prawa łowieckiego. Co tydzień coraz to bardziej kontrowersyjne i oderwane od rzeczywistości projekty zostają poddane pod dyskusję, za którą nawet mediom trudno nadążyć. Gdzieś na górze toczy się rywalizacja polityczna. Wciągnięto do niej nas, myśliwych, bez naszej zgody. Najsmutniejsze jest to, że słów rzemieślników w tej dziedzinie nikt nie słucha. Okazuje się, że politycy, aktorzy i celebryci wiedzą na temat przyrody więcej niż leśnicy i myśliwi. W rezultacie to ludzie stojący z boku, niemający pojęcia o łowiectwie, próbują nam mówić, jak mamy wykonywać polowanie. W tym wszystkim nawet ślepy zobaczy i głuchy usłyszy, że w tle tej walki znajdują się pieniądze i władza, a nie unikatowa przyroda. Lękiem napawa to, że gdy przetrwamy tę batalię polityczną, którą górnolotnie nazywa się „o dobro przyrody”, za jakiś czas przyjdą nowi i w ramach zemsty na poprzednikach znowu wywrócą wszystko do góry nogami.

W kontrze do tego postawmy – jak się często mówi – „zacofaną” Afrykę, a zwłaszcza jej południową część. Po medialnej awanturze dotyczącej słynnego lwa Cecila i żyrafy strzelonej przez amerykańską dianę na świecie zawrzało. Ekolodzy z państw oddalonych o tysiące kilometrów od Afryki podważyli sensowność tamtejszych łowów, przez co kraje Afryki Południowej jeden po drugim jak domino zaczęły zakazywać komercyjnych polowań na swoim terytorium. Oczy myśliwych z całego świata zwróciły się w kierunku RPA i Namibii, które nie poszły z tym ekologicznym trendem. Radością i dumą napawa oficjalne stanowisko Namibii przedstawione w tym czasie przez prezydenta kraju oraz przewodniczącego Namibijskiego Stowarzyszenia Profesjonalnych Myśliwych (NAPHA). Zwracają oni uwagę, że polowanie, które przybierało różne formy na przestrzeni lat, to nieodzowny element kultury tego państwa. W telegraficznym skrócie odpowiedź Namibii skierowana do przeciwników myślistwa brzmi: to jest Namibia – tu się polowało, poluje i będzie polować. Koniec dyskusji.

Jednocześnie to właśnie Namibia może się pochwalić najbardziej ekskluzywnymi i najdroższymi łowami na świecie na nosorożca czarnego. Środowisko pseudoekologów jest oburzone, jak w dobie sponsorowanego z Dalekiego Wschodu kłusownictwa na ten gatunek można na niego komercyjnie polować. Okazuje się, że raz na kilka lat rząd Namibii organizuje łowy na starego samca, który i tak, i tak by niebawem zdechł. Wpływy z tego polowania są tak kolosalne, że wystarcza na wprowadzanie coraz to nowych programów ochrony tego gatunku. Co ciekawe, kraje Afryki Południowej, które zrezygnowały z polowań komercyjnych, powoli starają się wrócić do starej praktyki. Okazuje się, że tam, gdzie polowania nie uregulowano jasnym i przejrzystym prawem, szybko rozwija się kłusownictwo i pojawia szereg problemów z nim związanych.

Wracając do kraju – problemy z wilkami, sztucznie podtrzymywane moratorium na łosia, ciągłe tłumaczenie się przed społeczeństwem z bycia myśliwym, opluwanie i szykany ze strony ludzi niepotrafiących odróżnić sarny od jelenia… A wystarczyłoby zostawić łowiectwo ludziom, którzy się na tym znają. Tu jest Polska – tu się polowało, jeszcze poluje i może w przyszłości będzie polować…

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Zaczęliśmy od elandów

Świt był bardzo zimny. Szron na solarach świadczył o tym, że temperatura spadła poniżej 0°C. Niby Afryka, a o tej porze roku niezwykle surowa i przynosząca olbrzymie dobowe amplitudy temperatur. Chłodne poranki z przymrozkami szybko ustępują jednak wschodzącemu słońcu, bo już o 11 rano słupek rtęci skacze powyżej 27°C. Przy takich wahaniach szczególnie trudno dopasować odzież. Najlepiej ubierać się na cebulkę i wraz ze wzrostem temperatury pozbywać się kolejnych warstw.

Podczas rannego wyjścia Paulus prowadził nas w tę część farmy, gdzie szczególnie lubią przebywać stare byki elandów. Jednak oprócz tropów wielkich racic tej prawie tonowej antylopy nie widzieliśmy nic. Godziny mijały, a słońce zaczęło przypiekać europejską skórę. Myśliwi zrozumieli to, o czym wspominałem im jeszcze w samolocie – że podchód z Paulusem potrafi bardzo wyczerpać. Około godz. 11 zrobiliśmy przerwę i wróciliśmy pieszo do obozu na kawę. Spalone lica towarzyszów łowów i zrezygnowanie na twarzy mówiły wszystko. Myśliwi byli zmęczeni, spaleni słońcem, zrezygnowani i całkiem pozbawieni nadziei, że to, co robimy, ma sens, że ten podchód, choć pozornie bez celu, przybliża nas do ongarangombe. Ogromnym zdziwieniem i grymasem zareagowali na moje słowa, że plan na popołudnie wygląda tak samo – kontynuujemy podchód od miejsca, w którym zostawiliśmy tropy pięciu byków. Na szczęście był to dopiero drugi dzień naszego safari i łowcy zaufali nieomylnemu przeczuciu Paulusa.

Po przerwie zostawiliśmy samochód tam, gdzie zakończyliśmy ranne tropienie. Zaczęliśmy według takiego samego schematu. Po dwóch godzinach pot, wyczerpanie, poczucie bezsensu… A podprowadzający cięgle gna do przodu w coraz to gęstsze fragmenty buszu. Staram się wytłumaczyć myśliwym, że ten człowiek wie, co robi, i jesteśmy skazani na sukces – nie wierzą mi. Dopiero gdy nachodzimy na charakterystyczny klik, na twarzach malują się podniecenie i wojenne emocje. Wszyscy rozglądają się wokoło. Gdzieś zamajaczyło wielkie cielsko. Ale Paulus prowadzi nas w zupełnie innym kierunku. Próbuję polemizować, pokazując, skąd dochodzi klikanie, lecz przewodnik tylko się uśmiecha i dziarskim krokiem wkracza w gąszcz. Wskazuje ręką tylko sobie widoczne tropy. Po chwili wchodzimy na dużego, starego byka. Idealna sytuacja – bach!

To jedyna droga do elanda – jak już ci się wydaje to nierealne, powinieneś próbować dalej, zwłaszcza jeżeli ma się takiego myśliwego jak Paulus na tropie. Oczywiście można zasiadać przy wodopoju oraz soli i czekać, z tym że wymaga to wyjątkowego szczęścia. Powiem szczerze, że gdy Paulus zobaczył świeże tropy, ja już wiedziałem, jak to wszystko się skończy i co nas czeka w tym albo przyszłym dniu. To była kwestia wytrwałości i cierpliwości. Nie dość, że ten człowiek doskonale tropi, to jeszcze w wyjątkowy sposób przewiduje zachowanie zwierząt. Jednak trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Myśliwi, którzy z nami podchodzili elandy, regularnie i aktywnie polują w kraju, ale mimo to – jak sami stwierdzili – dawno nie dostali takiego wycisku.

Ostatnio, gdy czytałem komentarze na forach pod zdjęciami łowców wracających z Czarnego Lądu, naszła mnie myśl trochę w kontrze do naszych przygód w Kambaku. Części z nas się wydaje, że busz to supermarket, a afrykańskie polowanie przypomina wypad do supermarketu. Sprawdzamy ceny, robimy plan i jedziemy z przekonaniem, że wystarczy wziąć towar z półki i włożyć do koszyka. Często irytuje nas podejście zagranicznych myśliwych, którzy w taki sposób myślą o polowaniu w Polsce na byki, ale mamy dokładnie takie samo podejście za granicą. Słowa „powinien”, „musi”, „trzeba” najlepiej przed wyjazdem zostawić w domu. Jak to mawia mój doświadczony znajomy – pewne na 100% jest wtedy, kiedy już znajduje się na rozkładzie. Zastanawiam się czasem, ile jeszcze w myśliwskim świecie będzie pokutować przeświadczenie, że safari w Afryce to banalne polowanie, niczym zakupy w sklepie. Nie da się w tydzień przeżyć wszystkiego, zwłaszcza kiedy mierzymy się z kudu i elandem. Pisałem o tym wiele razy. To nie bułka z masłem, za to satysfakcja po udanym podchodzie jest nie do opisania.

Pożegnam się słowami legendy afrykańskiego łowiectwa: jak przyjmujesz to, czym cię busz obdarza, to obdarzy cię ponad miarę. Gdy sam zaczynasz dyktować naturze warunki, nigdy nie wrócisz z polowania zadowolony.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Spotkanie

To był wyczerpujący dzień. Poranne wyjście obdarzyło nas stadem gnu, które zdobywaliśmy w pocie czoła. Omulu [gnu w języku oshiwambo – przyp. aut.] spotkaliśmy, gdy schodziły z żerowisk do ostoi. Podążaliśmy za nimi, jednak na strzał ustawiały się tylko prowadzące krowy. Stado było uformowane w charakterystyczny sposób – z zewnątrz szły czujne i doświadczone samice, a cały środek wypełniała beztroska młodzież. To szyk zapewniający obronę przed drapieżnikami, jak się przekonaliśmy – również przed tymi dwunożnymi. Czujne oczy krów nie wybaczyłyby błędów przy podchodzie. Jednak wszyscy się zawzięliśmy. Paulus krok po kroczku prowadził nas od drzewa do drzewa. Przy gęstych akacjach mieliśmy chwilę na głębszy oddech i wyprostowanie kości. Udało nam się obejść kilka patrolujących teren par oczu i nozdrzy. Cała ta operacja trwała długo, ale udało się tak zaskoczyć stado, że bez większego popłochu wyciągnęliśmy z niego dwa młode byczki jednego po drugim.

Po śniadaniu czekał nas długi podchód. Nie wiem, ile kilometrów nabiliśmy, ale gdy wróciliśmy do samochodu, miałem wrażenie, że nikt nie ma siły ruszyć ręką ani nogą. Nie widzieliśmy zupełnie nic. Nawet steenboka [antylopik zwyczajny – przyp. red.], których zawsze pełno podnosiło się w buszu. Żadnego guźca czy strusia, żadnej żyrafy – istna pustynia. W dodatku słońce i nieludzka temperatura zrobiły swoje. Gdy kończyliśmy podchód, osobiście czułem się jak pieczona w brytfance gęś, z której wytapia się tłuszcz. Nie pamiętam, kiedy wcześniej tak się przegrzałem na polowaniu. W czasie jazdy do obozu pomyślałem, że wszystkie stworzenia sawanny przeczekują skwar gdzieś w gąszczu, tylko my jesteśmy tacy narwani, by się ruszać w tych okolicznościach. Komisyjnie ustaliliśmy, że wieczorne wyjście spędzamy nietypowo dla naszej czwórki, czyli – jak to trafnie określił jeden z nas – „na grzędzie”.

Ambonę wybraliśmy niezłą, bo z widokiem na czerwoną ścianę płaskowyżu Waterberg i szerokim polem do obserwacji pobliskiej sawanny. Rozsiedliśmy się wygodnie i każdy z nas zaczął się oddawać atmosferze niczym nieskrępowanej przestrzeni i poczucia totalnej wolności. Żadnych sztucznych, wytworzonych przez ludzką cywilizację dźwięków, tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Jeszcze zanim wyszły pierwsze guźce, wspólnie oceniliśmy, że z „grzędą” to był dobry pomysł.

Pojawiły się guźce, potem strusie, a w końcu na wolną przestrzeń zawitało stado impali. Zgodnie z naszą świętą zasadą, która brzmiała: „Bierzemy, czym akurat busz obdarzy”, ze stada wybraliśmy młodą antylopę. Dwuletni byk spisał testament 5 m od miejsca strzału. Słońce chyliło się ku zachodowi, zostało nam może 20 minut dnia. Stwierdziliśmy, że poczekamy tę chwilę, a nuż wyjdzie coś jeszcze – i wyszło. W jednym momencie daleko z lewej między drzewami przemknęła sylwetka offino [oryks w języku oshiwambo – przyp. aut.], z prawej zaś pewnym, wręcz dziarskim krokiem z buszu wyskoczył pokaźny guziec. Jak się okazało, trasa jego wędrówki pokrywała się z drogą strzelonej impali. Guziec, gdy zbliżył się do leżącego na wznak zwierzęcia, aż podskoczył ze zdziwienia. Na ten widok Paulus opuścił głowę z wyraźną rezygnacją i powiedział:

O nie, nieznośny wieprzek.

W tym samym czasie szepnąłem do kompanów:

Z lewej idzie do nas oryks. Trzeba się przygotować.

Pech chciał, że była kolej strzelania myśliwego, który siedział najdalej z prawej. Ja z Paulusem znajdowaliśmy się z lewej. Mieliśmy dość niefortunne ustawienie na ambonie, tym bardziej że musieliśmy bacznie obserwować i lewą, i prawą stronę. Złożyliśmy się do oryksa, tymczasem drugi myśliwy pokazał na leżącą impalę i rzucił półgłosem:

– Patrzcie!

Przyłożyłem do oczu lornetkę i zobaczyłem wielkie szable szykujące się do szarży na leżącą sztukę. Guziec wpadł w nią z całym impetem i podrzucił tuszę do góry. Echo łamanych żeber poniosło się po okolicy. Guziec stanął jak wryty. Widzieliśmy, że nie może się doczekać uczty. Cała sytuacja była tak zaskakująca i komiczna, że „grzęda” zaczęła się kiwać od naszych z trudem tłumionych śmiechów. Paulus opanował się jako pierwszy, wskazał na oryksa i powiedział:

Strzelamy albo nie, bo z impali niedługo nic nie zostanie.

Oryks znalazł się na granicy strzału, jednak zaniepokojony całą sytuacją ustawił się do nas tyłem i odwrócił łeb. Myśliwy, ledwo powstrzymując śmiech, trzymał go w lunecie. Czekał na sygnał ode mnie, z kolei ja czekałem, aż oryks pokaże blat. Paulus i drugi myśliwy obserwowali impalę. W razie kolejnego kontaktu szabel z naszą zdobyczą mieli przerwać szturm i ocalić kolację. Każdy z nas liczył sekundy, kiedy guziec poczynał sobie z impalą coraz odważniej, a oryks stał nieruchomo. W końcu młody byk ustawił się blatem. Zaznaczył strzał, jednak uszedł w gąszcz. Wydawało mi się, że został trafiony, ale strzał był trochę spóźniony.

Czekamy tyle, ile potrzeba na wypalenie papierosa, idziemy po latarki i zaczynamy poszukiwania. Zestrzał okazał się pusty. Krążymy wokoło, a Paulus znajduje trop, który jak zawsze dla zwykłych śmiertelników jest mało widoczny. On, ja i strzelec ruszamy tym śladem. Z oryksem nie ma żartów. W blasku latarki dostrzegam błysk oczu. Oświetlam miejsce pod gałęzią. Młody byk leży z łbem przygotowanym do szarży. Drugi strzał kończy jego historię. Zadowoleni, że i oryks leży, i impala cała, wracamy do drogi. A tam spotkanie…

Jeden z nas oświetlał trawy podczas marszu i nagle najechał światłem na dwa błyszczące zielone punkty. Stanęliśmy jak wryci. Paulus rzucił:

Ongue [lampart w języku oshiwambo – przyp. aut.].

Wszyscy przykładamy lornetki do oczu.

Nie, to steenbok, widać całą sylwetkę – komentują myśliwi. Paulus machnął przecząco palcem, ale nie skomentował tego, co usłyszał. Ja nie dostrzegłem żadnej sylwetki, tylko dwoje wpatrzonych w nas zielonożółtych oczu. Co prawda odznaczały się za nisko jak na pokaźnego kota, ale z drugiej strony mógł on po prostu leżeć. Kwituję:

To na pewno jakiś drapieżnik, bo patrzy cały czas prosto na nas. Antylopa po chwili by się ruszyła i obróciła łeb. A te oczy nawet nie drgną.

Postanowiliśmy nie sprawdzać, kto ma rację. Wrzuciliśmy antylopy do auta i ruszyliśmy naszym klekotem w drogę powrotną.

Gdy siedzieliśmy przy ognisku, Paulus powiedział do mnie:

Tylko jedno zwierzę patrzy w taki sposób.

Wzruszyłem ramionami. Nie dawało mi to spokoju przez resztę wieczoru. Emocji i przygód mieliśmy dużo tego dnia, jednak zasypiając, myślałem jedynie o tych zielonożółtych, świecących oczach.

Nazajutrz polowaliśmy niedaleko. Kiedy tamtędy przejeżdżaliśmy, uznaliśmy, że sprawdzimy, co to mogło być. Pozbawiło nas to złudzeń – na śladach ciągnięcia antylopy widniał świeży trop lamparta. Czuł krew i zaciekawiło go, co się dzieje, dlatego poprzedniej nocy, leżąc w trawie, obserwował całą sytuację, a gdy odjechaliśmy, przyszedł to sprawdzić. Jak się okazało w skupie, młody oryks miał starą ranę, która musiała mu się dawać we znaki, bo masą tuszy znacząco odbiegał od normy. Widać lampart miał go na oku…

Takie spotkania zawsze są sporadyczne, przypadkowe i mają zupełnie nieprzewidywalny przebieg. To dobrze, bo są przygodą. Ale też przestrogą. Myśliwy powinien zawsze pamiętać, że czy to w lesie, czy to w buszu nigdy nie poluje sam.

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej

Wielkie stado

Szczęśliwi z porannego wyjścia (pisałem o nim w poprzednim wpisie TUTAJ) wróciliśmy do obozu. Myśliwi zaczęli streszczać reszcie grupy, jaką mieliśmy dawkę emocji. W naszej kuchni zaczęło pachnieć pieczonym mięsem oryksa, co oznaczało, że już niedługo śniadanie. Siedliśmy z Paulusem razem przed węglami dopalającymi się z poprzedniego wieczora.

To było dobre polowanie – powiedziałem.

Tak, choć mam przeczucie, że nie widzieliśmy nawet połowy tego stada – odparł Paulus.

W sumie podeszliśmy je tak, że nie wiedziały, co się dzieje. Może się zbytnio nie oddaliły? Jak myślisz? – zapytałem.

Myślę, że jak spróbujemy z nimi po południu, to mamy duże szanse – rzekł Paulus, jednocześnie wydając bezapelacyjny wyrok co do formy wieczornego wyjścia.

Zostawiliśmy samochód przy najbliższej drodze od miejsca, gdzie rano strzeliliśmy starą krowę. Na początek zrobiliśmy szeroki łuk po buszu, szukając tropów stada. Co chwilę jak spod ziemi tuż przed nami podrywał się to samotny oryks, to steenbok [antylopik zwyczajny – przyp. red.]. W pewnej chwili Paulus złapał świeży trop pojedynczego starego byka. Ruszyliśmy za nim. Ślady mówiły, że ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.] szedł spokojnie, co chwila przystawał, krążył i wybierał co młodsze gałęzie kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.]. Nagle do jednego tropu dołączyły kolejne. Paulus zatrzymał się i powiedział: – Elandy zmierzają w kierunku wodopoju. Ruszamy za nimi, bo słońce idzie ku zachodowi. Przyspieszyliśmy kroku. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż stado antylop wędrowało szeroką wydeptaną ścieżką, na której nic nie szeleściło. Szliśmy bardzo szybko, można by nawet stwierdzić, że prawie truchtaliśmy. Gdzieś w oddali mignęły mi wielkie grzbiety. Machnąłem do kompanów w geście ostrzegawczym. Byliśmy już tak zgrani, że każdy zrozumiał. Podchodziliśmy nisko na nogach. Co jakiś czas przystawaliśmy i patrolowaliśmy otoczenie. Stado znajdowało się 300 m przed nami. Na kolanach skróciliśmy dystans do ok. 100 m.

Naraz wstaję i rozkładam podpórkę. Łowca już jest na trójnogu. Po naszej prawej słychać klikanie i widać wielkie cielsko starego byka, który znika z pola widzenia niczym duch. Naprzeciw nas stoją cztery krowy i patrzą prosto na nas. Widzę kątem oka, że na godz. 14 przesuwają się sylwetki, które zaraz wyjdą na doskonałe pole rażenie. Podnoszę podpórkę i przestawiam razem ze strzelcem w odpowiednią stronę. – Celuj cały czas, ale słuchaj mnie uważnie. Powiem, która sztuka – szepczę. Idzie krowa. Ostrzegam: – Nie strzelaj! Potem druga i trzecia, a za nimi całe mnóstwo cielaków z tego roku. Cielaki idą… Idą… Idą… Wcale nie szły wolno, po prostu było ich grubo ponad 80! Rozważam: „Myśliwy za długo jest złożony. Takie mierzenie przez kilkanaście minut na pewno nie wpływa dobrze na celność strzału, a elanda w nocy na pewno nie chcę szukać”. Radzę cicho: – Poczekaj, odpocznij trochę. Łowca unosi się więc z podpórki. Wtem Paulus szturcha mnie w ramię. Odwracam głowę, a po mojej lewej pełno przesuwających się w naszym kierunku sylwetek młodych, 2-letnich antylop. Odwracam się, żeby znowu przestawić podpórkę, i widzę, że po naszej stronie również zrobiło się mnogo. Doświadczony myśliwy nie musiał czekać na gest – już jest złożony, czeka na osąd mój i Paulusa. Wychodzą krowy. Komenderuję: – Czekamy. Paulus na to: – Idzie młodzież. Rzeczywiście, do linii strzału zbliżają się trzy młode elandy. – Z tych, które wyjadą ci teraz, możesz wybrać każdego, który ustawi się blatem i zatrzyma do strzału – mówię cicho do myśliwego. Przykładam lornetkę do oczu. Widać wszystko jak na patelni: czysta piękna linia strzału, dystans może z 70 m. Rusza pierwszy. Widzę kątem oka, jak wędruje za nim masywna lufa mausera. Zatrzymuje się. Pada strzał! Idealnie środek blatu, pięknie zaznaczony strzał. – Jest dobrze! Wspaniale strzeliłeś! – chwalę myśliwego.

Tymczasem zaraz po wystrzale zaczyna się akcja, której szybko nie zapomni żaden z naszej czwórki. W niebo unosi się tuman kurzu od ucieczki trafionej sztuki. Elandy są zdezorientowane. Stoimy blisko siebie i każdy z nas oddaje się cudownemu widokowi. Dosłownie każda wolna przestrzeń w promieniu 180 stopni wypełnia się wielkimi antylopami. Jedne patrzą, drugie w popłochu biegną w busz, jeszcze inne pędzą na nas i zatrzymują się ze 40 m od nas. Pole widzenia mieliśmy dość dobre, bo dokoła nas rozciągała się otwarta przestrzeń. Liczba osobników była co najmniej imponująca, jeśli nie zwalająca z nóg. Każdy z nas próbował liczyć, ale się nie dało, bo w elandzim stadzie panował chaos i co chwilę nowe podgrupy pojawiały w polu widzenia. W końcu zwierzęta zdecydowały się na ucieczkę w gęstwinę, co sprawiło, że niebo dokoła nas zrobiło się czerwone od pyłu i kurzu. Jakby tego było mało, z gąszczu wybiegły na nas zebry, które tak jak my nie wiedziały, co się dzieje. Stanęły koło nas w szeregu i zaczęły prychać. Otoczeni przez władców buszu czekaliśmy w bezruchu na koniec tego spektaklu.

Gdy wszystko się uspokoiło i już pokonywaliśmy któryś kilometr do samochodu, spytałem Paulusa:

Tate, ile było tych ongarangombe? Według mnie gdzieś ok. 250.

– Nie, według mnie na pewno ponad 350 – odpowiedział Paulus. A on rzadko kiedy się myli… Oczywiście młody eland leżał 50 m od miejsca pięknego komorowego strzału. Nie jest łatwo zachować zimną krew w takich okolicznościach. Dodam, że mieliśmy za sobą cały dzień aktywnego podchodu w upale. 

Takie łowy i emocje są możliwe tylko z podchodu. I tylko wtedy, kiedy myśliwy przeżywa polowanie całym sobą. Całą tę historię skwituję następująco: kilka dni chodziliśmy za elandami bez skutku, nie widzieliśmy żadnego świeżego tropu. Właściwie trudno mi było przekonywać myśliwych, że te zwierzęta naprawdę żyją w Kambaku. Co dnia robiliśmy wiele kilometrów po bardziej lub mniej dostępnych ostojach i nawet nie widzieliśmy tych olbrzymów. Zamiast spotkania oko w oko odciski na stopach, spalona słońcem skóra i wyczerpanie. Klikanie stało się mistycznym dźwiękiem, którego bezskutecznie wysłuchiwaliśmy. Ale cały czas próbowaliśmy, ciesząc się z tego, czym akurat obdarzał nas busz.

Polowanie z podchodu na sawannie polecam wszystkim, którzy myślą, że łowy w Namibii to „strzelanina w ogrodzeniu”.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej