Zaczęliśmy od elandów

Świt był bardzo zimny. Szron na solarach świadczył o tym, że temperatura spadła poniżej 0°C. Niby Afryka, a o tej porze roku niezwykle surowa i przynosząca olbrzymie dobowe amplitudy temperatur. Chłodne poranki z przymrozkami szybko ustępują jednak wschodzącemu słońcu, bo już o 11 rano słupek rtęci skacze powyżej 27°C. Przy takich wahaniach szczególnie trudno dopasować odzież. Najlepiej ubierać się na cebulkę i wraz ze wzrostem temperatury pozbywać się kolejnych warstw.

Podczas rannego wyjścia Paulus prowadził nas w tę część farmy, gdzie szczególnie lubią przebywać stare byki elandów. Jednak oprócz tropów wielkich racic tej prawie tonowej antylopy nie widzieliśmy nic. Godziny mijały, a słońce zaczęło przypiekać europejską skórę. Myśliwi zrozumieli to, o czym wspominałem im jeszcze w samolocie – że podchód z Paulusem potrafi bardzo wyczerpać. Około godz. 11 zrobiliśmy przerwę i wróciliśmy pieszo do obozu na kawę. Spalone lica towarzyszów łowów i zrezygnowanie na twarzy mówiły wszystko. Myśliwi byli zmęczeni, spaleni słońcem, zrezygnowani i całkiem pozbawieni nadziei, że to, co robimy, ma sens, że ten podchód, choć pozornie bez celu, przybliża nas do ongarangombe. Ogromnym zdziwieniem i grymasem zareagowali na moje słowa, że plan na popołudnie wygląda tak samo – kontynuujemy podchód od miejsca, w którym zostawiliśmy tropy pięciu byków. Na szczęście był to dopiero drugi dzień naszego safari i łowcy zaufali nieomylnemu przeczuciu Paulusa.

Po przerwie zostawiliśmy samochód tam, gdzie zakończyliśmy ranne tropienie. Zaczęliśmy według takiego samego schematu. Po dwóch godzinach pot, wyczerpanie, poczucie bezsensu… A podprowadzający cięgle gna do przodu w coraz to gęstsze fragmenty buszu. Staram się wytłumaczyć myśliwym, że ten człowiek wie, co robi, i jesteśmy skazani na sukces – nie wierzą mi. Dopiero gdy nachodzimy na charakterystyczny klik, na twarzach malują się podniecenie i wojenne emocje. Wszyscy rozglądają się wokoło. Gdzieś zamajaczyło wielkie cielsko. Ale Paulus prowadzi nas w zupełnie innym kierunku. Próbuję polemizować, pokazując, skąd dochodzi klikanie, lecz przewodnik tylko się uśmiecha i dziarskim krokiem wkracza w gąszcz. Wskazuje ręką tylko sobie widoczne tropy. Po chwili wchodzimy na dużego, starego byka. Idealna sytuacja – bach!

To jedyna droga do elanda – jak już ci się wydaje to nierealne, powinieneś próbować dalej, zwłaszcza jeżeli ma się takiego myśliwego jak Paulus na tropie. Oczywiście można zasiadać przy wodopoju oraz soli i czekać, z tym że wymaga to wyjątkowego szczęścia. Powiem szczerze, że gdy Paulus zobaczył świeże tropy, ja już wiedziałem, jak to wszystko się skończy i co nas czeka w tym albo przyszłym dniu. To była kwestia wytrwałości i cierpliwości. Nie dość, że ten człowiek doskonale tropi, to jeszcze w wyjątkowy sposób przewiduje zachowanie zwierząt. Jednak trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Myśliwi, którzy z nami podchodzili elandy, regularnie i aktywnie polują w kraju, ale mimo to – jak sami stwierdzili – dawno nie dostali takiego wycisku.

Ostatnio, gdy czytałem komentarze na forach pod zdjęciami łowców wracających z Czarnego Lądu, naszła mnie myśl trochę w kontrze do naszych przygód w Kambaku. Części z nas się wydaje, że busz to supermarket, a afrykańskie polowanie przypomina wypad do supermarketu. Sprawdzamy ceny, robimy plan i jedziemy z przekonaniem, że wystarczy wziąć towar z półki i włożyć do koszyka. Często irytuje nas podejście zagranicznych myśliwych, którzy w taki sposób myślą o polowaniu w Polsce na byki, ale mamy dokładnie takie samo podejście za granicą. Słowa „powinien”, „musi”, „trzeba” najlepiej przed wyjazdem zostawić w domu. Jak to mawia mój doświadczony znajomy – pewne na 100% jest wtedy, kiedy już znajduje się na rozkładzie. Zastanawiam się czasem, ile jeszcze w myśliwskim świecie będzie pokutować przeświadczenie, że safari w Afryce to banalne polowanie, niczym zakupy w sklepie. Nie da się w tydzień przeżyć wszystkiego, zwłaszcza kiedy mierzymy się z kudu i elandem. Pisałem o tym wiele razy. To nie bułka z masłem, za to satysfakcja po udanym podchodzie jest nie do opisania.

Pożegnam się słowami legendy afrykańskiego łowiectwa: jak przyjmujesz to, czym cię busz obdarza, to obdarzy cię ponad miarę. Gdy sam zaczynasz dyktować naturze warunki, nigdy nie wrócisz z polowania zadowolony.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Wielkie stado

Szczęśliwi z porannego wyjścia (pisałem o nim w poprzednim wpisie TUTAJ) wróciliśmy do obozu. Myśliwi zaczęli streszczać reszcie grupy, jaką mieliśmy dawkę emocji. W naszej kuchni zaczęło pachnieć pieczonym mięsem oryksa, co oznaczało, że już niedługo śniadanie. Siedliśmy z Paulusem razem przed węglami dopalającymi się z poprzedniego wieczora.

To było dobre polowanie – powiedziałem.

Tak, choć mam przeczucie, że nie widzieliśmy nawet połowy tego stada – odparł Paulus.

W sumie podeszliśmy je tak, że nie wiedziały, co się dzieje. Może się zbytnio nie oddaliły? Jak myślisz? – zapytałem.

Myślę, że jak spróbujemy z nimi po południu, to mamy duże szanse – rzekł Paulus, jednocześnie wydając bezapelacyjny wyrok co do formy wieczornego wyjścia.

Zostawiliśmy samochód przy najbliższej drodze od miejsca, gdzie rano strzeliliśmy starą krowę. Na początek zrobiliśmy szeroki łuk po buszu, szukając tropów stada. Co chwilę jak spod ziemi tuż przed nami podrywał się to samotny oryks, to steenbok [antylopik zwyczajny – przyp. red.]. W pewnej chwili Paulus złapał świeży trop pojedynczego starego byka. Ruszyliśmy za nim. Ślady mówiły, że ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.] szedł spokojnie, co chwila przystawał, krążył i wybierał co młodsze gałęzie kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.]. Nagle do jednego tropu dołączyły kolejne. Paulus zatrzymał się i powiedział: – Elandy zmierzają w kierunku wodopoju. Ruszamy za nimi, bo słońce idzie ku zachodowi. Przyspieszyliśmy kroku. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż stado antylop wędrowało szeroką wydeptaną ścieżką, na której nic nie szeleściło. Szliśmy bardzo szybko, można by nawet stwierdzić, że prawie truchtaliśmy. Gdzieś w oddali mignęły mi wielkie grzbiety. Machnąłem do kompanów w geście ostrzegawczym. Byliśmy już tak zgrani, że każdy zrozumiał. Podchodziliśmy nisko na nogach. Co jakiś czas przystawaliśmy i patrolowaliśmy otoczenie. Stado znajdowało się 300 m przed nami. Na kolanach skróciliśmy dystans do ok. 100 m.

Naraz wstaję i rozkładam podpórkę. Łowca już jest na trójnogu. Po naszej prawej słychać klikanie i widać wielkie cielsko starego byka, który znika z pola widzenia niczym duch. Naprzeciw nas stoją cztery krowy i patrzą prosto na nas. Widzę kątem oka, że na godz. 14 przesuwają się sylwetki, które zaraz wyjdą na doskonałe pole rażenie. Podnoszę podpórkę i przestawiam razem ze strzelcem w odpowiednią stronę. – Celuj cały czas, ale słuchaj mnie uważnie. Powiem, która sztuka – szepczę. Idzie krowa. Ostrzegam: – Nie strzelaj! Potem druga i trzecia, a za nimi całe mnóstwo cielaków z tego roku. Cielaki idą… Idą… Idą… Wcale nie szły wolno, po prostu było ich grubo ponad 80! Rozważam: „Myśliwy za długo jest złożony. Takie mierzenie przez kilkanaście minut na pewno nie wpływa dobrze na celność strzału, a elanda w nocy na pewno nie chcę szukać”. Radzę cicho: – Poczekaj, odpocznij trochę. Łowca unosi się więc z podpórki. Wtem Paulus szturcha mnie w ramię. Odwracam głowę, a po mojej lewej pełno przesuwających się w naszym kierunku sylwetek młodych, 2-letnich antylop. Odwracam się, żeby znowu przestawić podpórkę, i widzę, że po naszej stronie również zrobiło się mnogo. Doświadczony myśliwy nie musiał czekać na gest – już jest złożony, czeka na osąd mój i Paulusa. Wychodzą krowy. Komenderuję: – Czekamy. Paulus na to: – Idzie młodzież. Rzeczywiście, do linii strzału zbliżają się trzy młode elandy. – Z tych, które wyjadą ci teraz, możesz wybrać każdego, który ustawi się blatem i zatrzyma do strzału – mówię cicho do myśliwego. Przykładam lornetkę do oczu. Widać wszystko jak na patelni: czysta piękna linia strzału, dystans może z 70 m. Rusza pierwszy. Widzę kątem oka, jak wędruje za nim masywna lufa mausera. Zatrzymuje się. Pada strzał! Idealnie środek blatu, pięknie zaznaczony strzał. – Jest dobrze! Wspaniale strzeliłeś! – chwalę myśliwego.

Tymczasem zaraz po wystrzale zaczyna się akcja, której szybko nie zapomni żaden z naszej czwórki. W niebo unosi się tuman kurzu od ucieczki trafionej sztuki. Elandy są zdezorientowane. Stoimy blisko siebie i każdy z nas oddaje się cudownemu widokowi. Dosłownie każda wolna przestrzeń w promieniu 180 stopni wypełnia się wielkimi antylopami. Jedne patrzą, drugie w popłochu biegną w busz, jeszcze inne pędzą na nas i zatrzymują się ze 40 m od nas. Pole widzenia mieliśmy dość dobre, bo dokoła nas rozciągała się otwarta przestrzeń. Liczba osobników była co najmniej imponująca, jeśli nie zwalająca z nóg. Każdy z nas próbował liczyć, ale się nie dało, bo w elandzim stadzie panował chaos i co chwilę nowe podgrupy pojawiały w polu widzenia. W końcu zwierzęta zdecydowały się na ucieczkę w gęstwinę, co sprawiło, że niebo dokoła nas zrobiło się czerwone od pyłu i kurzu. Jakby tego było mało, z gąszczu wybiegły na nas zebry, które tak jak my nie wiedziały, co się dzieje. Stanęły koło nas w szeregu i zaczęły prychać. Otoczeni przez władców buszu czekaliśmy w bezruchu na koniec tego spektaklu.

Gdy wszystko się uspokoiło i już pokonywaliśmy któryś kilometr do samochodu, spytałem Paulusa:

Tate, ile było tych ongarangombe? Według mnie gdzieś ok. 250.

– Nie, według mnie na pewno ponad 350 – odpowiedział Paulus. A on rzadko kiedy się myli… Oczywiście młody eland leżał 50 m od miejsca pięknego komorowego strzału. Nie jest łatwo zachować zimną krew w takich okolicznościach. Dodam, że mieliśmy za sobą cały dzień aktywnego podchodu w upale. 

Takie łowy i emocje są możliwe tylko z podchodu. I tylko wtedy, kiedy myśliwy przeżywa polowanie całym sobą. Całą tę historię skwituję następująco: kilka dni chodziliśmy za elandami bez skutku, nie widzieliśmy żadnego świeżego tropu. Właściwie trudno mi było przekonywać myśliwych, że te zwierzęta naprawdę żyją w Kambaku. Co dnia robiliśmy wiele kilometrów po bardziej lub mniej dostępnych ostojach i nawet nie widzieliśmy tych olbrzymów. Zamiast spotkania oko w oko odciski na stopach, spalona słońcem skóra i wyczerpanie. Klikanie stało się mistycznym dźwiękiem, którego bezskutecznie wysłuchiwaliśmy. Ale cały czas próbowaliśmy, ciesząc się z tego, czym akurat obdarzał nas busz.

Polowanie z podchodu na sawannie polecam wszystkim, którzy myślą, że łowy w Namibii to „strzelanina w ogrodzeniu”.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Rozpracowany eland

Zatrzymaliśmy się na eland post [lokalne określenie miejsca na farmie, gdzie występują elandy – przyp. red.]. Paulus swoim charakterystycznym krokiem (przypominającym chód rapera) podszedł do wodopoju i zaczął uważnie badać grunt. Ja z kolei wykopywałem piasek w powietrze, by sprawdzić wiatr. Myśliwi dziwnie na nas patrzyli, bo w rzeczy samej dla niewtajemniczonych ten widok bardziej przypominał scenę z komedii niż profesjonalne polowanie.

Paulus przystanął, specyficznie machnął ręką i stwierdził: – Młody ongarangombe [eland w języku oshiwambo – przyp. red.]. Przesunął się kawałek dalej i znowu machnął ręką: – Następny. O, i jeszcze jeden. Zbliżyłem się do niego i zobaczyłem, że rzeczywiście w miejscach, gdzie Paulus dawał znak dłonią, widniały odciśnięte wielkie racice młodych elandów. Znów kopnąłem nogą piasek. – Dobry wiatr – uznałem. Kątem oka dostrzegłem, że myśliwi wymienili spojrzenia z uśmiechem na ustach. To była nasza kolejna próba z tą największą antylopą świata. Łowcom bardzo zależało na tym, by stanąć z nią oko w oko. Mnie, nie ukrywam, również, bo uwielbiam polowanie na to zwierzę. Od samego początku wierzyłem, że nam się powiedzie, bo myśliwi przejawiali taką determinację, że podchód wychodził nam profesjonalnie. Aż trudno uwierzyć, ile sztuk udało nam się niepostrzeżenie podejść w cztery osoby. Zawsze uważałem, że dobry podchód to klucz do niezapomnianych łowów, i to bez znaczenia, na którym kontynencie. Jeżeli ktoś ma doświadczenie w polowaniach z podchodu, to afrykańska sawanna jest dla niego wymarzonym polem do popisu.

Ruszyliśmy śladem młodych elandów. Powoli, bezszelestnie i z nadzieją pokonywaliśmy kolejne setki metrów, zagłębiając się w gęsty busz. W pewnym momencie Paulus się zatrzymał i zbadał ekskrementy na drodze, którą podążaliśmy. Odwróciłem się do kompanów i przestrzegłem:– Teraz 100% skupienia. Jesteśmy blisko, ten trop to świeżynka. Od tej chwili podchód się zmienił. Szliśmy kroczek za kroczkiem, bardzo uważnie stawiając stopy. Tropy antylop wskazywały, że zwierzęta poruszają się wolniej i co chwila zatrzymują się na żerowanie. My podobnie co kilka kroków przystawaliśmy, dokładnie się rozglądaliśmy i nasłuchiwaliśmy łamanych gałęzi. Wszyscy tak się skupili na tym skradaniu, że nikt nie zauważył, kiedy dystans naszego podchodu można było zacząć mierzyć nie w metrach, ale w kilometrach. Jedną za drugą gałązkę wystającą na naszej drodze ostrożnie rozpracowywał każdy członek eskapady. A to przeciskamy się pod gałęzią, a to delikatnie ją przesuwamy, a zaraz znowu trzeba ostrożnie obejść przeszkodę, by po chwili dać nura i niemal na czworaka prześlizgnąć się pod parasolem pełnym cierni. W końcu wyszliśmy na coś w rodzaju polanki. Paulus od razu padł na ziemię. Błyskawicznie machnąłem ręką do towarzyszy i wszyscy jak jeden mąż znaleźliśmy się na kolanach. – Ongarangombe – Paulus wskazał na przesmyk. Podniosłem się ponad trawy i w szkłach lornetki zobaczyłem przesuwające się stado. Po odgłosach klikania z prawej i lewej strony wnioskowałem, że widzimy tylko część zwierząt. Wysunęliśmy się pod drzewo i zaczęła się długa obserwacja stada. Żaden z nas nie chciał się pomylić, tym bardziej że stado tworzyły głównie krowy i ich potomstwo z ostatnich trzech lat. Elandy rzadko kiedy dają się długo obserwować. Przeważnie decyzja musi być szybka i precyzyjna. Paulus wybrał kilka rocznych byczków, które nadawały się do selekcji. Moją uwagę zwróciła stara krowa przesuwająca się wśród młodych. W tym momencie między nami a elandami przeszedł stary byk oryksa z jednym ułamanym rogiem. Oczywiście nadawał się do odstrzału selekcyjnego, jednak miny łowców mówiły wszystko – dzisiejszym wyzwaniem jest ongarangombe.

Stado się przesunęło, a my za nim. Wychynąłem zza krzaku kamfy [z ang. camphor bush – przyp. red.] i rozstawiłem podpórkę. Myśliwy bez zbędnych rozmów już układa broń na pastorale. Szepczę: – Widzisz grupę czterech elandów stojącą pod drzewem? Przytaknął gestem. – Pierwszy z lewej to młody byk. Jak przesunie się krowa stojąca za nim i będziesz miał czyste pole, to wal z całych sił. Ponownie potwierdził gestem. Przykładam lornetkę i czekam. Niestety, elandy zmieniają konfigurację na równie niekorzystną. Paulus zarządza: – Podchodzimy bliżej. Znów wszyscy czterej jesteśmy na kolanach i powoli jak żołnierze czołgamy się pod następną pokaźną akację między nami a stadem. Paulus wstaje jako pierwszy i od razu z powrotem pada na ziemię. – Cholerne zebry – kwituje. Po prawej stronie ich stado bacznie obserwuje nasze zmagania. – Nikt się nie rusza! Jeżeli zebry się spłoszą, to pozamiatane! – powiedziałem do myśliwych. Zastygliśmy. Gdyby ktoś miał superczuły mikrofon, usłyszałby tylko odgłos kropli potu spadających na ziemię. Sytuację uratował młody ogier, który trochę pogonił klaczki. Korzystając z zamieszania, ustawiamy się pod drzewem. Z dala dostrzegamy grzbiety przesuwających się elandów. Widzę po Paulusie, że zaczyna planować, jak zajść im drogę. Myśliwy puka mnie w ramię, by zwrócić uwagę, że niedaleko nas jest jeszcze jeden ongarangombe. Razem z Paulusem łapiemy lornetki i wymieniamy krótkie zdania:

Stara babcia.

Strzelamy.

Rozstawiam pastorał. Myśliwy ponownie ląduje bronią na nim i czeka na instrukcje. Mówię szeptem: – Z lewej idzie eland. Jak się zatrzyma, to strzelaj. Spokojnie, masz dużo czasu, a dystans to maksymalnie 70 m. Eland wyklikał na linię strzału i stanął. – Wal! – zakomenderowałem, a antylopa uniosła łeb. W tym momencie padł strzał. Zwierzę runęło właściwie w miejscu, w którym stało. Myśliwy błyskawicznie zarepetował. – Spokojnie, jest twój – powiedziałem.

Zużyte w zasadzie na równo z dziąsłem trzonowce, popękane, wyświechtane rogi i ogólne wychudzenie zwierzęcia stanowiły dowód na przynajmniej 25 lat i bardzo dobrą selekcję. Radości nie było końca. Pierwszy eland, i to jeszcze taki stary, upolowany w pięknym stylu. Paulus aż skakał z radości, a ja poczułem, że znów żyję.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Minął rok…

Minął już prawie rok, odkąd wylądowaliśmy z Pauliną w Polsce. Za nami długi, intensywny sezon łowiecki oraz okres pełen zmian w życiu zawodowym i prywatnym. Chyba obydwoje robiliśmy wszystko, by zapełnić pustkę, która powstała po powrocie z Namibii. Można powiedzieć, że wyjazd z Czarnego Lądu to dla nas jak rozstanie pary kuropatw.

W tym roku udał się sezon na rogacze. Przeżyliśmy wiele pięknych wyjść, rozkoszując się soczystą europejską zielenią i szczekiem kozłów. Chyba nikt nie może narzekać na grzybiarzy (bo nie było grzybów) ani na pogodę, bo wszystko było idealne i byki dały czadu.

Jednak ilekroć przekładałem sztucer przez ramię i dopijałem poranną kawę, myślami byłem gdzie indziej. Na polowaniu starałem się podchodzić zwierzynę tak blisko, jak się da, by poczuć adrenalinę jak w Afryce, wejść w lesie w watahę dzików i położyć się na ziemi, zwabić rogacza na kilka kroków czy zbliżyć się do ryczącego byka. Wtedy przez chwilę czułem się jak na sawannie pośród dzikich stad antylop. Tę tęsknotę, która zżera od środka, można porównać do tęsknoty za domem, bo jeśli ktoś spędził trochę czasu na Czarnym Lądzie, to traktuje to miejsce jak dom. Mimo że w tym domu trudno żyć. Co prawda stary land rover dzielnie przypomina wycieczki w nieznane i ciągle utrzymuje ducha niekończącej się przygody, jednak bez piachu na twarzy, lodówki wypełnionej mięsem z oryksa i butelkami słabego namibijskiego piwka to już nie to samo. I choć to zabrzmi trochę pesymistyczne, stwierdzam, że ostatni rok dla mnie i Pauliny oznaczał szukanie namiastki dzikiego i prawdziwie szczerego życia, jakie mieliśmy w Kambaku.

Niech nikt nie pomyśli, że uważamy polskie okoliczności przyrody za gorsze – nic podobnego. Ci, co byli w Afryce, wiedzą, że całe RPA i spora część Namibii są poprzegradzane płotami wysokimi na 3 metry. Można zapytać: gdzie ta dzikość? Gdzie ta swoboda? Ano każdy dzień w Namibii jest bardziej szczery niż miesiąc przebywania wśród „ludzi bez twarzy”. Co do ogrodzeń, mnie osobiście dużo bardziej doskwierają niewidoczne bariery, jakie sztucznie tworzymy między sobą w Europie, niż afrykańskie płoty. To paradoksalne, ale opuszczając namibijskie ogrodzenia, człowiek zdaje sobie sprawę, że wcale nie czuł się w środku jak w klatce – czego niestety nie mogę powiedzieć o codziennym życiu w naszej nowoczesnej rzeczywistości.

Żeby przetrwać chwile rozłąki, praktycznie co tydzień mamy regularne połączenia internetowe z Namibią. Wiemy, że w Kambaku był słaby okres deszczowy. Właściwie we wszystkich krajach Afryki Południowej sytuacja jest niewesoła – farmerzy likwidują całe stada bydła, a dzikie zwierzęta głodują. Wszyscy mają nadzieję, że z przyszłoroczną zmianą zjawiska El Niño przyjdzie duży deszcz i wszystko wróci do normy. W obwodach myśliwskich w Namibii trwa silna redukcja antylop, zwłaszcza gatunków wrażliwych na niedostatek świeżej trawy, takich jak eland, gnu czy harteebest. W Kambaku bardzo dobrze funkcjonuje założona przez nas nowa infrastruktura drogowa i turystyczna. Idea zagospodarowania obwodów łowieckich jest kontynuowana. Ostatni sezon zakończył się pomyślnie, a nawet pojawiło się młode pokolenie żyraf. Wyzwanie stanowią elandy – Paulus policzył w jednym stadzie ponad 120 młodych z ostatniego roku. To dużo za dużo na tak skąpy deszcz, jaki w tym roku nawiedził region między Otawi a Otjiwarongo.

Okazuje się, że nasze losy będą cały czas związane z farmą Kambaku. W październiku wracam bowiem do afrykańskiego domu. Co prawda już w trochę innym charakterze, jednak ten wyjazd na pewno przyniesie kilka ciekawych wpisów. W końcu trzeba zapanować na tą populacją elandów…

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Pożegnanie z polowaniem

Dni do wylotu zbliżają się wielkimi krokami. Nasze projekty przebudowy farmy są praktycznie zakończone. Plany działań na przyszły rok zostały już omówione, a nasze obowiązki – przekazane dalej. Przed nami jeszcze tylko kilka dni na spokojne naładowanie baterii i pożegnanie dzikiego świata, który oboje zaczęliśmy nazywać domem.

To miała być jedna z moich ostatnich łowieckich aktywności. Nie miałem ochoty na jakieś intensywne tropienia, lecz na zwykły spacer ze sztucerem na ramieniu. Potrzebowałem chwili w samotności, by przemyśleć i podsumować nasz pobyt w Kambaku. Ale jak to zawsze bywa w takiej sytuacji: jak myśliwy nie chce, to zawsze spotka coś interesującego. Tak się stało i tym razem. Klikanie elanda niemal natychmiast pogrzebało ideę spokojnego spacerku. Nie planowałem strzelać, jednak usłyszeć w buszu antylopę i się z nią nie zmierzyć to jakby grzech zaniechania.

Teren sprzyjał cichemu podchodowi. Elandy były dwa i przemieszczały się jeden za drugim w bardzo gęstym fragmencie buszu. Podchód wyszedł mi niemal idealnie. Antylopy mnie nie zwietrzyły, po drodze moją obecnością nie spłoszyło się też żadne inne zwierzę. Wysunąłem się na trawiastą lukę, w kierunku której zmierzały dwa olbrzymy, i rozstawiłem podpórkę, by oprzeć na niej lornetkę. Nie musiałem długo czekać. W odległości 60 m dostrzegłem górę mięśni wychodzącą na polanę. Jako pierwszy wyłonił się kilkunastoletni byk o ogromnym, regularnym trofeum. Moja ukryta pozycja gwarantowała mi dokładną obserwację. Do dziś uważam, że samiec, którego wtedy zobaczyłem, ocierał się o rekord regionu (albo lepiej). Symetryczne, grube i niewyobrażalnie długie rogi pięknie komponowały się z umięśnioną sylwetką zwierzęcia. Ucieszyłem się z tego spotkania. Taki byk powinien – jak to się mówi – reprodukować, ile wlezie. Po chwili wysunął się drugi eland. Nie musiałem patrzeć przez lornetkę, by zobaczyć, z czym mam do czynienia. Sztucer nie wiadomo kiedy znalazł się na podpórce, a jedno oko już widziało zwierzę w krzyżu. Byk zauważył ruch za gałęziami i zaciekawiony ustawił się do mnie na kulawy sztych. Musiałem czekać, nie chciałem ryzykować strzału. Pierwszy zwierz ani drgnął, a drugi obszedł mnie dokoła, czekając na mój najmniejszy błąd – jakiś ruch, odgonienie muchy, potknięcie albo zachłyśnięcie. Stałem jak zamurowany. Za wszelką cenę chciałem spróbować swoich sił. Naprzeciw mnie było wychudłe, długie cielsko z grzywą szorującą po ziemi. Jeden króciutki wyświechtany róg, drugiego nie ma w ogóle. Wiedziałem, o co toczy się gra – to zdecydowanie najstarszy eland, jakiego spotkałem. Najstarszy z duchów. Zwierzę sprawiało wrażenie ledwo stojącego na nogach.

W końcu „kulawy sztych” przerodził się bardziej w „prawie komora”. Zmęczony niemal 40-minutowym oparciem na podpórce oddałem strzał. Od razu wiedziałem, że jest źle, bo w trakcie gdy oddawałem strzał, zwierzę zamachnęło się głową, po czym znikło. Pierwsza myśl – eland „złapał” kulę głową, na pewno dostał. Oznaczało to bardzo złą sytuację, ponieważ rany łba należą do takich, które się nie goją, i zwierzę męczy się tygodniami np. z potrzaskanym dziąsłem. Moją diagnozę potwierdziły fragmenty kości oraz spore ilości farby na zestrzale. No tak, już wcześniej wydawało mi się to niebywałe, że przez niespełna rok intensywnego polowania czasem cztery razy dziennie nie narobiłem żadnego bigosu ani nie miałem na swoim koncie żadnego postrzałka.

Wkurzony na siebie wróciłem do domu, bo wieczorne poszukiwania mijały się z celem. Ranny eland znajduje się non stop w ruchu, a w nocy nie ma szans na dostrzelenie go ze względu na ograniczoną widoczność. Jedyną szansą były umiejętności mojego przyjaciela Paulusa. Mój szef okazał się, jak zwykle w takich sytuacjach, przygnębiony, ale zarazem wyrozumiały dla sprawcy. Powiedział: – You are only a human, shit happens all the time. I am sure you will get him tomorow. Paulus, gdy usłyszał o nadchodzącej misji, od razu udał się na spoczynek. Obaj wiedzieliśmy, co oznacza taki strzał – cały dzień tropienia przy piekącym słońcu bez chwili odpoczynku.

Następnego dnia jeszcze pod osłoną nocy dotarliśmy w miejsce mojego „profesjonalnego” strzału. Gdy tylko światła wystarczyło na tyle, by tropić, ruszyliśmy zakrwawioną ścieżką w gęsty busz… Eland ewidentnie miał potrzaskane kości szczęki. Na podstawie śladów Paulus wywnioskował, że zwierzę z trudem utrzymuje równowagę (uszkodzony nerw błędny). Po przejściu ok. kilometra znaleźliśmy miejsce, w którym byk stał dłuższą chwilę, bo krew była świeża. Eland znajdował się tuż-tuż. Trzymając 375 H&H bez lunety w gotowości do strzału, od teraz tropiłem przodem, a Paulus tylko mnie korygował, gdy podążałem w niewłaściwym kierunku. Broń okazała się niepotrzebna, bo po chwili weszliśmy na już nieżywego jednorogiego byka. Radość, niedowierzanie i duma – pominę informację, gdzie trafiła kula. Bardzo żałuje, że nie sfotografowałem żuchwy tego „dziadka”. Pierwszy raz widziałem coś takiego: wszystkie zęby trzonowe zebrane praktycznie do zera na wysokość dziąsła. Profesjonalni myśliwi stwierdzili, że wiek zwierza wahał się wokół 30 lat i nie wiadomo czy kolejny rok nie byłby jego ostatnim. Komisyjnie podjęliśmy decyzję, że jest to najstarszy eland, który został strzelony w Kambaku.

Szczęśliwe zakończenie tej historii było doskonałym ukoronowaniem mojej myśliwskiej przygody na namibijskiej farmie. Polowanie na elanda to dla mnie zaszczyt porównywalny z wizytą w Watykanie. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego zakończenia pobytu w Kambaku. Podjąłem decyzję, że było to moje ostatnie polowanie na Czarnym Lądzie i do wylotu nie wezmę sztucera do ręki.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Polski patent na elanda

Jak już pisała Paulina, po powrocie z Caprivi czekały na nas ciężkie tygodnie wypełnione po brzegi pracą. W nagrodę za dobre wypełnianie swoich obowiązków dostałem zgodę na odstrzał „ducha”. Tym pseudonimem określa się tu stare, uwstecznione elandy. Rozpisywałem się już o tych klikających antylopach wiele razy, więc pominę wstęp.

Oczywiście szef postawił mi jeden warunek: „Jak chcesz strzelić opa elande, to musisz go pokonać na gruncie. Nie ma mowy o ambonie ani wodopoju”. W sumie mnie w to graj, bo siedzenie na ambonie zostawiam na czas po 50. roku życia.

Wiadomo, że tytuł tego wpisu byłby inny, gdybym elanda nie dopadł, ale w sumie nie o to chodzi, żeby się chwalić, tylko o to, żeby opowiedzieć o wyboistej drodze poprzedzającej strzał. Upolowałem już sporo tych antylop i myślałem, że coś na ten temat wiem, lecz stare „duchy” nieco ubodły moje ego. Nie problem w tym, by spotkać elandy, chodzi o to, by znaleźć byka, który ma przynajmniej 16 lat. Staruszka można poznać po nieproporcjonalnie króciutkich i zużytych rogach, długiej czuprynie oraz obwisłym fałdzie skórnym opuszczającym się z karku w kierunku ziemi. Taki fałd występuje u każdego elanda. U bardzo wiekowych byków jest on tak duży, że zwierzę, gdy się schyla, to wyciera nim podłoże. Stąd potocznie Namibijczycy nazywają go ścierką. Taki dziadek zazwyczaj wędruje samotnie, a czasem, dla towarzystwa, opodal równie starego byka gnu. Ma ulubione fragmenty buszu, gdzie udaje się na żer, jednak jest w tym bardzo nieregularny.

Szukając mojego wsteczniaka (co zajęło mi wiele dni), natrafiałem na sporo elandów, lecz żaden z nich nie był na tyle stary, by można go było tytułować „duchem”. To trochę jak szukanie sędziwego byka jelenia – człowiek zazwyczaj trafia na te bardzo mocne osobniki w sile wieku. Po kilku dniach zacząłem szczerze wątpić, czy my jeszcze mamy takie wiekowe byki na farmie. Wśród całej gamy spotykanych przeze mnie największych antylop na świecie było wszystko, nawet myłkusy, ale ani jednego naprawdę starego samca. Moje zmagania szybko stały się tematem numer jeden wśród myśliwych w naszej wiosce. Każdy dawał mi wskazówki, gdzie trzeba szukać takiego zwierza, o której godzinie itd. Oczywiście, jak wszystkie złote myśliwskie porady, nie sprawdziły się one wcale. Wziąłem sobie do serca tylko jedną: trzeba po prostu być wytrwałym i jak najwięcej czasu spędzać w buszu, a prędzej czy później dostanie się swoją szansę.

Jednego dnia postanowiłem odpuścić sobie tropienie i wczesnym rankiem zrobić spacer wykarczowaną przez nas drogą. Po kilku kilometrach usłyszałem „klik, klik, klik”. Oho, eland! Klikanie stało się dość intensywne i na podstawie samych odgłosów naliczyłem, że są przynajmniej trzy byki. Oznaczało to grupę chłopaków w sile wieku, a więc nie to, co mnie interesuje. Ale nadarza się świetna okazja, żeby poćwiczyć podchód. Kroczek za kroczkiem, powolutku idę w kierunku majestatycznych olbrzymów. Już z daleka zobaczyłem jedno wielkie cielsko między gałęziami „kamfy” (z ang. camphor bush «Tarchonanthus camphoratus», roślina, z której robi się olejek kamforowy), a dwa kolejne zlokalizowałem, nasłuchując. Mam czas, mam dobrą ścieżkę, wszystko jest cacy. Naglę wyrastają przede mną dwa ogromne rogi osadzone na młodzieńczym elandzim łbie. Oj, błąd, Kuba, duży błąd, policzyłeś klikanie, ale nie wziąłeś pod uwagę, że grupa ma młodego nieklikającego adiunkta. Momentalnie zamarłem w bezruchu, oczywiście eland też, bacznie przyglądają się dziwnemu ludzkiemu kształtowi w cieniu akacji. Teraz zaczęła się prawdziwa walka nerwów. Ja stoję w bezruchu, on też, mierzymy się wzrokiem, który pierwszy spęka – jeżeli ja, to za młodym całe stado ruszy i staranuje wszystko na swojej drodze. Mija 10, 20, 30 minut, i dalej ani drgnie. Całe szczęście, gdy eland mnie zobaczył, miałem dość komfortową pozycję. Gdy patrzyłem w oczy młodemu, gniewnemu bykowi o olbrzymich, pięknych rogach, aż serce mi się cieszyło na myśl, że jego geny są tutaj bezpieczne.

Nagle kątem oka widzę kolejnego olbrzyma, ale podchodzącego z zupełnie innej strony. Coś tu jednak nie gra. Klikanie nowego ongarangombe (eland w języku oshiwambo – dla tych, co nie czytali poprzednich wpisów) jest bowiem głębokie i donośne. Zwierzę wyłania się zza zakrętu i moim oczom ukazuje się kolosalny, mocno przygarbiony byk. Szczecina na głowie bojowo nastraszona, siwy łeb zakończony dwoma zużytymi małymi rogami. To duch, którego szukam! Ale, ale – ten eland utyka. Stawanie na przedniej lewej kończynie wyraźnie sprawia mu ból. Pod kapeluszem czuję, że wrze, temperatura osiąga chyba 100°C. Nie dość, że byk jest strasznie stary, to jeszcze ranny. Podwójnie dobra selekcja! Tylko jak, do diaska, się odwrócić, żeby młody nie zagalopował. Nie ma wyjścia – biorę podpórkę, ściągam sztucer, ustawiam się w stronę kulawca i… tylko słyszę rumor całego stada oddalającego się i tratującego przy tym młode akacje. Stary byk chyba przypadkowo natknął się na to stado, bo również się oddalił, jednak w zupełnie innym kierunku.

Ongarangombe odszedł, utykając, w gęsty busz. Nastała cisza. Niewiele myśląc, biorę podpórkę i obchodzę n teren, przyglądając się uważnie śladom. Zataczam szerokie koło, Co chwilę się zatrzymuję i nasłuchuję klikania, ale nadal panuje cisza. Nigdzie nie widzę tropów wyjścia, a to oznacza, że eland jest niedaleko. Do głowy przychodzi mi jeden pomysł – trzeba zastosować patent na fajkę. W Polsce nieraz okazywał się skuteczny. Wyciągam więc moją „koleżankę”, nabijam ją naprędce, ustawiam się z wiatrem w stronę elanda i poczynam rozkoszować się tanim afrykańskim tytoniem. Biorę tylko kilka buchów, bo chodzi o to, by dym z fajki podniósł elanda, a ja muszę szybko znaleźć się po drugiej stronie tej gęstwiny. Jest tam jedna wąska ścieżka, na której – jeśli mi się poszczęści – złapie elanda. Rozpoczynam bieg (który nigdy nie był moją mocną stroną). Szybki slalom między gałęziami, docieram na drugą stronę i nasłuchuję. Klik, klak, klik, klak, eland sunie na ścieżkę, ale bardzo dziarsko jak na kalekę. Pewnie się nie zatrzyma. Nienawidzę strzelać w biegu. Byk przystaje. Bam!!! Zwierz zwala się na ziemię. Może nie był to mój najlepszy strzał, ale starzec nie dość, że ranny, to jeszcze zmęczony życiem. Lepszego nie potrzebował.

Wróciłem do domu dumny. Nie dlatego, że na rozkładzie miałem olbrzyma, ale dlatego, że, po pierwsze, nic nie daje myśliwemu takiego szczęścia jak właściwa selekcja, a po drugie – nie kilogramy kości na ścianie dowodzą, jakim jesteś łowcą, tylko emocje, które ci towarzyszą podczas polowania.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej

Polując na olbrzymy

Wbrew pozorom tytuł tego wpisu nie mówi o słoniach. Jest w Namibii antylopa, o której często wspominam, gdyż obok oryksa i lamparta to chyba moje ulubione zwierzę na Czarnym Lądzie. Pod względem rozmiarów pozostawia resztę żyjących w Kambaku stworzeń daleko w tyle. Bardzo ostrożna, zawsze skryta i uważna, ciągle strzyżąca okolicę. Spotkanie z nią należy do rzadkości. Jednak często się zdarza, że wieczorną ciszę przerywa charakterystyczny metaliczny „klik” dobiegający z bardzo gęstych, trudno dostępnych rewirów. Ów dźwięk powstaje przy każdym ruchu zwierzęcia w wyniku uderzania o siebie przednich racic pod naporem ciała. Tutejsza nazwa tego zwierza to „klikająca antylopa”, czyli ongarangombe w języku oshiwambo.

Eland, jak większość antylop, jest zwierzęciem stadnym. Tradycyjnie samice z młodymi tworzą oddzielne stada, podobnie jak byki młode i te w średnim wieku. Stare samce, tzw. klikacze, są samotnikami. Czasem spotyka się starego elanda, któremu towarzyszy młodszy, odgrywający rolę „policjanta” (jak u byków jeleni). Łowy na tego zwierza nie należą do łatwych. Podobnie jak w przypadku byka kudu, upolowanie starego elanda jest sporym wyzwaniem. Wśród namibijskich myśliwych panuje przekonanie, że aby w pełni przeżyć polowanie na tę antylopę, trzeba ją „pokonać na gruncie”. Tak majestatyczne zwierzę nie powinno być strzelane z ambony.

Jednak podejście starego ongarangombe na strzał i pohamowanie emocji to już inna bajka. Po pierwsze, polowanie na elandy nie jest spacerem na chybił trafił. Każde wyjście na łów to najpierw długie otrapianie, a następnie podążanie wybranym tropem. Średnio przynajmniej 5–6 godzin skradania się po buszu za każdym razem. Wszystko dlatego, że stary ongarangombe prowadzi bardzo skryty tryb życia. Czasem udaje się natrafić na antylopę wracającą do ostoi bądź żerującą, lecz są to przypadkowe spotkania. Zazwyczaj zwierzę nie dopuszcza myśliwego idącego tropem bliżej niż na 200–300 m. Wówczas łowcy towarzyszy przesuwające się klikanie. Eland, który słyszy przemieszczające się w buszu obiekty, w pierwszej chwili jest zaciekawiony, więc odchodzi na bok i szuka wzrokiem źródła dźwięku między gałęziami. To bardzo ważny moment, gdy test przechodzą zdobyte umiejętności łowieckie. Należy niepostrzeżenie podejść zwierzę, redukując dystans i zmuszając do wystawienia na strzał. Z opowiadania może nie wygląda to tak trudno, jednak w buszu wszystko odgrywa rolę – każda ciernista gałązka sprawiająca ból przy czołganiu, pajęczyny, kamienie, trzeszczące suche trawy czy inne antylopy krążące opodal (eland lubi towarzystwo gnu). Nieraz moment tego bezpośredniego podchodzenia elanda trwa bardzo długo, trzeba zachować cierpliwość i spokój, a przede wszystkim wykrzesać rezerwy energii.

W końcu nadchodzi moment strzału. Czasem ma się na to tylko kilka sekund, gdy wychylamy się z podpórką zza krzaczastej akacji. No i teraz najciężej opanować nerwy. W lunecie widzi się olbrzymie majestatyczne zwierzę, które samym wyglądem nieco napawa lękiem. Stare elandy mają dość krótkie, grube rogi – wynik długoletnich walk z konkurentami. Ongarangombe jest dość agresywną antylopą, a gdy połączy się to z blisko tonową masą, powstaje prawdziwy niszczyciel. Wrażenie to potęguje stojąca na sztorc szczecina na czole oraz olbrzymi fałd skórny na karku, przypominający nieco grzywę.

Kiedy w końcu padnie celny strzał, myśliwy nie posiada się ze szczęścia. Ręce dygoczą, lecą łzy, a po chwili, gdy emocje i adrenalina opadają, napływa fala zmęczenia po polowaniu, która dosłownie zwala z nóg. W tym totalnym wyczerpaniu fizycznym i wypompowaniu z emocji łowca przeżywa myśliwskie katharsis. W moim myśliwskim życiu polowanie na ongarangombe stanowiło punkt przełomowy. Od tego pierwszego razu minęło sporo czasu, było też sporo następnych razów – ale zawsze łowy na to zwierzę kompletnie mnie oczyszczają, kończą jeden rozdział myśliwskich przygód i zaczynają nowy.

Kuba Piasecki

Czytaj więcej