Szczęście w nieszczęściu tuż przed rykowiskiem

Ten rok okazał się całkiem nieprzewidywalny chyba w każdej branży. Bez względu na to, czy jesteś fryzjerem, producentem czy właścicielem biura polowań, upadki przeplatają się ze wzlotami. Fluktuacje mamy teraz również na rynku dewizówek, a wszystko za sprawą nieoczekiwanego zamknięcia granic przez Węgry.

Nie od dziś wiadomo, że nasz rynek polowań komercyjnych stracił znaczną część myśliwych z Niemiec i Austrii właśnie na rzecz węgierskich łowisk, które są droższe, ale niejednokrotnie lepiej przygotowane i oferują bardziej kompleksowe usługi dla komercyjnego myśliwego-turysty. Dewizowcy regularnie odwiedzający polskie obwody często konstatują, że wraz ze wzrostem cen niestety nie wzrósł u nas poziom organizacji. Jednak ten temat znacznie odbiega od tego, na co chcę zwrócić uwagę.

Ostatnie tygodnie zapowiadały się niezbyt ciekawie pod względem liczby przyjezdnych myśliwych dewizowych. Mało tego – po nagłośnieniu wzrostu zakażeń koronawirusem w naszym kraju cała branża spotkała się z masowym odwoływaniem zarezerwowanych wcześniej polowań. Państwa północne, lubujące się w łowach nad Wisłą, takie jak Norwegia czy Finlandia, wprowadziły obowiązkową, 14-dniową kwarantannę po powrocie z Polski oraz zawiesiły połączenia lotnicze z naszym krajem. Oczywiście okazało się to wystarczającym bodźcem do rezygnacji z polowań, które – jakkolwiek by patrzeć – nie są potrzebą pierwszego rzędu (przynajmniej według tych, którzy nie polują). Można powiedzieć, że zawrzało, huknęło i wybuchła panika. Obwody borykające się ze szkodami łowieckimi zaczęły obniżać ceny polowań komercyjnych, co w rzeczywistości jeszcze bardziej skomplikowało sytuację. Musimy pamiętać, że myśliwi komercyjni odwiedzający Polskę to w większości osoby mające duże doświadczenie we wszelkiego rodzaju biznesie. Gdy na rynku pojawiły się wręcz śmiesznie tanie oferty, szybko przypięto nam łatkę desperatów w kryzysie. W rezultacie mocno utrudniło to sprzedaż polowań w tych łowiskach, których gospodarze utrzymują cenę, ale wraz z nią – jakość.

Wszystko diametralnie się zmieniło w ostatnich dniach, kiedy Węgry zamknęły granicę. Wraz z tą decyzją nastąpił nagły zwrot ku polskim łowiskom i biura polowań w mniejszym lub większym stopniu zostały zarzucone zapytaniami ofertowymi – zwłaszcza dotyczącymi rykowiska. Jest to swoiste odbicie się, które z pewnością pomoże branży przetrwać, a jednocześnie podreperować budżety kół łowieckich wobec ciągłej niepewności co do powodzenia komercyjnych polowań zbiorowych. To zarazem doskonały moment, żeby spróbować przekonać do nas klientów skierowanych dotychczas w stronę Węgier. Oczywiście trudno teraz oczekiwać konkretnych działań władz zrzeszenia, pomińmy więc tę kwestię. Warto jednak na tyle, na ile to możliwe, we własnym zakresie bardziej zaangażować się w obsługę gości zza granicy. Ostatecznie wszyscy żyjemy w symbiozie – myśliwi, koła łowieckie, biura polowań i rolnicy. Pamiętajmy o odpowiedzialności za wizerunek polskiego łowiectwa prezentowany przyjezdnym. To, jak patrzą na jednego z nas, często rzutuje na postrzeganie całości. Pokażmy więc, że polskie łowiectwo to dobra marka.

Zamknięta granica Węgier nie jest stałą zmianą rynkową, lecz jedynie wyjątkową sytuacją wywołaną pandemią, na której jednak możemy skorzystać w dłuższej perspektywie niż tylko w bieżącym sezonie. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że jeśli dołożymy starań, to właśnie teraz mamy szansę na nowo przekonać do naszych łowisk myśliwych, którzy z różnych przyczyn wolą podróżować w inne rejony. Im więcej chętnych ponownie odwiedzi Polskę, tym większa różnorodność na rynku. A to ona daje stabilizację i pozwala utrzymać odpowiedni poziom cenowy, na czym zależy chyba wszystkim, których koło łowieckie choć raz organizowało polowanie komercyjne.

Na czas rykowiska życzę przede wszystkim dużo zdrowia, pogody ducha i wspaniałych przeżyć w kniei. Nie zazdrośćmy innym i nie szczujmy na siebie nawzajem. Przeżyjmy to wielkie łowieckie święto razem i cieszmy się ze wszystkiego, czym obdarzy nas św. Hubert.  

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Myśliwy – chłopiec do bicia (II)

Jakiś czas temu zamieściłem na blogu wpis o tym, że jako myśliwi jesteśmy w kleszczach – z jednej strony wroga narracja pseudoekologów, a z drugiej cięgi za ASF, który jakoby wynika z tego, że nie chcemy wyeliminować dzików z polskich łowisk. Dzisiaj, po zasłyszeniu ciekawej historii w jednym z naszych obwodów łowieckich, chciałbym pójść krok dalej, kontynuując zapewne nic niezmieniający krzyk rozpaczy.

Jest pewien obwód bardzo zasobny w zwierzynę, głównie jelenie i dziki. Zgodnie z tym, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić w naszym kraju, w tym sezonie bardzo atrakcyjny dla zwierzyny fragment pola został tam obsiany kukurydzą z przeznaczeniem na ziarno. Oczywiście to niejedyna uprawa kukurydzy w obrębie wspomnianego obwodu. Jak można łatwo wywnioskować, im więcej zwierzyny, tym więcej szkód na polach, zwłaszcza w kukurydzy. W związku z tym, że myśliwi polujący w opisywanym przeze mnie obwodzie bardzo poważnie podchodzą do sprawy odszkodowań, od wiosny rozpisano grafik pilnowania upraw. Doskonale wiemy, że fizycznie niemożliwe jest, nawet gdy ma się wielu ludzi do dyspozycji, spędzenie każdej nocy w okresie wegetacji na pilnowaniu upraw przed zwierzyną. Bardzo powszechnie stosuje się więc wspomagające ochronę petardy oraz armatki hukowe.

Jak się jednak okazuje, wspomniane metody stały się problemem. Dwa dni po ustawieniu armatki i sznurów hukowych do zarządu koła przyjechała policja, do której wpłynęła skarga na zakłócanie ciszy nocnej złożona – uwaga! – przez rolnika. To nie koniec absurdu, ponieważ ów zirytowany nocnym hałasem rolnik na próby mediacji zareagował nakazaniem przedstawicielom koła płoszenia zwierzyny w ciągu dnia. Ręce opadają. Myśliwy ma obowiązek zapłacić odszkodowanie, ale jednocześnie uniemożliwia mu się działania na rzecz zmniejszenia rozmiaru szkód. I po raz kolejny okazuje się, że jest winny wszystkiemu – nie tylko żerowaniu zwierzyny w uprawach, lecz także huku w nocy. Najlepiej, żeby nie robił nic innego, tylko nieustannie doglądał cudzych pól. Mówiąc całkiem szczerze, wszystko można zrozumieć, jeżeli w zamian sami dostaniemy choć odrobinę zrozumienia. Niestety zamiast pomocy mamy tylko rękę wyciągniętą po pieniądze. W rezultacie zostajemy przyparci do muru, pod którym stoimy całkiem sami, odsłonięci i bez wsparcia nawet tych, którzy z nami współpracują na co dzień.

Oczywiście to tylko przykładowa sytuacja. Doskonale wiemy, że nie wszędzie wygląda to tak samo. Wielu porządnych rolników współpracuje z myśliwymi i okazuje nam zrozumienie. Celem tego wpisu jest nie uderzanie w profesję, ale jedynie obnażenie kolejnego – chyba dość nowego – problemu w naszych wzajemnych relacjach. Może wszystko byłoby prostsze, gdyby się pojawiła szczegółowa interpretacja przepisu mówiącego o tym, że rolnik ma obowiązek współpracować z myśliwymi przy zabezpieczaniu upraw przed szkodami. Gdyby tak ktoś szczegółowo wyjaśnił, co się za tym kryje, albo chociaż opracował akceptowalny przez obie strony wykaz dobrych praktyk, myśliwi mieliby jasność co do tego, czy wolno im postawić przy uprawie np. ambonę lub armatkę hukową. Za chwilę może się bowiem okazać, że w niektórych miejscach pozostanie nam tylko… płoszenie zwierzyny w ciągu dnia.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Potrzebna pomoc dla Marceliny

Ten wpis będzie zupełnie inny niż pozostałe. Jesteśmy już razem ponad pięć lat. Wszystko zaczęło się od naszej – mojej i mojej żony Pauliny – rodzinnej wyprawy do Namibii. Przez 12 miesięcy na bieżąco opowiadaliśmy o życiu w afrykańskim buszu, polowaniach oraz wielu naszych przygodach. Zapamiętaliśmy to jako wspaniały czas. Dzięki luźnej formie bloga mogłem bez skrępowania opowiedzieć wam o Namibii takiej, jaka jest naprawdę, bez zbędnej wazeliny. Ze względu na to, że zawodowo związałem się z organizacją wypraw myśliwskich (nie tylko do Namibii), konwencja bloga się utrzymała, mimo że nasz pobyt w Afryce dobiegł końca. Przez te pięć lat próbowałem zwracać uwagę na kwestie pomijane w mediach, wspominałem o różnych sposobach polowania i podejściu do łowiectwa oraz regularnie przekazywałem wieści z miejsc, z którymi jestem związany na Czarnym Lądzie. Mam nadzieję, że stali czytelnicy doceniają, że bardzo dużą wagę przykładam do tego, by przedstawiać fakty takimi, jakie są, nie słodzę, przyznaję się do błędów, staram się nie lokować produktów ani nie tworzyć z bloga platformy promocyjnej.

Zanim przejdę do meritum, pragnę podziękować wszystkim śledzącym moje wpisy za to, że przez ten czas miałem dla kogo pisać. Jest nas sporo, co tym bardziej motywuje mnie do dalszego działania. A teraz, jak to się mówi, dobijajmy wreszcie do brzegu!

Tym razem chciałbym się zwrócić do was z wielką prośbą o pomoc. Ostatnio odezwał się do nas wierny czytelnik bloga, który towarzyszy nam od początku, ale – co ciekawe – nie jest myśliwym. Maciej, bo tak mu na imię, ma bardzo chorą córkę Marcelinę. Dziewczynka urodziła się z rozszczepem kręgosłupa. Jak łatwo się domyślić, od pierwszego dnia życia dziecku towarzyszą kosztowne operacje i rehabilitacja, która wymaga niemałego nakładu środków finansowych. Rodzice Marceliny wyczerpali już swoje możliwości i szukają pomocy, gdzie się tylko da, wierząc w dobre serca ludzi. Próbują dosłownie wszystkiego. Organizują zbiórki, urządzają licytacje internetowe – cokolwiek, byle uzbierać na kolejną operację dziecka, zaplanowaną już w sierpniu. Dodam tylko, że osobiście znam rodziców dziewczynki i zaświadczam, że to dobrzy ludzie, rzeczywiście będący w potrzebie. Zachęcam wszystkich czytelników, którzy mogą się podzielić groszem, o udzielenie wsparcia Marcelinie. Poniżej podsyłam link do zbiórki.

Zakończę pewnie oklepanym, ale bardzo na miejscu hasłem: „Razem uczyńmy świat lepszym”.

Jakub Piasecki

Leczenie Marceliny można wesprzeć finansowo na: https://www.siepomaga.pl


Czytaj więcej

Pierwsze polowania komercyjne po lockdownie i sytuacja w Afryce

W Europie, mimo że ciągle zmagamy się z pandemią i co chwilę otrzymujemy informacje o kolejnych ogniskach choroby, ogólnie rzecz biorąc życie wraca do normy. Rynek polowań, choć bardzo zachwiany przez COVID-19, powoli się prostuje, o czym na początku tego wpisu. Ze względu na to, że wielu z was zwraca się do mnie z pytaniami o to, jak w okresie pandemii radzi sobie Kambaku oraz jaka sytuacja panuje w Afryce, w dalszej części tekstu postaram się również na nie odpowiedzieć.

Pierwsze polowania komercyjne zorganizowane dla zagranicznych gości już za nami. Można je podsumować dwiema obserwacjami. Co najważniejsze, zauważyłem kierowanie się rozsądkiem przez podprowadzających i wszystkie osoby zaangażowane w organizację polowania. Dbamy o dezynfekcję i środki ochronne, dzięki czemu chronimy siebie i nasze rodziny. Działa to w większości wypadków w obie strony. Jak się okazuje, bez wzajemnych uścisków i dotyków też można przeżyć świetne łowy. Ponadto odpuszczenie polowań na początku sezonu poskutkowało w czerwcu dużo większymi niż oczekiwane rezultatami. Parostki rogaczy w tym miesiącu są już pięknie ubarwione i prezentują się znacznie lepiej niż często blade, jeszcze z resztkami scypułu trofea zdobywane w okolicy 11 maja.

Tak jak przypuszczałem, już teraz widać, że rynek polowań się zmienia. Chętnych z zagranicy do przyjazdu do Polski jest znacznie mniej niż w poprzednich latach, a ich oczekiwania również zweryfikował kryzys wywołany pandemią. Wielu myśliwych szuka oszczędności i na przykład decyduje się na pozyskanie zaledwie jednego, dwóch wyjątkowych trofeów bądź wypatruje wyłącznie najtańszych ofert na rynku. Mimo to wszyscy starają się o stopniowy powrót do normalności, utrzymanie firm oraz zapewnienie płynności finansowej kół łowieckich. Na każdym etapie polowania daje się zauważyć dużą elastyczność i solidarność. Można podsumować to jednym zdaniem – będzie dobrze, niech tylko pozwolą nam wykonywać naszą pracę i realizować swoją pasję.

Teraz co nieco o sytuacji na Czarnym Lądzie. Afrykańskie obwody radzą sobie z pandemią w różny sposób. Za wzór trzeba postawić farmę Kambaku, która zawczasu zadbała o to, by poza turystyką mieć – jak to się mawia – drugą nogę. Już poprzednio pisałem, że sezon deszczowy był w tym roku bardzo obfity, co wykładniczo wpłynęło na przyrost zrealizowany każdego z gatunków antylop zamieszkujących farmę. Redukcję pogłowia bez względu na brak myśliwych komercyjnych trzeba utrzymać na takim samym co dotychczas poziomie. W Kambaku zajmują się tym miejscowi, profesjonalni myśliwi wyłącznie na zasadach selekcyjnych. Jak można przypuszczać, cena dziczyzny uległa załamaniu również na tamtejszym rynku. Jednak Kambaku dwa lata temu uzyskało certyfikat uprawniający do wytwarzania gotowych produktów i półproduktów z mięsa upolowanych dzikich zwierząt. Dzięki temu farma oferuje m.in. takie przysmaki jak gulasz z oryksa czy elanda zarówno w obrębie Namibii, jak i w sąsiednich krajach. Pozwala to zrekompensować część strat wynikających z całkowitego (miejmy nadzieję, że chwilowego) upadku turystyki.

Namibia jest w o tyle dobrej sytuacji, że – jak się wydaje – na jej terytorium opanowano rozprzestrzenianie się koronawirusa. Dlatego dziś w mocy prawnej pozostaje otwarcie granic tego państwa zaplanowane dla ruchu turystycznego z Europy na 30 września br. Przypomnijmy, że liczba zakażonych w Namibii nie osiągnęła 800 osób. Podobnie jest w Zimbabwe, gdzie ta wartość nie przekroczyła 1000 ludzi, choć w przypadku danych z tego kraju można powątpiewać w ich dokładność ze względu na małą liczbę przeprowadzanych testów. Niestety tak dobrych rzeczy nie można powiedzieć o RPA, gdzie liczba zachorowań ciągle rośnie i obecnie nie pozwala na ponowne otwarcie się na turystykę, w tym polowania komercyjne. Wciąż nie wiemy także, kiedy Białoruś i Rosja – również bardzo pożądane kierunki łowieckich wypraw – otworzą swoje granice dla odwiedzających.

Kolejną złą informacją jest to, że spedytorzy trofeów jawnie starają się zrekompensować sobie straty, wyciągając z kieszeni kartę przetargową zwaną „COVID-19” i nawet kilkukrotnie windując stawki za swoje usługi. Jednak aby pozostawić was z pozytywnym przesłaniem, pozwolę sobie zauważyć, że świat nie znosi próżni, więc już niedługo z pewnością pojawi się ciekawa alternatywa dla transportu afrykańskich trofeów.

Mimo wszelkich przeciwności ruszamy pełną parą z polowaniami w Afryce już jesienią br. Zaczynamy od Kambaku w Namibii, a także – jeżeli tylko sytuacja na to pozwoli – od Zimbabwe.

Jakub Piasecki,
Fot. arch. autora oraz farmy Kambaku


Czytaj więcej

Długo wyczekiwane otwarcie granic!

Tuż przed długim weekendem pojawiła się bardzo wyczekiwana informacja. Po tygodniach domysłów, plotek i analiz wszystkich możliwych scenariuszy w końcu polski rząd podjął decyzję o otwarciu granic naszego państwa z dniem 13 czerwca. Nie muszę tłumaczyć, że jest ona po prostu wybawieniem dla branży turystycznej opartej na zagranicznych klientach, w tym dla biur polowań organizujących polowania komercyjne w Polsce. Po kilku miesiącach kryzysu wracamy do intensywnej pracy!

Dyskusja nad sensownością otwarcia granic zapewne będzie się jeszcze toczyć. Nie chcę w żadnym wypadku poddawać całego zagadnienia analizie medycznej i wymądrzać się na temat pandemii, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Za to wiem jedno – otwarcie granic zdecydowanie pomoże nam podreperować budżety kół łowieckich, które od pierwszych dni wiosny są nadwerężane przez wypłaty odszkodowań należnych za szkody łowieckie. Wystąpiły już szkody na łąkach, szkody w oziminach, szkody w zasiewach, zwłaszcza kukurydzy, a lada chwila zboża wejdą w fazę dojrzałości mlecznej i niszczenie upraw przez zwierzynę przybierze na sile.

Już kiedyś chodziła mi po głowie myśl, że trzeba się odnieść do słów, które padły z ust przedstawicieli jednego z mających dużo do powiedzenia o łowiectwie resortów, a dotyczyły polowań komercyjnych. Chodziło mianowicie o to, że w Polsce poradzimy sobie bez zagranicznych myśliwych. Ujmę to tak – jest to dla mnie doskonały dowód na to, że nie tylko społeczeństwo, lecz także nasze władze bardzo mało wiedzą o funkcjonowaniu złożonej sieci zależności w łowiectwie. W mediach zazwyczaj wszystko ogranicza się do wyciągniętej po pieniądze ręki rolnika. Nikt się jednak nie zastanawia, skąd w kołach łowieckich środki na te odszkodowania. Jak wiemy, rekompensaty za szkody to jedno, ale poza tym na barkach myśliwych spoczywają jeszcze utrzymanie infrastruktury, działania statutowe czy realizacja projektów restytucji zwierzyny, w które bardzo dużo kół chętnie się angażuje. Oczywiście poza wpływami z polowań dewizowych mamy jeszcze składki, sprzedaż tusz, dotacje itp. Jednak trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że rynek polowań komercyjnych jest potrzebny i bardzo istotny w planowaniu gospodarczym w większości obwodów łowieckich w naszym kraju. Zwłaszcza w tym roku, kiedy ceny skupu tusz zwierzyny spadły rekordowo nisko, co w przypadku saren spowodowało ograniczenie wydawania odstrzałów na rogacze w wielu obwodach.

Zanim będę życzył wszystkim organizatorom polowań, myśliwym i pośrednikom udanych łowów, chciałbym poruszyć dwie mniej pozytywne kwestie. Przede wszystkim przestrzegam przed nadmiernym optymizmem, jeśli chodzi o polowania dewizowe w tym roku. Pamiętajmy, że większość myśliwych powyżej 50. roku życia zwyczajnie nie zdecyduje się w trwającym sezonie na przyjazd do Polski w obawie przed zakażeniem koronawirusem, co zrozumiałe. Musimy również wiedzieć, że mimo otwarcia przez Polskę granic w wielu państwach obowiązuje zasada 14-dniowej kwarantanny po powrocie z naszego kraju. Również to na pewno wpłynie na liczbę dewizowców. Należy sądzić, że czeka nas stopniowe przekształcanie się rynku polowań dewizowych i dostosowanie go do, nazwijmy to, świata po pierwszej fali COVID-19.

Właśnie to wiąże się z drugą kwestią – przypominam wszystkim o konieczności przestrzegania wszelkich zasad sanitarnych, by ograniczyć jakiegokolwiek ryzyko transmisji wirusa zarówno na zagranicznych gości, jak i na krajowych myśliwych oraz ich rodziny. Nie zapominajmy, że musimy chronić siebie oraz innych przed zakażeniem. Warto zwrócić uwagę na stan zdrowia przyjezdnych oraz zgodnie z ogólnymi zaleceniami sanitarnymi i przepisami prawa starać się w miarę możliwości utrzymywać dystans społeczny, stosować maseczkę w trakcie wspólnego przemieszczania się samochodem, a także pamiętać o częstym odkażaniu rąk.

Koleżanki i koledzy, wspierajmy się i działajmy razem, bo tylko wspólnie przetrwamy ten czas niepewności, który zapanował w polskim łowiectwie. Schowajmy do kieszeni zawiść, zazdrość i egoizm. Czas ruszyć w knieję! Niech nam wszystkim bór darzy!

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Nowe kryteria wyceny trofeów w Namibii

W czasie, kiedy świat opanowała pandemia COVID-19, afrykańskie łowiectwo trofealne przeżywa całkowite załamanie ze względu na brak zagranicznych myśliwych. Wielu z nas zapewne zaczęło ostrzyć sobie zęby na przeceny spowodowane atakiem wirusa, a tutaj kolejne pozytywne zaskoczenie. W Namibii – kraju, który zawsze wspierał racjonalną gospodarkę łowiecką – pod nazwą ART (co jest skrótowcem od angielskiego Age Related Trophy Mesurement System) opracowano oparte na bardzo trafnych spostrzeżeniach nowe kryteria wyceny trofeów, które zaczną obowiązywać jeszcze w tym roku. Nie zamierzam tu ich omawiać dla każdego gatunku, jednak chciałbym zwrócić uwagę na kilka konkluzji i rozwiązania, jakie idą w ślad za nimi. Mogą się one bowiem okazać dla nas godne naśladowania.

Polowania trofealne w Namibii wiążą się z dwoma głównymi problemami. Po pierwsze, z nadmiernym odstrzałem młodych, przyszłościowych osobników o medalowym urożeniu, a po drugie, z dyskryminacją przy wycenie osobników w wieku dojrzałym, które mają już naturalne wady rogów (złamania, wykruszenia itp.). Gwoli przypomnienia, dla większości zwierząt afrykańskich obowiązują trzy kategorie wiekowe: osobniki młode, dojrzałe oraz stare. Cykl wzrostu rogów antylop czy oręży guźców i ciosów słoni można przyporządkować właśnie do tych faz rozwojowych. U młodego osobnika rogi czy oręż rosną szybko, mają duże przyrosty i są miękkie, co czyni je niezdatnymi do walki oraz rywalizacji siłowej. U słoni i guźców wiąże się to dodatkowo z wielkością unerwionej tkanki wewnątrz kła – w trakcie intensywnego wzrostu zajmuje ona przeważającą część przestrzeni w zębie. Pamiętajmy, że chodzi tu o fazę rozwojową w kontekście wieku zwierzęcia, u słoni trwającą do 35.–40. roku życia, guźców – do 3. r.ż., kudu – do 4.–5. r.ż., elandów – do 8.–9. r.ż., itd. Potem przychodzi dojrzałość. Przyrost urożenia ulega wtedy znacznemu spowolnieniu, za to rogi twardnieją i nabierają wartości bojowej. W tym czasie osobnik najwięcej walczy i konkuruje z innymi przedstawicielami swojego gatunku, co się łączy z osiągnięciem pełnej dojrzałości płciowej. Po tym okresie następuje etap starości, w którym przekazywanie puli genów nie jest już tak intensywne.

Jak możemy przypuszczać, to właśnie z tej ostatniej grupy wiekowej powinniśmy pozyskiwać najwięcej trofeów, aby pozwolić na reprodukcję osobnikom w sile wieku. Niestety wiemy, że antylopy w odróżnieniu od jeleni nakładają nie poroża, tylko rogi, których nie wymieniają po każdym sezonie. W rezultacie po osiągnięciu przez nie pełnej dojrzałości ich urożenie jest jakby w regresie, ponieważ ulega intensywnemu zużyciu. W związku z tym grupa Erongo Verzeichnis (organizacja działająca na rzecz ochrony i zachowania afrykańskiej przyrody, która uznaje myśliwych i łowiectwo za naturalny element jej funkcjonowania) z Namibii opracowała nowe kryteria wyceny trofeów (które wprost się przekładają na zasady selekcji), oparte na premiowaniu wieku osobnika przy wycenie medalowej trofeum.

Nie będę wchodzić w szczegóły – wymienię tylko kilka założeń, które niejako stanowią podstawę wprowadzanych zmian. Przyznaję, że część z nich to dla mnie duże zaskoczenie. Przede wszystkim raz na zawsze odważnie zdementowano dotychczasowe przekonanie, jakoby kształt urożenia był podyktowany wiekiem. Okazuje się, że pożądane wywinięcie na zewnątrz końców rogów u kudu, pełne skostnienie bawolej czapy, intensywność skrętu rogów u elanda czy wywinięcie ich końcówek u springboka zależą nie od wieku, tylko od możliwości genetycznych danego osobnika! Podobnie rzecz się ma z grubością urożenia – wpływa na nią nie przekroczenie progu dojrzałości, ale wyłącznie genetyka. To bardzo ciekawe, ponieważ jeszcze do niedawna cała edukacja profesjonalnych myśliwych opierała się na tezie, że to właśnie stosowny wiek pozwala bykowi kudu na wytworzenie pożądanej formy rogów. Podobnie twierdzono, jakoby tylko dojrzałe byki bawołów miały tendencję do zalewania całej czapy kością.

Po przyjęciu powyższych założeń wysunięto następujące wnioski:

  • młodociana grupa wiekowa musi podlegać selekcji negatywnej – trzeba eliminować z populacji osobniki o niepożądanej formie i grubości urożenia (nadmienię tylko, że na farmie Kambaku stosujemy tę metodę od kilku lat z bardzo dobrym skutkiem),
  • odstrzał trofealny należy skoncentrować jedynie na grupie dojrzałych i starych osobników,
  • powinno się stworzyć system, który nie będzie dyskryminował weteranów z naturalnymi wadami trofeów, takimi jak złamania czy wyszczerbienia.

W efekcie opracowano nowe kryteria, które bezwzględnie dyskwalifikują do wyceny medalowej osobniki młode i młodociane, nawet jeżeli mają medalową formę urożenia (dla przykładu: w Namibii zalicza się do nich 90% młodocianych elandów). Według mnie to bardzo dobre rozwiązanie, które pozwoli im na przekazanie swoich genów. Dodatkowo punkty uzyskane przez stare zwierzęta są pomnażane przez współczynnik 1,12, co niejako winduje te osobniki w punktacji dużo wyżej niż te pozyskane w okresie dojrzałości (nazwijmy to wiekiem średnim).

Słusznym pomysłem jest również zaniechanie wyciągania średniej z pomiarów i mierzenie tylko dłuższego rogu, co pozwala na osiągnięcie świetnego wyniku starym osobnikom, które przeważnie mają już wyszczerbiony oręż. Dodatkowo w kryteriach zwrócono uwagę na aspekty urożenia charakterystyczne jedynie dla dojrzałej i starej grupy wiekowej, czyli np. na intensywność i długość skrętu rogu u elanda, długość bruzdowanego odcinka rogu u impali czy grubość rogu u kudu. Uważam, że te rozwiązania są przede wszystkim uczciwe wobec przyrody – bo niby dlaczego dyskryminować pod względem trofealnym starego byka, który w trakcie lat walki o przekazanie genów ukruszył róg? Z punktu widzenia populacji to właśnie ten stary weteran zasługuje na medal.

Znowu stawiam Namibię za przykład kraju, który nie dość, że nie wypiera się łowiectwa, to jeszcze w sensowny sposób stara się je doskonalić, reagując na trendy wyznaczane przez środowisko przyjezdnych myśliwych komercyjnych. Po raz kolejny śmieję się w duchu, kiedy afrykański kraj pokazuje, jak odważnie i zdecydowanie prowadzić gospodarkę łowiecką, natomiast po drugiej stronie globu myśliwi z wieloletnią tradycją coraz bardziej uginają się pod naciskiem polityków i grup pseudoekologicznych. Patrząc na to z boku, my w Polsce walczymy de facto o prawo do polowania, a takie kraje jak Namibia są w tym czasie kilka kroków przed nami i nie próbują nikomu tłumaczyć, dlaczego opowiadają się za zrównoważonym łowiectwem, tylko myślą, jak jeszcze bardziej je udoskonalić.

Jakub Piasecki


Czytaj więcej

Długotrwałe skutki pandemii dla światowego łowiectwa

Cały świat walczy z rozprzestrzenianiem się koronawirusa SARS-CoV-2 i pandemią COVID-19. Wiemy, że niezależnie od tego, czy epidemia jest jeszcze w stadium początkowym czy już w zaawansowanym, ta batalia opiera się głównie na restrykcjach i zakazach. Dotyka to również myśliwych, ponieważ obecnie nie mamy prawnej możliwości wykonywania w Polsce polowań. Proponuję jednak spojrzeć na łowiectwo szerzej – globalnie. Jednocześnie jak zła wróżka przestrzegam przed tym, co się wydarzy już po pierwszej fali walki z pandemią.

Dla każdego, kto choć trochę wnika w obrót pieniędzmi w naszym zrzeszeniu, jest jasne, że nasze składki utrzymują administrację, natomiast zobowiązania wobec rolników i działalność koła podlegają finansowaniu w większości ze środków z polowań komercyjnych. Nietrudno przewidzieć, że kryzys, który dotyka tak naprawdę każdego, wpłynie wykładniczo na liczbę takich polowań. Proszę nie zrozumieć mnie źle – uważam, że gdy tylko pojawi się możliwość prawna, polowania komercyjne zaczną się odbywać, ale na pewno nie na taką skalę i nie przy takim obrocie pieniężnym jak dotychczas. To nie czarnowidztwo, lecz realia, przed którymi już za chwilę staniemy. Sądzę, że rynek będzie się musiał dostosować, zwłaszcza cenowo, żeby przetrwać załamanie gospodarcze. Oczywiście później, w miarę ponownego rozkwitu, znowu poszybuje z cenami oraz obrotami w górę (jeżeli system przetrwa w dzisiejszej formie). Pamiętajmy, że prognozy dotyczące cen dziczyzny również nie napawają optymizmem.

Mimo wszystko twierdzę, że te zmiany na naszym podwórku to skala mikro w porównaniu ze światowymi trendami. Jak słusznie zauważyło kilka autorytetów w dziedzinie łowów afrykańskich, kryzys wpłynie nie tylko na problemy ludzi związanych z polowaniami komercyjnymi, lecz także na populacje rzadkich gatunków, których ochronę gwarantowały wpływy z takich polowań. Gdy się skończą łowy na słonie czy bawoły, dojdzie do sytuacji, jaka latami trawiła Botswanę. Nie zapominajmy też, że kłusownictwo, o którym się mówi również u nas, w Afryce będzie przeżywało rozkwit na nieznaną dotąd skalę. Doprowadzenie wszystkiego z powrotem do ładu w tamtych warunkach zajmie lata.

Teraz spójrzmy globalnie, bo nie samą Afryką ten blog żyje. Co się stanie, gdy się załamie wypracowany system polowań komercyjnych na Białorusi albo w Rosji, Kirgizji czy Turcji? Wiele razy opisywałem tutaj oraz na łamach sytuację na Białorusi, gdzie olbrzymi popyt na polowania komercyjne na głuszce spowodował wdrożenie bardzo dobrej praktyki oznaczania i ochrony tokowisk. Czy ktoś zwróci na to uwagę w momencie, kiedy rynek stanął i nie wiadomo, na jak długo?

Obawiam się, że czeka nas również walka o możliwość przewozu trofeów, ponieważ ze względu na COVID-19 na pewno pojawią się nowe restrykcje dotyczące transportu. Niestety jak pokazuje przykład naszego moratorium na łosie, które powinno się skończyć lata temu, zakazy w sytuacji kryzysowej wprowadza się bardzo łatwo – problem w tym, że kiedy kryzys minie, już nie tak prosto znieść te dodatkowe obostrzenia.

Co możemy zrobić w tej sytuacji? Niezwykle istotnym, jeżeli nawet nie najistotniejszym działaniem wydaje się demonstracja potrzeb właśnie w dobie kryzysu i zaraz gdy zacznie ustępować. Każde zaplanowane, a odwołane z powodu COVID-19 polowanie komercyjne będzie bardzo trudno wznowić. Dlatego nie rezygnujmy z polowań! Przełóżmy je w czasie, jeśli trzeba, to o pół roku czy rok, ale ich nie odwołujmy. Dzięki temu cały system jakoś przetrwa, bo będą perspektywy na później. Uwidoczni to również zapotrzebowania społeczne, a jak wiemy, rynek się do nich dostosowuje. Możemy mieć pewność, że po erze koronawirusa gospodarka zostanie przeorganizowana na nowo. Wówczas wszyscy będą się dostrajać do potrzeb konsumentów. Zbędne firmy i całe gałęzie gospodarki zapewne znikną. Zwróćmy uwagę, co się dzieje z Lufthansą – przewoźnik odwołuje loty, znikomy procent osób korzysta z voucherów, przez co linie dzień po dniu likwidują stałe połączenia i zadłużają się na miliony euro.

Jeżeli zależy nam na tym, żebyśmy mieli do czego wracać po przetoczeniu się wirusa, to wszyscy dołóżmy starań, by rynek polowań komercyjnych przetrwał. Jak wiemy, jest to układ naczyń połączonych. Chodzi tutaj nie tylko o biura polowań, lecz także o koła łowieckie, odszkodowania czy obwody na całym świecie, które utrzymują ludzi, infrastrukturę itp. Ten system działał dla nas latami. Jeśli ma dalej funkcjonować, to trzeba się poczuć jego częścią, a nie odseparowanym, indywidualnym tworem.

Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Sytuacja w Afryce w związku z SARS-CoV-2

Pandemia COVID-19 jest fatalna w skutkach dla całego świata. O tym, co się dzieje w Polsce oraz Europie, codziennie słyszymy w mediach. Poniżej krótkie podsumowanie sytuacji w Namibii oraz Zimbabwe.

W Namibii w tym momencie (30 marca, godz. 12.00) jest potwierdzonych 11 przypadków koronawirusa. Wszystkie zostały zawleczone z Europy, południowej Afryki oraz ze Stanów Zjednoczonych. W piątek namibijski rząd podjął decyzję o zatrzymaniu wszystkich aktywności w kraju związanych z jakimkolwiek przemieszczaniem się (podobnie jak u nas transport żywności i artykułów spożywczych zwolniono z tego zakazu). Granice państwa zamknięto kilka dni później niż w Polsce. Namibia, która w 70% żyje z turystyki, teraz zamarła. Wszystkie ośrodki, parki, hotele czy farmy próbują sobie radzić, jak mogą. Ogólnie daje się wyodrębnić dwie drogi działania. Pierwsza to zwalnianie ludzi z minimalną odprawą, a druga – redukcja pensji i godzin pracy przy jednoczesnym zachowaniu ludzi w miejscu zatrudnienia. Jak mówią tubylcy, w najbliższych miesiącach nie ma groźby głodu nawet na biednych terenach, ponieważ pomoc socjalna na tych obszarach jest bardzo dobrze zorganizowana. Musimy pamiętać, że ludność zamieszkująca Damaraland, Owamboland  czy nawet Caprivi nauczyła się radzić sobie w ekstremalnie złych warunkach (zupełnie inaczej niż Europejczycy, aż chce się krzyknąć: i po to te durne przepisy ograniczające swobodę chowu przydomowego?).

W Kambaku obowiązuje pełna kwarantanna, ponieważ przed zamknięciem granic przyjmowało gości z Europy. Nikomu nie wolno z farmy wyjechać ani do niej przyjechać, a za wszelkie dostawy odpowiada wydelegowany koordynator. Sytuacja zrobiła się trudna, bo ze względu na to, że polowania komercyjne stały się całkowicie niemożliwe, Kambaku musi redukować pogłowie zwierząt we własnym zakresie. Co ciekawe, sezon deszczowy w tym roku okazał się wyjątkowo obfity i jeszcze się nie zakończył. Przyrost masy zielonej jest zaskakująco dobry, zatem w normalnych czasach bez wirusa napisałbym, że szykują się wspaniałe łowy, no, ale…

W Namibii każdy zakłada zamknięcie i stopniowe bankructwo wszystkich ośrodków turystycznych – przynajmniej czasowo. W nieco lepszej sytuacji znalazły się farmy myśliwskie, ponieważ te ośrodki działają trochę jak samowystarczalne komórki. Namibia w porównaniu z Zimbabwe, Angolą, Botswaną i RPA ma o tyle dobrze, że zamieszkuje ją niewiele ludzi (bez turystów liczebność szacuje się na 2,7 mln) i w przeciwieństwie do sąsiadów to kraj poukładany, z dobrze wyposażoną służbą zdrowia. Największym wyzwaniem w najbliższych tygodniach będzie brak produktów sprowadzanych z RPA, ponieważ transport stamtąd stanął przez obowiązek 14-dniowej kwarantanny po przekroczeniu granicy.

W Zimbabwe sytuacja wygląda podobnie pod względem rozwoju choroby, choć nie ma jasności co do liczby zarażonych, których oficjalnie jest tylko siedmioro. Zimbabwe również podjęło decyzję o ograniczeniu ruchu wewnętrznego, choć nie zamknęło całkowicie granic równocześnie z resztą krajów i zrobiło to dopiero 30 marca. Dlatego mieszkańcy zakładają, że przypadków jest dużo więcej, niż oficjalnie wiadomo. Warto tutaj powiedzieć, że jak podaje Africanews, w Zimbabwe do 27 marca zrobiono tylko 165 testów (jeden samolot rejsowy mieści ponad 200 pasażerów). W stolicy kraju, Harare, w szpitalach odbywają się również strajki personelu ze względu na brak środków ochrony do walki z wirusem. Tutaj sytuacja społeczeństwa jest znacznie trudniejsza. Łatwo się domyślić, że w ośrodkach turystycznych, które napędzały gospodarkę, zaczęły się masowe zwolnienia. Nastroje panują, mówiąc delikatnie, niespokojne, lokalne społeczności nie funkcjonują tutaj tak dobrze jak w Namibii. Jedyne pocieszenie w tym, że Robert Mugabe przez wiele lat regularnie i bezwzględnie uczył mieszkańców Zimbabwe, jak mają sobie radzić sami, bez pomocy państwa. I Namibię, i Zimbabwe ratują również duże rozproszenie ludności (poza największymi miastami) i to, że pora deszczowa powoli się kończy. Miejmy nadzieję, że gdy wilgotność powietrza spadnie, a temperatura wzrośnie, warunki atmosferyczne ograniczą rozprzestrzenianie się wirusa, ale to tylko pobożne życzenie, na razie niczym niepoparte.

W tych trudnych chwilach życzę czytelnikom bloga dużo zdrowia, cierpliwości i mimo wszystko pozytywnego myślenia na każdy dzień – to jest w tym momencie na wagę złota. Pamiętajmy również, by naszymi myślami i modlitwą otoczyć też drugą półkulę, która – jak widać – pozostaje niesamowicie zależna od tego, co się dzieje w USA i Europie.

Jakub Piasecki, Fot. Kambaku Safari Lodge, Jakub Piasecki

Czytaj więcej

Koronawirus zmienia plany wylotu na Czarny Ląd

Tworząc ostatni wpis, niejako trzymałem się nadziei, że jednak granice pozostaną otwarte i niebawem wyruszymy do Zimbabwe. Niestety już chwilę po publikacji okazało się, że widmo zamknięcia granic stało się rzeczywistością. Nie mnie oceniać te surowe środki bezpieczeństwa, trzeba się podporządkować i przetrwać, licząc na to, że niedługo wszystko wróci do normy. Jako rozsądni ludzie zostajemy w domu. Nie dlatego, że nie mamy wyjścia, ale dlatego, że bierzemy odpowiedzialność za nasze rodziny i bliskich.

Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z ostatniego polowania na słonie, które udało się zorganizować na obszarze, dokąd mieliśmy się udać, ale właśnie musieliśmy przełożyć datę przylotu. Myśliwi odbyli wspaniałe łowy z dużą dawką emocji. Jak widać, z pozyskanego słonia nic się nie marnuje i łowiecka adrenalina opada w trakcie posiłku w plenerze, składającego się z właśnie strzelonego zwierza – czy można sobie wyobrazić bardziej naturalne afrykańskie łowy? Aż się łezka w oku kręci, że zaplanowaliśmy termin wyjazdu akurat na wybuch epidemii w Europie, ale któż mógł przewidzieć taką sytuację.

Pamiętajmy, że zamknięcie granic dotyczy nie tylko nas i branży turystycznej w Europie. W chętnie odwiedzanych krajach Czarnego Lądu safari jest, jak wiemy, rezerwowane z przynajmniej siedmiomiesięcznym wyprzedzeniem. Każda umowa na wyjazd pociąga za sobą pewne konsekwencje, bo mamy tu naczynia połączone. Organizatorzy czy to polowań, czy to innego rodzaju safari muszą zapełnić grafik w taki sposób, by zapewnić ciągłość zarobków sobie i swoim wspólnikom. Ci z kolei mają za zadanie utrzymać infrastrukturę i zagwarantować pracę obsłudze. Obecna epidemia dotyka Afrykę równie mocno co nas, mimo że koronawirus nie rozwija się tam w takiej skali. Gospodarka światowa stanęła. Stanął również ruch turystyczny, a niestety w ubogich krajach afrykańskich nie ma co liczyć nawet na najmniejszą pomoc państwa. Warto pomyśleć o tych wszystkich ludziach, którzy przez lata starali się maksymalnie dogodzić nam na naszych wyjazdach – oni tak samo jak my stoją teraz w obliczu wyzwania.

Miejmy nadzieję, że sytuacja szybko się unormuje. Osobiście wierzę, że latem bądź jesienią będziemy mogli się przywitać z przyjaciółmi w Zimbabwe.

W tym trudnym czasie wszystkim czytelnikom „Braci Łowieckiej” oraz tego bloga życzę dużo zdrowia, spokoju, a zwłaszcza ludzkiej twarzy w dobie epidemii. Pokażmy, że tworzymy wspólnotę, za którą bierzemy odpowiedzialność.

Jakub Piasecki, fot. arch. Biura Polowań Argali



Czytaj więcej

Już niebawem Zimbabwe!

Czas leci bardzo szybko. Zaraz czeka mnie wylot do Zimbabwe na kolejną wspaniałą przygodę łowiecką. Nadeszła pora na przygotowania. Trzeba zgubić kilka zbędnych kilogramów, a przede wszystkim odpowiednio się nastroić, tak żeby godnie przeżyć kolejne spotkanie z mieszkańcami sawanny. Niejako od mojej pierwszej wizyty na Czarnym Lądzie za każdym razem, kiedy zbliża się moment powrotu do mojego drugiego domu, odruchowo sięgam po swoje biblie z kategorii afrykańskie polowanie i wertuję je po raz kolejny. Zdecydowanie nie należę do moli książkowych, jednak jak już kiedyś wspominałem na tym blogu, są dwie obowiązkowe pozycje dla miłośników safari – „Róg myśliwego” Roberta C. Ruarka oraz dostępna niestety tylko w wersji angielskiej „The White Bushman” (Biały Buszmen) autorstwa Petera Starka. Z tą drugą książką, wydaną w 2011 r. przez Protea Boekhuis, mam szczególne wspomnienia, ponieważ pierwszy raz czytałem ją w Kambaku, w przerwach w łowach na antylopy. Tym razem chciałbym się z wami podzielić jednym z opisów polowania na słonie, w którym uczestniczył Stark na dzisiejszym terytorium Parku Narodowego Etoszy w północnej części Namibii.

Gdy moja ekipa Buszmenów naprawiała ogrodzenie, postanowiłem razem ze Stefanusem podążać tropem słonia (…) jedynie po to, by go przestraszyć. Na tym etapie cierpiałem już na bóle pleców i miałem problem z lewą nogą, więc mogłem chodzić tylko z pewnym trudem.

Stefanus tropił zwierzę, a ja poszedłem za nim z moją starą trzysta trójką. Nie zaszliśmy daleko, bo zobaczyliśmy, że słoń żeruje przed nami w odległości ok. 50 metrów. Wiatr był dla nas niezbyt korzystny, ale chciałem po prostu wypalić w powietrze nad słoniem, by go przestraszyć. Gdy zagrzmiał strzał, zwierzę stanęło dęba i momentalnie uniosło w górę trąbę, by sprawdzić wiatr. Wiedziałem, że to oznacza kłopoty. Kiedy słoń poczuł nasz zapach, lekko opuścił łeb, rozpostarł uszy wysoko nad głową, zatrąbił ze złością i ruszył prosto w naszym kierunku z wysoko podniesioną trąbą. Zrozumiałem, że to zdecydowana szarża, i krzyknąłem do Stefanusa, by uciekał. Wystartował stamtąd jak wichura. Ja za nim najszybciej, jak tylko mogłem ze swoją przetrąconą nogą, czyli w nieco większym tempie niż marszem. Próbując ujść, przeładowałem moje trzysta trzy. Doszedłem do ślepego zaułka przy wyślizganym od kroków zwierząt błotnym basenie. Słoń był tuż. W ostatniej chwili, gdy dzieliło nas około 15 metrów, odwróciłem się i instynktownie oddałem strzał w głowę słonia, tak naprawdę nie celując. Zwierz upadł na ziemię obok mnie z dźwiękiem przypominającym uderzenie pioruna. Leżał nieruchomo, tylko koniec jego trąby poruszał się w górę i w dół. Przez jakiś czas nie mogłem uwierzyć, że jeszcze żyję. Kiedy patrzyłem na słonia, drżąc ze strachu, mimowolnie bełkotałem modlitwy. Stefanus podszedł ostrożnie. Jego twarz przybrała popielaty kolor, gwizdał przez zęby i ciągle potrząsał głową. Potem długo patrzył na mnie z różnymi pytaniami w oczach, jakby nie pojmował, co się stało. Zdałem sobie sprawę, że sam tego nie zrobiłem, tylko pomoc z góry cudownie mnie uratowała w ostatniej chwili. Przyjrzawszy się bliżej, zobaczyłem, że kula w kal. .303 weszła w czaszkę tuż nad lewym okiem i spowodowała błyskawiczną śmierć zwierzęcia… (tłum. Jakub Piasecki).

Oczywiście to klasyczna opowieść doświadczonego profesjonalnego myśliwego z Afryki. Chyba każdy z nich w ostatniej chwili strzelał do szarżującego słonia i po idealnym strzale w łeb kładł zwierza dosłownie u swoich stóp. Trudno powiedzieć, ile z tych sytuacji jest prawdziwych. Jeśli chodzi o Starka, to śmiem twierdzić, że nie fantazjuje (polecam tutaj całą jego książkę i resztę opowiadań, które w Namibii funkcjonują jak legendy).

Na koniec zostawię cię, drogi czytelniku, z dwiema myślami. Wielokrotnie rozmawiałem z myśliwymi, którzy zawodowo podprowadzają w trakcie polowań na słonie, i nigdy, ale to nigdy nie widzieli, jak ktoś położył słonia strzałem w łeb podczas szarży. Ciekawe zatem, skąd tyle takich przypadków w literaturze. Z drugiej strony osobiście doświadczyłem na swoich plecach potu ze strachu przed szarżującym prosto na mnie bawołem. To tylko dowodzi, że polowanie na przedstawicieli afrykańskiej wielkiej piątki bywa nieobliczalne.

Jakub Piasecki



Czytaj więcej