Zaczęliśmy od elandów

Świt był bardzo zimny. Szron na solarach świadczył o tym, że temperatura spadła poniżej 0°C. Niby Afryka, a o tej porze roku niezwykle surowa i przynosząca olbrzymie dobowe amplitudy temperatur. Chłodne poranki z przymrozkami szybko ustępują jednak wschodzącemu słońcu, bo już o 11 rano słupek rtęci skacze powyżej 27°C. Przy takich wahaniach szczególnie trudno dopasować odzież. Najlepiej ubierać się na cebulkę i wraz ze wzrostem temperatury pozbywać się kolejnych warstw.

Podczas rannego wyjścia Paulus prowadził nas w tę część farmy, gdzie szczególnie lubią przebywać stare byki elandów. Jednak oprócz tropów wielkich racic tej prawie tonowej antylopy nie widzieliśmy nic. Godziny mijały, a słońce zaczęło przypiekać europejską skórę. Myśliwi zrozumieli to, o czym wspominałem im jeszcze w samolocie – że podchód z Paulusem potrafi bardzo wyczerpać. Około godz. 11 zrobiliśmy przerwę i wróciliśmy pieszo do obozu na kawę. Spalone lica towarzyszów łowów i zrezygnowanie na twarzy mówiły wszystko. Myśliwi byli zmęczeni, spaleni słońcem, zrezygnowani i całkiem pozbawieni nadziei, że to, co robimy, ma sens, że ten podchód, choć pozornie bez celu, przybliża nas do ongarangombe. Ogromnym zdziwieniem i grymasem zareagowali na moje słowa, że plan na popołudnie wygląda tak samo – kontynuujemy podchód od miejsca, w którym zostawiliśmy tropy pięciu byków. Na szczęście był to dopiero drugi dzień naszego safari i łowcy zaufali nieomylnemu przeczuciu Paulusa.

Po przerwie zostawiliśmy samochód tam, gdzie zakończyliśmy ranne tropienie. Zaczęliśmy według takiego samego schematu. Po dwóch godzinach pot, wyczerpanie, poczucie bezsensu… A podprowadzający cięgle gna do przodu w coraz to gęstsze fragmenty buszu. Staram się wytłumaczyć myśliwym, że ten człowiek wie, co robi, i jesteśmy skazani na sukces – nie wierzą mi. Dopiero gdy nachodzimy na charakterystyczny klik, na twarzach malują się podniecenie i wojenne emocje. Wszyscy rozglądają się wokoło. Gdzieś zamajaczyło wielkie cielsko. Ale Paulus prowadzi nas w zupełnie innym kierunku. Próbuję polemizować, pokazując, skąd dochodzi klikanie, lecz przewodnik tylko się uśmiecha i dziarskim krokiem wkracza w gąszcz. Wskazuje ręką tylko sobie widoczne tropy. Po chwili wchodzimy na dużego, starego byka. Idealna sytuacja – bach!

To jedyna droga do elanda – jak już ci się wydaje to nierealne, powinieneś próbować dalej, zwłaszcza jeżeli ma się takiego myśliwego jak Paulus na tropie. Oczywiście można zasiadać przy wodopoju oraz soli i czekać, z tym że wymaga to wyjątkowego szczęścia. Powiem szczerze, że gdy Paulus zobaczył świeże tropy, ja już wiedziałem, jak to wszystko się skończy i co nas czeka w tym albo przyszłym dniu. To była kwestia wytrwałości i cierpliwości. Nie dość, że ten człowiek doskonale tropi, to jeszcze w wyjątkowy sposób przewiduje zachowanie zwierząt. Jednak trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Myśliwi, którzy z nami podchodzili elandy, regularnie i aktywnie polują w kraju, ale mimo to – jak sami stwierdzili – dawno nie dostali takiego wycisku.

Ostatnio, gdy czytałem komentarze na forach pod zdjęciami łowców wracających z Czarnego Lądu, naszła mnie myśl trochę w kontrze do naszych przygód w Kambaku. Części z nas się wydaje, że busz to supermarket, a afrykańskie polowanie przypomina wypad do supermarketu. Sprawdzamy ceny, robimy plan i jedziemy z przekonaniem, że wystarczy wziąć towar z półki i włożyć do koszyka. Często irytuje nas podejście zagranicznych myśliwych, którzy w taki sposób myślą o polowaniu w Polsce na byki, ale mamy dokładnie takie samo podejście za granicą. Słowa „powinien”, „musi”, „trzeba” najlepiej przed wyjazdem zostawić w domu. Jak to mawia mój doświadczony znajomy – pewne na 100% jest wtedy, kiedy już znajduje się na rozkładzie. Zastanawiam się czasem, ile jeszcze w myśliwskim świecie będzie pokutować przeświadczenie, że safari w Afryce to banalne polowanie, niczym zakupy w sklepie. Nie da się w tydzień przeżyć wszystkiego, zwłaszcza kiedy mierzymy się z kudu i elandem. Pisałem o tym wiele razy. To nie bułka z masłem, za to satysfakcja po udanym podchodzie jest nie do opisania.

Pożegnam się słowami legendy afrykańskiego łowiectwa: jak przyjmujesz to, czym cię busz obdarza, to obdarzy cię ponad miarę. Gdy sam zaczynasz dyktować naturze warunki, nigdy nie wrócisz z polowania zadowolony.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Spotkanie

To był wyczerpujący dzień. Poranne wyjście obdarzyło nas stadem gnu, które zdobywaliśmy w pocie czoła. Omulu [gnu w języku oshiwambo – przyp. aut.] spotkaliśmy, gdy schodziły z żerowisk do ostoi. Podążaliśmy za nimi, jednak na strzał ustawiały się tylko prowadzące krowy. Stado było uformowane w charakterystyczny sposób – z zewnątrz szły czujne i doświadczone samice, a cały środek wypełniała beztroska młodzież. To szyk zapewniający obronę przed drapieżnikami, jak się przekonaliśmy – również przed tymi dwunożnymi. Czujne oczy krów nie wybaczyłyby błędów przy podchodzie. Jednak wszyscy się zawzięliśmy. Paulus krok po kroczku prowadził nas od drzewa do drzewa. Przy gęstych akacjach mieliśmy chwilę na głębszy oddech i wyprostowanie kości. Udało nam się obejść kilka patrolujących teren par oczu i nozdrzy. Cała ta operacja trwała długo, ale udało się tak zaskoczyć stado, że bez większego popłochu wyciągnęliśmy z niego dwa młode byczki jednego po drugim.

Po śniadaniu czekał nas długi podchód. Nie wiem, ile kilometrów nabiliśmy, ale gdy wróciliśmy do samochodu, miałem wrażenie, że nikt nie ma siły ruszyć ręką ani nogą. Nie widzieliśmy zupełnie nic. Nawet steenboka [antylopik zwyczajny – przyp. red.], których zawsze pełno podnosiło się w buszu. Żadnego guźca czy strusia, żadnej żyrafy – istna pustynia. W dodatku słońce i nieludzka temperatura zrobiły swoje. Gdy kończyliśmy podchód, osobiście czułem się jak pieczona w brytfance gęś, z której wytapia się tłuszcz. Nie pamiętam, kiedy wcześniej tak się przegrzałem na polowaniu. W czasie jazdy do obozu pomyślałem, że wszystkie stworzenia sawanny przeczekują skwar gdzieś w gąszczu, tylko my jesteśmy tacy narwani, by się ruszać w tych okolicznościach. Komisyjnie ustaliliśmy, że wieczorne wyjście spędzamy nietypowo dla naszej czwórki, czyli – jak to trafnie określił jeden z nas – „na grzędzie”.

Ambonę wybraliśmy niezłą, bo z widokiem na czerwoną ścianę płaskowyżu Waterberg i szerokim polem do obserwacji pobliskiej sawanny. Rozsiedliśmy się wygodnie i każdy z nas zaczął się oddawać atmosferze niczym nieskrępowanej przestrzeni i poczucia totalnej wolności. Żadnych sztucznych, wytworzonych przez ludzką cywilizację dźwięków, tylko szum wiatru i śpiew ptaków. Jeszcze zanim wyszły pierwsze guźce, wspólnie oceniliśmy, że z „grzędą” to był dobry pomysł.

Pojawiły się guźce, potem strusie, a w końcu na wolną przestrzeń zawitało stado impali. Zgodnie z naszą świętą zasadą, która brzmiała: „Bierzemy, czym akurat busz obdarzy”, ze stada wybraliśmy młodą antylopę. Dwuletni byk spisał testament 5 m od miejsca strzału. Słońce chyliło się ku zachodowi, zostało nam może 20 minut dnia. Stwierdziliśmy, że poczekamy tę chwilę, a nuż wyjdzie coś jeszcze – i wyszło. W jednym momencie daleko z lewej między drzewami przemknęła sylwetka offino [oryks w języku oshiwambo – przyp. aut.], z prawej zaś pewnym, wręcz dziarskim krokiem z buszu wyskoczył pokaźny guziec. Jak się okazało, trasa jego wędrówki pokrywała się z drogą strzelonej impali. Guziec, gdy zbliżył się do leżącego na wznak zwierzęcia, aż podskoczył ze zdziwienia. Na ten widok Paulus opuścił głowę z wyraźną rezygnacją i powiedział:

O nie, nieznośny wieprzek.

W tym samym czasie szepnąłem do kompanów:

Z lewej idzie do nas oryks. Trzeba się przygotować.

Pech chciał, że była kolej strzelania myśliwego, który siedział najdalej z prawej. Ja z Paulusem znajdowaliśmy się z lewej. Mieliśmy dość niefortunne ustawienie na ambonie, tym bardziej że musieliśmy bacznie obserwować i lewą, i prawą stronę. Złożyliśmy się do oryksa, tymczasem drugi myśliwy pokazał na leżącą impalę i rzucił półgłosem:

– Patrzcie!

Przyłożyłem do oczu lornetkę i zobaczyłem wielkie szable szykujące się do szarży na leżącą sztukę. Guziec wpadł w nią z całym impetem i podrzucił tuszę do góry. Echo łamanych żeber poniosło się po okolicy. Guziec stanął jak wryty. Widzieliśmy, że nie może się doczekać uczty. Cała sytuacja była tak zaskakująca i komiczna, że „grzęda” zaczęła się kiwać od naszych z trudem tłumionych śmiechów. Paulus opanował się jako pierwszy, wskazał na oryksa i powiedział:

Strzelamy albo nie, bo z impali niedługo nic nie zostanie.

Oryks znalazł się na granicy strzału, jednak zaniepokojony całą sytuacją ustawił się do nas tyłem i odwrócił łeb. Myśliwy, ledwo powstrzymując śmiech, trzymał go w lunecie. Czekał na sygnał ode mnie, z kolei ja czekałem, aż oryks pokaże blat. Paulus i drugi myśliwy obserwowali impalę. W razie kolejnego kontaktu szabel z naszą zdobyczą mieli przerwać szturm i ocalić kolację. Każdy z nas liczył sekundy, kiedy guziec poczynał sobie z impalą coraz odważniej, a oryks stał nieruchomo. W końcu młody byk ustawił się blatem. Zaznaczył strzał, jednak uszedł w gąszcz. Wydawało mi się, że został trafiony, ale strzał był trochę spóźniony.

Czekamy tyle, ile potrzeba na wypalenie papierosa, idziemy po latarki i zaczynamy poszukiwania. Zestrzał okazał się pusty. Krążymy wokoło, a Paulus znajduje trop, który jak zawsze dla zwykłych śmiertelników jest mało widoczny. On, ja i strzelec ruszamy tym śladem. Z oryksem nie ma żartów. W blasku latarki dostrzegam błysk oczu. Oświetlam miejsce pod gałęzią. Młody byk leży z łbem przygotowanym do szarży. Drugi strzał kończy jego historię. Zadowoleni, że i oryks leży, i impala cała, wracamy do drogi. A tam spotkanie…

Jeden z nas oświetlał trawy podczas marszu i nagle najechał światłem na dwa błyszczące zielone punkty. Stanęliśmy jak wryci. Paulus rzucił:

Ongue [lampart w języku oshiwambo – przyp. aut.].

Wszyscy przykładamy lornetki do oczu.

Nie, to steenbok, widać całą sylwetkę – komentują myśliwi. Paulus machnął przecząco palcem, ale nie skomentował tego, co usłyszał. Ja nie dostrzegłem żadnej sylwetki, tylko dwoje wpatrzonych w nas zielonożółtych oczu. Co prawda odznaczały się za nisko jak na pokaźnego kota, ale z drugiej strony mógł on po prostu leżeć. Kwituję:

To na pewno jakiś drapieżnik, bo patrzy cały czas prosto na nas. Antylopa po chwili by się ruszyła i obróciła łeb. A te oczy nawet nie drgną.

Postanowiliśmy nie sprawdzać, kto ma rację. Wrzuciliśmy antylopy do auta i ruszyliśmy naszym klekotem w drogę powrotną.

Gdy siedzieliśmy przy ognisku, Paulus powiedział do mnie:

Tylko jedno zwierzę patrzy w taki sposób.

Wzruszyłem ramionami. Nie dawało mi to spokoju przez resztę wieczoru. Emocji i przygód mieliśmy dużo tego dnia, jednak zasypiając, myślałem jedynie o tych zielonożółtych, świecących oczach.

Nazajutrz polowaliśmy niedaleko. Kiedy tamtędy przejeżdżaliśmy, uznaliśmy, że sprawdzimy, co to mogło być. Pozbawiło nas to złudzeń – na śladach ciągnięcia antylopy widniał świeży trop lamparta. Czuł krew i zaciekawiło go, co się dzieje, dlatego poprzedniej nocy, leżąc w trawie, obserwował całą sytuację, a gdy odjechaliśmy, przyszedł to sprawdzić. Jak się okazało w skupie, młody oryks miał starą ranę, która musiała mu się dawać we znaki, bo masą tuszy znacząco odbiegał od normy. Widać lampart miał go na oku…

Takie spotkania zawsze są sporadyczne, przypadkowe i mają zupełnie nieprzewidywalny przebieg. To dobrze, bo są przygodą. Ale też przestrogą. Myśliwy powinien zawsze pamiętać, że czy to w lesie, czy to w buszu nigdy nie poluje sam.

Jakub Piasecki
 

Czytaj więcej

Wielkie stado

Szczęśliwi z porannego wyjścia (pisałem o nim w poprzednim wpisie TUTAJ) wróciliśmy do obozu. Myśliwi zaczęli streszczać reszcie grupy, jaką mieliśmy dawkę emocji. W naszej kuchni zaczęło pachnieć pieczonym mięsem oryksa, co oznaczało, że już niedługo śniadanie. Siedliśmy z Paulusem razem przed węglami dopalającymi się z poprzedniego wieczora.

To było dobre polowanie – powiedziałem.

Tak, choć mam przeczucie, że nie widzieliśmy nawet połowy tego stada – odparł Paulus.

W sumie podeszliśmy je tak, że nie wiedziały, co się dzieje. Może się zbytnio nie oddaliły? Jak myślisz? – zapytałem.

Myślę, że jak spróbujemy z nimi po południu, to mamy duże szanse – rzekł Paulus, jednocześnie wydając bezapelacyjny wyrok co do formy wieczornego wyjścia.

Zostawiliśmy samochód przy najbliższej drodze od miejsca, gdzie rano strzeliliśmy starą krowę. Na początek zrobiliśmy szeroki łuk po buszu, szukając tropów stada. Co chwilę jak spod ziemi tuż przed nami podrywał się to samotny oryks, to steenbok [antylopik zwyczajny – przyp. red.]. W pewnej chwili Paulus złapał świeży trop pojedynczego starego byka. Ruszyliśmy za nim. Ślady mówiły, że ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.] szedł spokojnie, co chwila przystawał, krążył i wybierał co młodsze gałęzie kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.]. Nagle do jednego tropu dołączyły kolejne. Paulus zatrzymał się i powiedział: – Elandy zmierzają w kierunku wodopoju. Ruszamy za nimi, bo słońce idzie ku zachodowi. Przyspieszyliśmy kroku. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż stado antylop wędrowało szeroką wydeptaną ścieżką, na której nic nie szeleściło. Szliśmy bardzo szybko, można by nawet stwierdzić, że prawie truchtaliśmy. Gdzieś w oddali mignęły mi wielkie grzbiety. Machnąłem do kompanów w geście ostrzegawczym. Byliśmy już tak zgrani, że każdy zrozumiał. Podchodziliśmy nisko na nogach. Co jakiś czas przystawaliśmy i patrolowaliśmy otoczenie. Stado znajdowało się 300 m przed nami. Na kolanach skróciliśmy dystans do ok. 100 m.

Naraz wstaję i rozkładam podpórkę. Łowca już jest na trójnogu. Po naszej prawej słychać klikanie i widać wielkie cielsko starego byka, który znika z pola widzenia niczym duch. Naprzeciw nas stoją cztery krowy i patrzą prosto na nas. Widzę kątem oka, że na godz. 14 przesuwają się sylwetki, które zaraz wyjdą na doskonałe pole rażenie. Podnoszę podpórkę i przestawiam razem ze strzelcem w odpowiednią stronę. – Celuj cały czas, ale słuchaj mnie uważnie. Powiem, która sztuka – szepczę. Idzie krowa. Ostrzegam: – Nie strzelaj! Potem druga i trzecia, a za nimi całe mnóstwo cielaków z tego roku. Cielaki idą… Idą… Idą… Wcale nie szły wolno, po prostu było ich grubo ponad 80! Rozważam: „Myśliwy za długo jest złożony. Takie mierzenie przez kilkanaście minut na pewno nie wpływa dobrze na celność strzału, a elanda w nocy na pewno nie chcę szukać”. Radzę cicho: – Poczekaj, odpocznij trochę. Łowca unosi się więc z podpórki. Wtem Paulus szturcha mnie w ramię. Odwracam głowę, a po mojej lewej pełno przesuwających się w naszym kierunku sylwetek młodych, 2-letnich antylop. Odwracam się, żeby znowu przestawić podpórkę, i widzę, że po naszej stronie również zrobiło się mnogo. Doświadczony myśliwy nie musiał czekać na gest – już jest złożony, czeka na osąd mój i Paulusa. Wychodzą krowy. Komenderuję: – Czekamy. Paulus na to: – Idzie młodzież. Rzeczywiście, do linii strzału zbliżają się trzy młode elandy. – Z tych, które wyjadą ci teraz, możesz wybrać każdego, który ustawi się blatem i zatrzyma do strzału – mówię cicho do myśliwego. Przykładam lornetkę do oczu. Widać wszystko jak na patelni: czysta piękna linia strzału, dystans może z 70 m. Rusza pierwszy. Widzę kątem oka, jak wędruje za nim masywna lufa mausera. Zatrzymuje się. Pada strzał! Idealnie środek blatu, pięknie zaznaczony strzał. – Jest dobrze! Wspaniale strzeliłeś! – chwalę myśliwego.

Tymczasem zaraz po wystrzale zaczyna się akcja, której szybko nie zapomni żaden z naszej czwórki. W niebo unosi się tuman kurzu od ucieczki trafionej sztuki. Elandy są zdezorientowane. Stoimy blisko siebie i każdy z nas oddaje się cudownemu widokowi. Dosłownie każda wolna przestrzeń w promieniu 180 stopni wypełnia się wielkimi antylopami. Jedne patrzą, drugie w popłochu biegną w busz, jeszcze inne pędzą na nas i zatrzymują się ze 40 m od nas. Pole widzenia mieliśmy dość dobre, bo dokoła nas rozciągała się otwarta przestrzeń. Liczba osobników była co najmniej imponująca, jeśli nie zwalająca z nóg. Każdy z nas próbował liczyć, ale się nie dało, bo w elandzim stadzie panował chaos i co chwilę nowe podgrupy pojawiały w polu widzenia. W końcu zwierzęta zdecydowały się na ucieczkę w gęstwinę, co sprawiło, że niebo dokoła nas zrobiło się czerwone od pyłu i kurzu. Jakby tego było mało, z gąszczu wybiegły na nas zebry, które tak jak my nie wiedziały, co się dzieje. Stanęły koło nas w szeregu i zaczęły prychać. Otoczeni przez władców buszu czekaliśmy w bezruchu na koniec tego spektaklu.

Gdy wszystko się uspokoiło i już pokonywaliśmy któryś kilometr do samochodu, spytałem Paulusa:

Tate, ile było tych ongarangombe? Według mnie gdzieś ok. 250.

– Nie, według mnie na pewno ponad 350 – odpowiedział Paulus. A on rzadko kiedy się myli… Oczywiście młody eland leżał 50 m od miejsca pięknego komorowego strzału. Nie jest łatwo zachować zimną krew w takich okolicznościach. Dodam, że mieliśmy za sobą cały dzień aktywnego podchodu w upale. 

Takie łowy i emocje są możliwe tylko z podchodu. I tylko wtedy, kiedy myśliwy przeżywa polowanie całym sobą. Całą tę historię skwituję następująco: kilka dni chodziliśmy za elandami bez skutku, nie widzieliśmy żadnego świeżego tropu. Właściwie trudno mi było przekonywać myśliwych, że te zwierzęta naprawdę żyją w Kambaku. Co dnia robiliśmy wiele kilometrów po bardziej lub mniej dostępnych ostojach i nawet nie widzieliśmy tych olbrzymów. Zamiast spotkania oko w oko odciski na stopach, spalona słońcem skóra i wyczerpanie. Klikanie stało się mistycznym dźwiękiem, którego bezskutecznie wysłuchiwaliśmy. Ale cały czas próbowaliśmy, ciesząc się z tego, czym akurat obdarzał nas busz.

Polowanie z podchodu na sawannie polecam wszystkim, którzy myślą, że łowy w Namibii to „strzelanina w ogrodzeniu”.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Rozpracowany eland

Zatrzymaliśmy się na eland post [lokalne określenie miejsca na farmie, gdzie występują elandy – przyp. red.]. Paulus swoim charakterystycznym krokiem (przypominającym chód rapera) podszedł do wodopoju i zaczął uważnie badać grunt. Ja z kolei wykopywałem piasek w powietrze, by sprawdzić wiatr. Myśliwi dziwnie na nas patrzyli, bo w rzeczy samej dla niewtajemniczonych ten widok bardziej przypominał scenę z komedii niż profesjonalne polowanie.

Paulus przystanął, specyficznie machnął ręką i stwierdził: – Młody ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.]. Przesunął się kawałek dalej i znowu machnął ręką: – Następny. O, i jeszcze jeden. Zbliżyłem się do niego i zobaczyłem, że rzeczywiście w miejscach, gdzie Paulus dawał znak dłonią, widniały odciśnięte wielkie racice młodych elandów. Znów kopnąłem nogą piasek. – Dobry wiatr – uznałem. Kątem oka dostrzegłem, że myśliwi wymienili spojrzenia z uśmiechem na ustach. To była nasza kolejna próba z tą największą antylopą świata. Łowcom bardzo zależało na tym, by stanąć z nią oko w oko. Mnie, nie ukrywam, również, bo uwielbiam polowanie na to zwierzę. Od samego początku wierzyłem, że nam się powiedzie, bo myśliwi przejawiali taką determinację, że podchód wychodził nam profesjonalnie. Aż trudno uwierzyć, ile sztuk udało nam się niepostrzeżenie podejść w cztery osoby. Zawsze uważałem, że dobry podchód to klucz do niezapomnianych łowów, i to bez znaczenia, na którym kontynencie. Jeżeli ktoś ma doświadczenie w polowaniach z podchodu, to afrykańska sawanna jest dla niego wymarzonym polem do popisu.

Ruszyliśmy śladem młodych elandów. Powoli, bezszelestnie i z nadzieją pokonywaliśmy kolejne setki metrów, zagłębiając się w gęsty busz. W pewnym momencie Paulus się zatrzymał i zbadał ekskrementy na drodze, którą podążaliśmy. Odwróciłem się do kompanów i przestrzegłem:– Teraz 100% skupienia. Jesteśmy blisko, ten trop to świeżynka. Od tej chwili podchód się zmienił. Szliśmy kroczek za kroczkiem, bardzo uważnie stawiając stopy. Tropy antylop wskazywały, że zwierzęta poruszają się wolniej i co chwila zatrzymują się na żerowanie. My podobnie co kilka kroków przystawaliśmy, dokładnie się rozglądaliśmy i nasłuchiwaliśmy łamanych gałęzi. Wszyscy tak się skupili na tym skradaniu, że nikt nie zauważył, kiedy dystans naszego podchodu można było zacząć mierzyć nie w metrach, ale w kilometrach. Jedną za drugą gałązkę wystającą na naszej drodze ostrożnie rozpracowywał każdy członek eskapady. A to przeciskamy się pod gałęzią, a to delikatnie ją przesuwamy, a zaraz znowu trzeba ostrożnie obejść przeszkodę, by po chwili dać nura i niemal na czworaka prześlizgnąć się pod parasolem pełnym cierni. W końcu wyszliśmy na coś w rodzaju polanki. Paulus od razu padł na ziemię. Błyskawicznie machnąłem ręką do towarzyszy i wszyscy jak jeden mąż znaleźliśmy się na kolanach. – Ongarangombe – Paulus wskazał na przesmyk. Podniosłem się ponad trawy i w szkłach lornetki zobaczyłem przesuwające się stado. Po odgłosach klikania z prawej i lewej strony wnioskowałem, że widzimy tylko część zwierząt. Wysunęliśmy się pod drzewo i zaczęła się długa obserwacja stada. Żaden z nas nie chciał się pomylić, tym bardziej że stado tworzyły głównie krowy i ich potomstwo z ostatnich trzech lat. Elandy rzadko kiedy dają się długo obserwować. Przeważnie decyzja musi być szybka i precyzyjna. Paulus wybrał kilka rocznych byczków, które nadawały się do selekcji. Moją uwagę zwróciła stara krowa przesuwająca się wśród młodych. W tym momencie między nami a elandami przeszedł stary byk oryksa z jednym ułamanym rogiem. Oczywiście nadawał się do odstrzału selekcyjnego, jednak miny łowców mówiły wszystko – dzisiejszym wyzwaniem jest ongarangombe.

Stado się przesunęło, a my za nim. Wychynąłem zza krzaku kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.] i rozstawiłem podpórkę. Myśliwy bez zbędnych rozmów już układa broń na pastorale. Szepczę: – Widzisz grupę czterech elandów stojącą pod drzewem? Przytaknął gestem. – Pierwszy z lewej to młody byk. Jak przesunie się krowa stojąca za nim i będziesz miał czyste pole, to wal z całych sił. Ponownie potwierdził gestem. Przykładam lornetkę i czekam. Niestety, elandy zmieniają konfigurację na równie niekorzystną. Paulus zarządza: – Podchodzimy bliżej. Znów wszyscy czterej jesteśmy na kolanach i powoli jak żołnierze czołgamy się pod następną pokaźną akację między nami a stadem. Paulus wstaje jako pierwszy i od razu z powrotem pada na ziemię. – Cholerne zebry – kwituje. Po prawej stronie ich stado bacznie obserwuje nasze zmagania. – Nikt się nie rusza! Jeżeli zebry się spłoszą, to pozamiatane! – powiedziałem do myśliwych. Zastygliśmy. Gdyby ktoś miał superczuły mikrofon, usłyszałby tylko odgłos kropli potu spadających na ziemię. Sytuację uratował młody ogier, który trochę pogonił klaczki. Korzystając z zamieszania, ustawiamy się pod drzewem. Z dala dostrzegamy grzbiety przesuwających się elandów. Widzę po Paulusie, że zaczyna planować, jak zajść im drogę. Myśliwy puka mnie w ramię, by zwrócić uwagę, że niedaleko nas jest jeszcze jeden ongarangombe. Razem z Paulusem łapiemy lornetki i wymieniamy krótkie zdania:

Stara babcia.

Strzelamy.

Rozstawiam pastorał. Myśliwy ponownie ląduje bronią na nim i czeka na instrukcje. Mówię szeptem: – Z lewej idzie eland. Jak się zatrzyma, to strzelaj. Spokojnie, masz dużo czasu, a dystans to maksymalnie 70 m. Eland wyklikał na linię strzału i stanął. – Wal! – zakomenderowałem, a antylopa uniosła łeb. W tym momencie padł strzał. Zwierzę runęło właściwie w miejscu, w którym stało. Myśliwy błyskawicznie zarepetował. – Spokojnie, jest twój – powiedziałem.

Zużyte w zasadzie na równo z dziąsłem trzonowce, popękane, wyświechtane rogi i ogólne wychudzenie zwierzęcia stanowiły dowód na przynajmniej 25 lat i bardzo dobrą selekcję. Radości nie było końca. Pierwszy eland, i to jeszcze taki stary, upolowany w pięknym stylu. Paulus aż skakał z radości, a ja poczułem, że znów żyję.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Dziękujemy!

Nadszedł koniec naszej afrykańskiej przygody. To jak na razie ostatni wpis. Chcielibyśmy podziękować redakcji „Braci Łowieckiej” za pomoc w prowadzeniu bloga. Dziękujemy też wszystkim, którzy byli z nami przez te 11 miesięcy, czytając nasze relacje i wspierając nas dobrym słowem. Dziękujemy również za słowa krytyki.

Chcielibyśmy jednocześnie przeprosić tych, którzy poczuli się urażeni treściami czy zdjęciami pojawiającymi się na blogu. Zdajemy sobie sprawę, że bardzo dużo wpisów wymaga wyjaśnień i sporego dopowiedzenia. Treść, która trafiała do internetu, często była tworzona w trudnych, niesprzyjających warunkach, uniemożliwiających dokładne przemyślenie i opisanie danego problemu z więcej niż jednego punktu widzenia. Chętnie spotkamy się ze wszystkimi, którzy chcieliby usłyszeć więcej o naszych przygodach. Zainteresowanych polowaniem w Kambaku prosimy o kontakt e-mailowy pod adresem: witamy@kambaku.com.

Chyba nie trzeba się rozwodzić nad tym, jak trudny jest dla nas powrót do Ojczyzny. Osoby, które czytały nasze wpisy, na pewno poczuły towarzyszący nam zachwyt surowym afrykańskim światem mieszający się przywiązaniem do rodzimej przyrody. Z jednej strony – tęsknota za „domem naszych ojców”, z drugiej – wizja bezrobocia.

Nie powiemy, że ten rok był tylko łatwy i kolorowy, bo to nieprawda. Jednak żadne z nas nie zamieniłoby tego czasu spędzonego w Kambaku na nic innego. Każda, nawet najtrudniejsza chwila warta była przeżycia i zostanie przez nas zapamiętana do końca życia. Podczas pakowania towarzyszyło nam przeczucie, że to nie koniec, że jeszcze tu kiedyś wrócimy. W Afryce pożegnała nas słoneczna pogoda z upałami w okolicy 40 stopni oraz uśmiechnięci, szczęśliwi i szczerzy przyjaciele. W Polsce przywitał nas deszczowy dzień z temperaturą ok. 3 stopni, a na chodnikach stolicy – twarze bez wyrazu o smutnych oczach. Moją pierwszą myślą po lądowaniu było wspomnienie piosenki „Ludzie bez twarzy” zespołu KSU.

Przeskok klimatyczny jeszcze daje o sobie znać. Jednak przeskok kulturowy niemal zgniótł nasz wewnętrzny potencjał. Ciągle pytamy się: co my tu właściwie robimy? Komu ufać? Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Chyba tak to już jest, że człowiek z dala od domu tęskni za czymś, co w rzeczywistości okazuje się minionym wspomnieniem. Nasz świat pędzi do przodu, nie zważając na nic. Trudno teraz wskoczyć do tej ciągle przyspieszającej maszyny, kiedy jeszcze kilka dni temu żyło się powoli, innymi priorytetami w mającej czas Afryce.

Chyba najlepszym podsumowaniem naszej przygody będzie stwierdzenie, które wyryło się na naszych sercach definiując jednocześnie to, co było, jest i mamy nadzieję, że będzie.

ONE LIFE – LIVE IT!

Kuba i Paulina Piaseccy

Czytaj więcej

Pożegnanie z polowaniem

Dni do wylotu zbliżają się wielkimi krokami. Nasze projekty przebudowy farmy są praktycznie zakończone. Plany działań na przyszły rok zostały już omówione, a nasze obowiązki – przekazane dalej. Przed nami jeszcze tylko kilka dni na spokojne naładowanie baterii i pożegnanie dzikiego świata, który oboje zaczęliśmy nazywać domem.

To miała być jedna z moich ostatnich łowieckich aktywności. Nie miałem ochoty na jakieś intensywne tropienia, lecz na zwykły spacer ze sztucerem na ramieniu. Potrzebowałem chwili w samotności, by przemyśleć i podsumować nasz pobyt w Kambaku. Ale jak to zawsze bywa w takiej sytuacji: jak myśliwy nie chce, to zawsze spotka coś interesującego. Tak się stało i tym razem. Klikanie elanda niemal natychmiast pogrzebało ideę spokojnego spacerku. Nie planowałem strzelać, jednak usłyszeć w buszu antylopę i się z nią nie zmierzyć to jakby grzech zaniechania.

Teren sprzyjał cichemu podchodowi. Elandy były dwa i przemieszczały się jeden za drugim w bardzo gęstym fragmencie buszu. Podchód wyszedł mi niemal idealnie. Antylopy mnie nie zwietrzyły, po drodze moją obecnością nie spłoszyło się też żadne inne zwierzę. Wysunąłem się na trawiastą lukę, w kierunku której zmierzały dwa olbrzymy, i rozstawiłem podpórkę, by oprzeć na niej lornetkę. Nie musiałem długo czekać. W odległości 60 m dostrzegłem górę mięśni wychodzącą na polanę. Jako pierwszy wyłonił się kilkunastoletni byk o ogromnym, regularnym trofeum. Moja ukryta pozycja gwarantowała mi dokładną obserwację. Do dziś uważam, że samiec, którego wtedy zobaczyłem, ocierał się o rekord regionu (albo lepiej). Symetryczne, grube i niewyobrażalnie długie rogi pięknie komponowały się z umięśnioną sylwetką zwierzęcia. Ucieszyłem się z tego spotkania. Taki byk powinien – jak to się mówi – reprodukować, ile wlezie. Po chwili wysunął się drugi eland. Nie musiałem patrzeć przez lornetkę, by zobaczyć, z czym mam do czynienia. Sztucer nie wiadomo kiedy znalazł się na podpórce, a jedno oko już widziało zwierzę w krzyżu. Byk zauważył ruch za gałęziami i zaciekawiony ustawił się do mnie na kulawy sztych. Musiałem czekać, nie chciałem ryzykować strzału. Pierwszy zwierz ani drgnął, a drugi obszedł mnie dokoła, czekając na mój najmniejszy błąd – jakiś ruch, odgonienie muchy, potknięcie albo zachłyśnięcie. Stałem jak zamurowany. Za wszelką cenę chciałem spróbować swoich sił. Naprzeciw mnie było wychudłe, długie cielsko z grzywą szorującą po ziemi. Jeden króciutki wyświechtany róg, drugiego nie ma w ogóle. Wiedziałem, o co toczy się gra – to zdecydowanie najstarszy eland, jakiego spotkałem. Najstarszy z duchów. Zwierzę sprawiało wrażenie ledwo stojącego na nogach.

W końcu „kulawy sztych” przerodził się bardziej w „prawie komora”. Zmęczony niemal 40-minutowym oparciem na podpórce oddałem strzał. Od razu wiedziałem, że jest źle, bo w trakcie gdy oddawałem strzał, zwierzę zamachnęło się głową, po czym znikło. Pierwsza myśl – eland „złapał” kulę głową, na pewno dostał. Oznaczało to bardzo złą sytuację, ponieważ rany łba należą do takich, które się nie goją, i zwierzę męczy się tygodniami np. z potrzaskanym dziąsłem. Moją diagnozę potwierdziły fragmenty kości oraz spore ilości farby na zestrzale. No tak, już wcześniej wydawało mi się to niebywałe, że przez niespełna rok intensywnego polowania czasem cztery razy dziennie nie narobiłem żadnego bigosu ani nie miałem na swoim koncie żadnego postrzałka.

Wkurzony na siebie wróciłem do domu, bo wieczorne poszukiwania mijały się z celem. Ranny eland znajduje się non stop w ruchu, a w nocy nie ma szans na dostrzelenie go ze względu na ograniczoną widoczność. Jedyną szansą były umiejętności mojego przyjaciela Paulusa. Mój szef okazał się, jak zwykle w takich sytuacjach, przygnębiony, ale zarazem wyrozumiały dla sprawcy. Powiedział: – You are only a human, shit happens all the time. I am sure you will get him tomorow. Paulus, gdy usłyszał o nadchodzącej misji, od razu udał się na spoczynek. Obaj wiedzieliśmy, co oznacza taki strzał – cały dzień tropienia przy piekącym słońcu bez chwili odpoczynku.

Następnego dnia jeszcze pod osłoną nocy dotarliśmy w miejsce mojego „profesjonalnego” strzału. Gdy tylko światła wystarczyło na tyle, by tropić, ruszyliśmy zakrwawioną ścieżką w gęsty busz… Eland ewidentnie miał potrzaskane kości szczęki. Na podstawie śladów Paulus wywnioskował, że zwierzę z trudem utrzymuje równowagę (uszkodzony nerw błędny). Po przejściu ok. kilometra znaleźliśmy miejsce, w którym byk stał dłuższą chwilę, bo krew była świeża. Eland znajdował się tuż-tuż. Trzymając 375 H&H bez lunety w gotowości do strzału, od teraz tropiłem przodem, a Paulus tylko mnie korygował, gdy podążałem w niewłaściwym kierunku. Broń okazała się niepotrzebna, bo po chwili weszliśmy na już nieżywego jednorogiego byka. Radość, niedowierzanie i duma – pominę informację, gdzie trafiła kula. Bardzo żałuje, że nie sfotografowałem żuchwy tego „dziadka”. Pierwszy raz widziałem coś takiego: wszystkie zęby trzonowe zebrane praktycznie do zera na wysokość dziąsła. Profesjonalni myśliwi stwierdzili, że wiek zwierza wahał się wokół 30 lat i nie wiadomo czy kolejny rok nie byłby jego ostatnim. Komisyjnie podjęliśmy decyzję, że jest to najstarszy eland, który został strzelony w Kambaku.

Szczęśliwe zakończenie tej historii było doskonałym ukoronowaniem mojej myśliwskiej przygody na namibijskiej farmie. Polowanie na elanda to dla mnie zaszczyt porównywalny z wizytą w Watykanie. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego zakończenia pobytu w Kambaku. Podjąłem decyzję, że było to moje ostatnie polowanie na Czarnym Lądzie i do wylotu nie wezmę sztucera do ręki.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Nie taki Niemiec straszny…

Zbliża się koniec naszej przygody. Jest to doskonały czas, by po 11 miesiącach przedstawić naszą pracę z zupełnie innej strony. Pisaliśmy o tym, co robimy, i staraliśmy się przybliżyć, jak wygląda nasza codzienność. Z naszych wpisów bez trudu dało się odczytać nasze intencje i towarzyszący nam nastrój – czy to przygnębienia, czy podniecenia. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której musimy wspomnieć: o relacji szef–pracownik. I bynajmniej nie po to, by się komuś podlizać, lecz by podzielić się przemyśleniami i być może obalić historycznie wykreowany mit.

Mówi się, że niełatwo jest mieć za szefa Niemca. Jeszcze przed wylotem, gdy wspominaliśmy, że będziemy pracować „dla Niemca”, często spotykało się to z dezaprobatą, a wręcz pogardą. Niejednokrotnie padały również stwierdzenia, że Niemcy przywłaszczyli sobie Namibię razem z ludnością tam zamieszkującą.

Mój, można już właściwie powiedzieć, były szef nie wpisuje się w żadną z tych ramek. Niby Afryka jest taka zacofana, a o dziwo my z Pauliną mieliśmy do czynienia z bardzo nowoczesnym i wydajnym systemem zależności służbowych. Niełatwo być szefem ludzi pochodzących z różnych kontynentów i reprezentujących skrajnie odmienne kultury. Jak więc osiągnąć efekty i jednocześnie mieć lojalnych pracowników? Każdy w Kambaku – bez względu na to, czy czarny, czy biały, czy z Europy, czy Afryki – na samym starcie zostaje obdarowany ogromnym kredytem zaufania. Podejmując pracę, staje się nie tylko pracownikiem, lecz także kimś w rodzaju członka rodziny. W Kambaku, w przeciwieństwie do przeciętnego miejsca zatrudnienia, musimy bowiem współpracować ze sobą zarówno w pracy, jak i po pracy. W praktyce jest to niesamowicie trudne, bo każdy co chwilę musi hamować swoje ego na korzyść „rodziny”. Klasyczny szef, który zawsze ma bezdyskusyjną rację, nie sprawdza się w tych warunkach.

Rodzina, jak wiadomo, potrzebuje ojca. Na co dzień każdy z nas „znał swoje miejsce w szeregu”, ale po pracy rzeczą normalną było to, że szef dziękował nam za wykonane zadania i godzinami dyskutował na rozmaite tematy, czasem nawet przy piwie. Każdy wiedział, co ma robić, i zdawał sobie sprawę z tego, że w razie niepowodzenia stoi za nim reszta „rodziny”. Zamiast straszenia, kar i represji było zaufanie, równe traktowanie i zrozumienie. Każdy, kto może nazwać swoje miejsce pracy drugim domem, czuje się za ten dom odpowiedzialny, broni go i szanuje. Gdy pracownik otrzymuje zaufanie oraz szacunek swojego szefa, to jakby naturalnie staje się dużo wydajniejszy, bo bardziej niż na pieniądzach zależy mu właśnie na tym zaufaniu i szacunku. Najważniejsza staje się następująca zależność: mój szef może na mnie liczyć, ale i ja mogę liczyć na swojego szefa.

Często obserwowałem sytuacje, kiedy kierownictwo farmy poświęcało godziny w ciągu dnia na to, żeby wytłumaczyć pracownikowi ideę przyświecającą konkretnej pracy. Każdy mógł dorzucić do tematu swoje trzy grosze, które, jeżeli były wystarczająco istotne, modyfikowały cały plan. Każdy wiedział też, dlaczego wykonuje dane zadanie, bo sam był jego współautorem.

Co chwilę dowiadujemy się z Pauliną, że ktoś z naszej załogi wyjeżdża na studia czy praktyki do Europy. Tylko przez ostatnich kilka lat parunastu Namibijczyków pracujących na naszej farmie miało szansę zdobyć fachowe wykształcenie i przy okazji zwiedzić nasz szalony, rzekomo cywilizowany świat. Wielu z nich otworzyło to drogę do prestiżowych miejsc pracy. Na farmie znajduje się dobrze wyposażony pokój komputerowy, gdzie po pracy każdy ma dostęp do internetu czy fachowego oprogramowania do nauki języków. Jest również szkoła w buszu, w której nauczyciele (również z Europy) prowadzą lekcje. W przypadku gdy pracownicy farmy pochodzą z bardzo ubogich rodzin patronatem Kambaku zostaje otoczona nie tylko osoba pracująca, lecz także jej bliscy. Pracownicy dostają ubrania, leki, sprzęt, jedzenie, mieszkanie, ubezpieczenia zdrowotne, szkolenia zawodowe i wiele innych korzyści.

Kiedyś zapytałem szefa, dlaczego wkłada tyle energii i pieniędzy w pracowników, którzy w każdej chwili mogą opuścić farmę i z otrzymanym wykształceniem znaleźć inną pracę. Odpowiedział mi: za każdą osobę, która przepracowała chociaż miesiąc w mojej firmie, czuję się odpowiedzialny. I tym zdaniem chciałbym zakończyć ten wpis, tłumacząc jednocześnie, jak to się stało, że ostatnie 11 miesięcy spędziliśmy właśnie w Kambaku.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Pancerny oryks

Wiosna już zagościła w Namibii na dobre. Z dnia na dzień jest coraz goręcej, w nocy również nie da się spać. Nagrzane afrykańskim słońcem betonowo-kamienne ściany naszego domu oddają ciepło po zmroku tak, że czujemy się jak w piekarniku.

Myśliwskie serce tym mocniej wyrywało się do buszu na polowanie. Tym bardziej czuło zew przygody w letniej aurze. Postanowiliśmy z Kubą dopiąć wszystkie obowiązki z danego dnia i najpóźniej o 16 ruszyć na łowy (w tym czasie zachód następuje dopiero ok. 19). Tak też zrobiliśmy: o 15.50 byliśmy gotowi do wyjazdu ze sztucerami, podpórką, lornetkami i zapasem wody. Zostawiliśmy samochód w gęstwinie akacji i ruszyliśmy marszem. Lejący się z nieba żar już po pół godzinie naszego podchodzenia zamienił się w strugi potu lejące się po głowie. A dookoła ani jednego świeżego śladu antylop, żadnego ruchu, powietrze także stało. Podeszliśmy jeszcze kawałek do miejsca, gdzie dawniej wykładano sól i minerały, a teraz zwierzyna ciągle lubi tam przychodzić. Postanowiliśmy zostać do wieczora. Korzystając z względnie wczesnej pory, zaczęliśmy budować naszą czatownię. Całą konstrukcję zrobiliśmy z ciernistych akacji, a od zewnętrznej strony uzupełniliśmy ją trawami i gałęziami z bardzo aromatycznego krzewu camphor bush (łac. Tarchonanthus camphoratus), który skutecznie eliminuje zapach człowieka i jest powszechnie wykorzystywany przez tutejszych przy podchodzeniu zwierzyny. Oczyściliśmy wnętrze naszej kryjówki z cierni i przysiedliśmy na ziemi w oczekiwaniu na jakiś ruch. Mija pół godziny i nic, godzina, a tu nadal nawet mucha nie przelatuje. Jako że myśliwska cierpliwość nie ma granic, trwamy w bezruchu i czekamy dalej. Słońce wędruje coraz niżej ku zachodowi, w końcu chowa się za horyzontem, a przy naszej skrytce wciąż żadnego poruszenia. Na farmie rzadko się zdarza, by wyjechać do buszu i nie napotkać żadnych zwierząt, jednak tym razem właśnie tak było. Można by się delektować tą ciszą sawanny bez końca. Ponieważ nie najlepiej widzę po zmroku, a już zaczęła się robić szarówka, uznałam, że poczekamy jeszcze z pół godzinki i się zbieramy. Aż tu nagle słyszymy trzask. Pod spokojnym i ostrożnym krokiem gałęzie łamią się jedna po drugiej. W następnej chwili pojawia się oryks, samiec w średnim wieku. Po ocenie długości obydwu rogów Kuba mówi: „Droga wolna, jest selekcyjny”. Układam się do strzału, ale w lunecie już niewiele widać. Po kilku minutach celowania ostatecznie łapię łopatkę w krzyżu i pociągam za spust. Od samego początku widzę, że jego reakcja jest niestandardowa, tzn. nie taka, z jaką do tej pory się spotykałam. Oryks kładzie się w miejscu strzału, lecz zauważam, że ciągle oddycha. Czekamy chwilę w naszej czatowni, ale sytuacja się nie zmienia. Szybko analizuję, gdzie mogła trafić kula. Płuca? Serce? Nie, po takim strzale oryks na pewno by gwałtownie się zerwał i pognał w busz. Żołądek? Tym bardziej nie – usłyszelibyśmy głośne echo uderzenia pocisku, a zwierz również nie zostałby na miejscu. Jedyne, co zostaje, to strzał na „puste” albo kręgosłup. Samiec nie jest w stanie się podnieść, czyli to na pewno kręgosłup. Podchodzimy spokojnie, krok za krokiem w mroku nocy, by nie zestresować oryksa. Ta antylopa, kiedy jest ranna, potrafi być szalenie niebezpieczna. To bardzo wytrzymałe zwierzę, nawet przy poprawnym strzale wystarczy chwila nieuwagi i dwa ostre jak szpikulce rogi mogą pozbawić łowcę kolejnych myśliwskich przygód. Kuba ostrożnie się zbliża ze sztucerem przygotowanym do strzału i dokładnie ogląda miejsce uderzenia kuli. Po chwili odwraca się do mnie i oddaje broń. Ostrożnie łapie ofiarę za rogi, a następnie jednym pewnym ruchem ręki przecina tętnicę szyjną. Na takie zachowanie można sobie pozwolić, gdy jest się naprawdę doświadczonym myśliwym. Ranne zwierzę powinno się dostrzelić, jednak mój mąż zawsze na wszystko ma swój sposób.

Czekamy jeszcze 20 minut, aż opadnie adrenalina, i ruszamy po samochód. To wydarzenie nauczyło mnie, jak niezwykle niebezpieczne bywa polowanie. W przypadku rannego zwierzęcia łowca musi wiedzieć, jak się zachować. Nagle się okazuje, że jeden nieprzemyślany ruch może pozbawić go życia. Poza tym już wiem, jak ważny jest trening strzelecki.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej

Namibijska wiosna

Dzień coraz dłuższy, niebawem czeka nas przestawienie czasu. Tak więc przez dwa tygodnie będziemy mieli tę samą godzinę co w Polsce. W ciągu dnia temperatury dochodzą do 38ºC i więcej. Jednym słowem: żar leje się z nieba. Tylko poranki pozostają jeszcze chłodne. Akacje uruchomiły rezerwy życia i całe połacie gęstego buszu zaczynają kwitnąć. Na piasku widać ślady wędrujących skorpionów i węży wygrzewających się po zimowej przerwie.

Co ciekawe, na niebie goszczą chmury, które niestety nie zapowiadają deszczu, lecz… pożary. To objaw pełni namibijskiej wiosny – burze z błyskawicami bez kropli deszczu i łuny ognia na horyzoncie widoczne z 10 km. Przez najbliższe tygodnie będziemy się modlić, by ogień ominął Kambaku. Mamy głęboką nadzieję, że w tym sezonie obfite opady przyjdą szybko. Jak na razie wszystko na to wskazuje.

Namibijczycy twierdzą, że antylopy czują nadchodzący deszcz. Tego roku może być ciekawie, bo większość z nich już się ocieliła. W przypadku oryksów jest to normalne, dla elandów – trochę przed czasem, natomiast jeśli chodzi o hartebeesty to już anomalia. Zazwyczaj młode tego gatunku pojawiają się w październiku po pierwszych deszczach, a w tym roku już teraz widzieliśmy kilka cielaków. To radosny okres, ponieważ dopiero co narodzone antylopy są bardzo pocieszne. Niezdarnie maszerują za matką i wsadzają łeb w każdą dziurę, ucząc się dzikiego świata. W zeszłym tygodniu w trakcie sprawdzania wodopojów napotkaliśmy z Paulusem stado elandów. Gdy zgasiliśmy samochód, po dorosłych oczywiście pozostał tylko unoszący się w powietrzu tuman kurzu. Tymczasem ku naszemu zdziwieniu w okolice samochodu podbiegło młode ciele. Zaczęło go obwąchiwać i bacznie się przyglądać dwóm panom w śmiesznym indyjskim pojeździe. Eland miał dopiero ok. dwóch tygodni, jednak wyraźnie było już widać, jak kolosalne rozmiary osiągnie to zwierzę. Od urodzenia wszystkie stawy ma nieproporcjonalnie wielkie – w przyszłości będą one dźwigać niemal tonę mięśni.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Trochę o organizacji farmy

Kambaku Safari Lodge zajmuje 8 tys. ha. Powierzchnia ta w zupełności wystarcza na zaspokojenie oczekiwań wszystkich gości, którzy tu przyjeżdżają, tak aby nikt nikomu nie wchodził w drogę i każdy mógł się cieszyć czasem spędzonym w Namibii. Całość składa się z pięciu naturalnie wydzielonych części. Jedna obejmuje teren wokół hotelu zawierający mnóstwo ścieżek i elementów infrastruktury stworzonych głównie do celów turystyki pieszej, fotografii, jazdy konnej, wycieczek rodzinnych czy atrakcji dla dzieci. Pozostałe areały są użytkowane przede wszystkim przez myśliwych oraz uczestników wypraw z przewodnikiem (konnych bądź pieszych).

Naszym zadaniem jest, by każdy z terenów łowieckich został atrakcyjnie przygotowany zarówno dla wielbicieli polowania z podchodu, jak i amatorów zasiadki. W tym celu wytyczamy w buszu nowe drogi, stawiamy ambony oraz konstruujemy wodopoje i miejsca do wykładania soli. Śmiało mogę powiedzieć, że już teraz cała farma jest bardzo profesjonalnie przystosowana pod kątem łowiectwa – lecz to temat na odrębny wpis.

Dwie główne pompy wodne zaopatrują całą farmę w wodę bieżącą, wodę do ogrodu oraz wodę do wodopojów dla zwierzyny. W razie przerwy w dostawie prądu w trakcie nieoczekiwanych burz generator prądu uruchamia się automatycznie. Gdyby on również nawalił, pompy wodne cały czas wspomaga charakterystyczna dla namibijskich farm pompa wiatrowa. Woda przeznaczona do wodopojów trafia do ogromnego zbiornika (o pojemności ok. 70 tys. l) ustawionego w najwyższym miejscu na farmie. Każdy wodopój jest połączony z tym ogromnym tankiem rurami kanalizacyjnymi biegnącymi pod ziemią. Rozprowadzanie wody następuje dzięki sile grawitacji, każdorazowo po wizycie antylop przy wodopoju. Poziom wody jest regulowany przez proste urządzenia – „pływaki”, które otwierają i zamykają zawór.

Nad prawidłowym funkcjonowaniem całej farmy czuwa ok. 50 osób. Część z nich to rodowici Namibijczycy, część pochodzi z innych krajów Afryki, a część przyjechała z Europy i znalazła się tutaj na praktykach zawodowych lub studenckich. W większości są to ludzie młodzi, przeważnie w wieku 20–30 lat. Wszyscy pracują w poszczególnych działach farmy: administracji, kuchni, pralni, ogrodzie, szeroko rozumianym dziale technicznym, dziale myśliwsko-terenowym, dziale serwisu hotelarskiego i dziale turystyczno-edukacyjnym.

Farma jest przygotowana na każdą ewentualność ze względu na bardzo ograniczony dostęp do dóbr cywilizacji. Z każdym problemem musimy sobie poradzić sami, dlatego w zespole mamy profesjonalną krawcową, zespół mechaników samochodowych, a nawet wykształconego architekta. Tak szeroki wachlarz specjalizacji pracowników pozwala również zapewniać gościom wszelkie możliwe atrakcje. Ponieważ załoga Kambaku jest uzdolniona muzycznie, często podczas wesel organizowanych w buszu przebiera się w regionalne stroje i śpiewa na żywo afrykańskie pieśni.

Wśród przewodników znajdują się ponadto osoby, które posiadają certyfikaty i uprawnienia do oprowadzania turystów po wszystkich parkach narodowych i regionach Namibii. Wszystko po to, by nasza oferta była jak najlepiej dostosowana do potrzeb odwiedzających. Na farmie rozmawiamy w wielu językach – przeważnie po angielsku, ale również po niemiecku, polsku i w rozmaitych dialektach afrykańskich.

Niesamowite jest obcowanie ludzi różnych narodowości i różnych kultur w jednym miejscu, z dala od cywilizacji. Wszyscy współpracują, by każdego dnia wspólnie osiągać cele. Co najciekawsze, nikt tu nie ma problemu z komunikacją.

Paulina Piasecka

Czytaj więcej